Sojusz, Granger? – Rozdział 82

— Chris!

Hermiona spojrzała ponad stołem na teatralnie oburzoną minę matki, która zdzieliła siedzącego obok niej mężczyznę po ramieniu i roześmiała się, kiedy na jego twarzy pojawił się niezadowolony grymas.

— Oj, daj spokój, Jean — burknął.

Pan Granger oblizał palec, który umoczył w sosie do pieczeni i wywrócił pobłażliwie oczami, a jego żona pokręciła karcąco głową, zerkając na Hermionę.

— Częstuj się, kochanie, na szczęście mam więcej sosu — powiedziała.

Znała to wspomnienie. Pamiętała ten dzień, choć nie potrafiła dokładnie umiejscowić go w przeszłości. Chodziła jeszcze do szkoły, wróciła do domu na wakacje, a jej mama zrobiła pyszną pieczeń z sosem jeszcze z przepisu babci. Za kilka dni mieli wyjechać nad morze, na całe dwa tygodnie. Byli tacy szczęśliwi, wszyscy. Razem.

Kątem oka dostrzegła ruch w przejściu do przedsionka i uchyliła usta, które zastygły w chwilowym przerażeniu. Severus. Pojawił się w progu, przyglądając się towarzystwu przelotnie i bez najmniejszej zmiany na stoickiej twarzy, podszedł bliżej siedzącej przy stole czarownicy. Ta wyprostowała się, obserwując go nieustannie i wstrzymała oddech, gdy zajął miejsce obok niej.

— Coś się stało? — zapytał cicho, unosząc brew.

Potrafiła tylko szerzej uchylić usta. Nic więcej. Spojrzała w bok, przyglądając się matce, która jak gdyby nigdy nic sięgała do talerzy z jedzeniem i nagle zrozumiała — to wcale nie było wspomnienie. Dostrzegła, że włosy siedzącej naprzeciw kobiety niemal całkiem straciły swój kolor i stały się popielato-siwe, a szybki wzrok w stronę ojca upewnił Hermionę, że oboje byli starsi — on również miał o wiele więcej zmarszczek i wolniejsze spojrzenie, choć wciąż tak samo zadziorne, jak pamiętała. 

To nie było wspomnienie.

Hermiona obudziła się niespodziewanie i popatrzyła nieco zdezorientowanym wzrokiem na nieruchomy baldachim nad jej głową. Czy naprawdę nawet podczas snu nie mogła mieć świętego spokoju? Naprawdę będzie musiała się teraz zastanawiać, co to oznacza? Choć właściwie — nie musiała. Wiedziała. Nie była ignorantką, żeby zaprzeczać temu, co było dość jasne, nawet dla niej samej.

Chciała przyszłości z nim. Chciała tego, co mógłby jej dać. Jeśli, oczywiście, on chciałby tego samego. Dojrzała najwyraźniej do przyznania tego przed samą sobą, więc może przyszedł i czas, żeby wyznać to jemu — kiedy to wszystko się skończy, a on będzie sobą. Będzie pamiętał. Tak, pomyślała, siadając na łóżku dość gwałtownie. To, co zrobił Severus zasiało nieznośne, ale niesamowicie silne uczucie nadziei w niewinnym, młodym sercu, które teraz rwało się do niego jak nigdy wcześniej. Sam jest sobie winien.

Śmiała się potem w duchu na absurd sytuacji, kiedy przed śniadaniem układała włosy obserwując się w lustrze i nie mogąc zdecydować, czy chce je upiąć. Przecież wiedziała, że jemu było wszystko jedno, ba, jej samej było to przecież obojętne. Chociaż, szczerze mówiąc — lubiła nosić je rozpuszczone i nie mogła wyrzucić z głowy myśli, że Snape podzielał jej zdanie. Zwłaszcza, kiedy przeczesywał je palcami, leżąc na łóżku obok i obejmując ją ramieniem, które muskało jej plecy podczas zabawy luźno rozrzuconymi kosmykami.

Przymknęła oczy, nabierając głęboki oddech i udała się na śniadanie, usiłując przytwierdzić do twarzy beznamiętną, spokojną maskę. Nic nie miało przyjść jej z przeżywania tego, co się stało poprzedniego dnia i dzięki Aurorze zdała sobie z tego sprawę — musiała po prostu to zaakceptować. Zaakceptować, przeczekać, a kiedy wszystko wróci do normy pozbyć się ciężaru z piersi.

Plan był piękny. Za piękny, mogłaby powiedzieć, gdyby w porę zakwestionowała swoją naiwność. Uchyliła drzwi pokoju nauczycielskiego, próbując niepostrzeżenie wślizgnąć się do pomieszczenia przed porannym posiłkiem, jednak kiedy zamknęła je i odwróciła się w poszukiwaniu znajomych twarzy, odnalazła spojrzenie, które zatrzymało się na jej sylwetce i obserwowało ją przenikliwie z drugiego końca sali.

I cały plan szlag trafił. Hermiona dawno tak szybko się nie speszyła. Odwróciła wzrok niemal natychmiast, czując, że jej policzki pochłania żywy ogień, ale ku jej ogromnej uldze, dostrzegła dyskretnie machającą do niej Aurorę, którą liczyła znaleźć od początku. Podeszła do niej, uśmiechając się niemrawo i skupiła wszystkie siły, aby nie zerknąć w stronę Severusa.

— Dzień dobry — przywitała ją czarownica, której tego ranka wyjątkowo nie towarzyszył Henry; jak zauważyła Hermiona całkiem nieobecny na poniedziałkowym zebraniu.

— Dzień dobry — mruknęła gryfonka. — Wszystko w porządku?

Ciemnoskóra czarownica uśmiechnęła się krzywo i zdecydowanie wymuszenie.

— Tak — odparła. — Źle spałam.

To jest nas więcej, pomyślała Hermiona. Choć nie mogła zaprzeczyć, że sen, którego doświadczyła tej nocy był mimo wszystko dość przyjemną odmianą. Młoda kobieta zerknęła oceniająco na Sinistrę, ale nie dostrzegłszy na jej twarzy widocznych oznak osłabienia, skinęła głową.

— W niedzielę odbędzie się memoriał wojenny w Ministerstwie Magii — przypomniała Minerwa, kończąc zebranie i rozglądnęła się po zebranych w pomieszczeniu nauczycielach. — Ci z was, którzy chcą wziąć w nim udział, są mile widziani do mnie dołączyć. Pozostali będą odpowiedzialni za organizację uczniów na popołudniowy apel. Filius zastąpi mnie na czas mojej nieobecności.

Hermiona zmarszczyła brwi, zerkając na niskiego profesora stojącego nieopodal Minerwy, Severusa i Septimy. Karzeł przytaknął słowom McGonagall, która posłała mu przelotne spojrzenie, po czym odprawiła swoich podwładnych na kawę i śniadanie. Odeszła na moment do profesor Vector, ale kiedy pierwsi nauczyciele opuścili podłużny pokój, ruszyła za nimi wraz z towarzyszącymi jej czarodziejami i zniknęła wewnątrz Wielkiej Sali. Hermiona posłała w ich stronę najwyraźniej aż nazbyt wymowne spojrzenie, bo Aurora szybko prychnęła pod nosem.

— Chodź, umieram z głodu — mruknęła.

Młoda gryfonka popatrzyła na nią szybko i zapytała pod nosem:

— Nie czekamy na Henry’ego?

Żałosna próba odwleczenia w czasie spotkania twarzą w twarz ze Snape’em została odkryta, a Hermiona przyłapana. Sinistra uniosła brew, ścinając młodszą nauczycielkę pobłażliwym spojrzeniem.

— Nie gryź ręki… — zagroziła, milknąc w połowie zdania i wystawiła ostrzegawczy palec w stronę Hermiony.

Ta roześmiała się pod nosem i pokręciła głową, ale udała się za starszą nauczycielką w stronę drzwi. Uśmiech na jej ustach szybko jednak przybrał mocno zaskoczony, jeszcze mocniej speszony wyraz, kiedy dostrzegła, że Severus odczekał chwilę, jaka zajęła im dogonienie ich pod stół nauczycielski, zanim zajął swoje miejsce.

Merlinie. Musiała przestać rumienić się jak dojrzały pomidor za każdym razem, kiedy robił coś takiego, ale nie potrafiła i chyba nigdy nie miała się tego nauczyć — bo niby w jaki sposób? Minęła wysoką sylwetkę, nie potrafiąc wydusić z siebie żadnego słowa i zajęła miejsce przy stole, kątem oka obserwując jak mężczyzna robi to samo. 

Zapowiadało się kolejne, niezręczne śniadanie i kolejny, cichy dzień — choć Hermiona nie miała pojęcia, jak daleka od prawdy była. O tym miała dopiero się przekonać.

— Wiesz… — zaczęła Aurora, a młoda gryfonka spojrzała na nią pytająco. — Tak sobie myślę, że dobrze zrobiłaby ci zmiana otoczenia. Tak jak wtedy, pamiętasz.

— Pamiętam — mruknęła z rozbawieniem panna Granger. — Ciężko zapomnieć taką ilość wydanych pieniędzy.

Sinistra obruszyła się bez słowa, wywracając oczami, po czym sięgnęła po ciepłego jeszcze croissanta i posmarowała jego wnętrze dżemem.

— Na coś w końcu i tak trzeba je wydać — prychnęła. — Także, gdybyś była zainteresowana dołączeniem do mnie… na przykład w sobotę?

Zaskoczona szatynka uchyliła usta, przygotowując w głowie odpowiedź, jednak niespodziewanie kątem oka spostrzegła ruch. Machinalnie odwróciła głowę w tamtym kierunku, dostrzegając filiżankę pełną parującej kawy, którą Snape podsunął pod jej talerz bez ani jednego słowa czy choćby przelotnego spojrzenia. Hermiona zastygła na ułamek sekundy, obserwując jak mężczyzna odstawia kawiarkę na bok i beznamiętnie, od niechcenia, podsuwa pod nieduży talerzyk również i cukierniczkę.

Nie, pomyślała. To chyba nigdy nie miało przestać wywoływać w niej takich emocji.

— Dziękuję — mruknęła, widząc, że głowa Snape’a drgnęła, choć nie zwróciła się w jej kierunku.

Dopiero, kiedy ona sama się odwróciła, uśmiechając przy tym półgębkiem, ciemne oczy ukradkiem zlustrowały jej profil, szybko jednak wracając do obserwacji uczniów w pierwszych rzędach. 

— Sobota brzmi świetnie — powiedziała Hermiona, zwracając się do Aurory, która przytaknęła z aprobatą głową, podekscytowana wizją roztrwonienia majątku na zakupach, których obie wiedziały, że nie potrzebowały; ale perspektywa oddechu od szkoły i zamku była na tyle kusząca, że rekompensowała gorycz spłukania się z oszczędności. — To wygląda apetycznie… — dodała pod nosem.

Idąc śladem starszej czarownicy, sięgnęła po ciepły wypiek z zamiarem nadziania go słodką konfiturą. Wizję przepysznego śniadania zburzył jednak szczęk otwieranych drzwi pokoju nauczycielskiego, w których pojawił się Horacy Slughorn w swojej zgniło-oliwkowej kamizelce, ciasno opinającej jego nieco napuchnięte ciało. Hermiona aż skrzywiła się, zniechęcona ostatnimi popisami braku wyczucia i zjadliwości, jaką prezentował sobą starszy profesor i szybko odwróciła wzrok, nie wiedząc, że znalazła się pod ostrzałem ciekawskich, ciemnych oczu.

Jak zresztą podczas całego śniadania — nie natarczywie, ale z zaintrygowaniem, co jakiś czas, dosłownie na chwilę. Severus zerkał w stronę siedzącej obok kobiety, nie mogąc wyrzucić z pamięci obrazu tego, co zaszło między nimi poprzedniego dnia. Dla niego był to pierwszy raz; nie znał faktury jej ust, nie pamiętał zachłanności, jaka czaiła się w niepozornych, zaróżowionych zawsze wargach i nie wiedział, do czego jego czułość potrafiła je zmusić. Nie miał nawet pojęcia, co to wywoływało w nim samym; jak przeraźliwie uspokajająca, harmonijna cisza szła z każdą chwilą, gdy smakował jej ust. Jak ciepło jej pocałunków koiło wszystkie, nawet niewidoczne rany, z istnienia których nawet nie zdawał sobie sprawy.

I mimo, iż nie znał tego wszystkiego, mimo, iż było to dziwne w sposób, którego nie umiał nawet wyjaśnić i mimo, iż nie powinien nigdy pozwolić sobie na rozwój takich uczuć — zapragnął tego nagle tak samo mocno, jak za prawdziwym, pierwszym razem. Równie szybko zdał sobie też sprawę, że nie było to coś, z czym mógł walczyć. Nigdy, w żadnych okolicznościach. Stracił pamięć, nie zdolność myślenia.

Zawiesił na moment wzrok, kiedy Hermiona zadarła spojrzenie znad śniadania na wlatujące przez uchylone drzwi Wielkiej Sali sowy z poranną pocztą. Przyglądał się jak kobieta wciąż z jedzeniem w ustach przypatruje się ptactwu, a jej oczy wręcz zalśniły, jakby była to najpiękniejsza rzecz, na jaką przyszło jej patrzeć. Uśmiechnęła się półgębkiem, zmuszając go, aby natychmiast zmarszczył brwi. 

Dopiero, kiedy podążył za jej spojrzeniem, zrozumiał, że może w głupiej, na pozór infantylnej fascynacji tak prozaicznymi rzeczami faktycznie było coś, co przynosiło zamierzony skutek. Chwilę przyglądał się krążącym pod sufitem sowom, które znalazłszy swoich adresatów, szybowały ku nim dostojnie, a spokój, jaki ogarnął go po zaledwie kilku sekundach, wygłuszył na moment niemal wszystkie dźwięki dookoła. Przeklęta wiedźma, pomyślał. Nie mogła być bezużyteczna, do niczego nie przydatna, nierozgarnięta. Brzydka do tego wszystkiego jak goblin. Nie. Nie mogła.

Poweekendowe lenistwo nie sprzyjało do szybkiego zbierania się tego poranka na zajęcia, jednak ku uldze zarówno Snape’a, jak i Hermiony, Minerwa dość wcześnie oznajmiła, że opuszcza wspólny posiłek. Ciemnowłosy mężczyzna odsunął krzesło, wstając za przyjaciółką od stołu i posłał przelotne spojrzenie pannie Granger, która zerknęła na niego przez ramię, nie odszukując jednak jego wzroku.

— Nie musisz na mnie czekać, wiesz — zadrwiła łagodnie Aurora, upijając kawę, kiedy Minerwa i Severus wychodzili z Wielkiej Sali.

Młoda nauczycielka zerknęła na nią pobłażliwie, odkładając na talerz zużytą serwetkę, kiedy nagle usłyszała szuranie krzeseł po swojej prawej stronie. Odruchowo przekręciła głowę, dostrzegając ponad burzą ciemnych włosów Sinistry, jak Slughorn i Anabella kierują się ku drzwiom do pokoju nauczycielskiego. Jej towarzyszka również to zobaczyła — i podobnie jak Hermiona wiedząc, że przyszedł czas i na nie, dopiła kawę, zabierając przy okazji dwa rogale w serwetkę jako przekąskę na później.

Żadna z nich nie miała pojęcia, że w tym czasie rozpoczęło się odliczanie do końca. Żadna z nich nie miała pojęcia, jak niewiele czasu im pozostało.

— Wezmę płaszcz i dołączę do ciebie na dziedzińcu — powiedziała Minerwa, kiedy znaleźli się w pokoju nauczycielskim, a Horacy skinął jej głową i zerknął w stronę wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny.

— Dawno cię nie widziałem, Severusie — zagadnął. Snape zatrzymał się niemal pod samymi drzwiami i obrócił w miejscu, mierząc pomarszczoną twarz starego profesora niechętnym, ale mimo wszystko obojętnym spojrzeniem. — Już zaczynałem się martwić.

— Zupełnie niepotrzebnie — sarknął.

Liczył, że mężczyzna — z jakichkolwiek powodów by tego nie robił — odpuści jałowe przekomarzania, które ostatnim razem zaskakująco szybko wyprowadziły młodszego Mistrza Eliksirów z równowagi. A, że tym razem okoliczności nie sprzyjały, bo jego życie i tak było pełne napięcia i nerwów, wynik mógł być o wiele gorszy.

Mógł i miał. Mimo wszystkiego, co mieli zrobić, aby temu zapobiec.

— Całe szczęście — odparł Slughorn głosem pełnym teatralnej ulgi. — Czyli jak rozumiem, korzystasz z odpoczynku.

Zawsze można milczeć, podpowiedziała podświadomość. Można — ale po co?

— Nie nazwałbym tego odpoczynkiem — stwierdził nieco zjadliwie Snape. 

Dostrzegł kątem oka wzrok Minerwy, który jednak kontrolowała bardziej Horacy’ego, co dało mu poczucie fałszywej swobody; a, że Slughorn w dodatku sam naciągał strunę, która miała mu ostatecznie rozkwasić cyniczny uśmiech na twarzy, Severus poczuł, że nie zamierza mu przeszkadzać.

— Och, nie oszukujmy się — mruknęła z nerwowym śmiechem Anabella Clark, której nazwisko w końcu poznał. Choć nie ukrywał; ta informacja była zbędna, zupełnie jak obecność kobiety, zarówno w jego życiu, otoczeniu, jak i przy tej rozmowie. — W końcu cały tydzień nie prowadziłeś zajęć, idzie w takim czasie nieźle odpocząć.

— Ba — przytaknął Horacy tubalnie. — No, a w dodatku upiekło ci się z wyjazdem — dodał, wymownie wskazując podręczną walizkę, którą ze sobą miał. 

Minerwa popatrzyła po towarzystwie z niekrytym rozczarowaniem; zachowywali się gorzej, niż dzieci w piaskownicy, a co gorsza, to ta starsza część wykazała w tej sytuacji mniej zarówno wyczucia, taktu, jak i rozsądku. Nigdy nie rozumiała tej cechy w ludziach, którzy po prostu musieli powiedzieć swoje trzy grosze, nawet w najgorszych sytuacjach — nieświadoma, ile razy jej samej zdarzyło się zrobić dokładnie to. Banda hipokrytów.

— Brzmi, jak zazdrość — stwierdził pod nosem Snape, nawet nie siląc się, aby ukryć kąśliwą barwę głosu. — Czyżbyś chciał się zamienić, Horacy?

Stary profesor cmoknął ustami, kpiąco kręcąc głową z tak sztuczną pobłażliwością, że Severusa aż przebiegł nieprzyjemny dreszcz odrazy.

— Nonsens — odparł ze sztucznym śmiechem. — Nie zazdroszczę, mówię jedynie, że cała ta sytuacja jest zwyczajnie bardzo… wygodna — dodał wymowniej. — Nie możesz temu zaprzeczyć.

Nie spodobał mu się ton wypowiedzi mężczyzny, ale zanim zdążył go skomentować, usłyszał szczęk zamka i spojrzał przelotnie ponad ramieniem Horacy’ego na drzwi pokoju, w których zjawiła się Hermiona. Aż zmarszczył brwi, kiedy rzuciła baczne spojrzenie w jego stronę, ignorując Slughorna, który również nią nią zerknął. Starszy mężczyzna widząc, że zbliża się do nich w towarzystwie wyższej, ciemnoskórej czarownicy w purpurowej szacie, dodał spokojniejszym, ale wyczuwalnie teatralnym tonem:

— Bardzo szczerze liczę, Severusie, że jak najszybciej wróci ci pamięć. — Snape nie wywrócił oczami tylko dlatego, że w tej chwili mógł wydać się przez to dziecinny; a wolał, żeby to Slughorn kompromitował się, jeśli ktoś musiał już to robić. Choć póki co jedyne, co robił, to doprowadzał jego cierpliwość na skraj swoimi idiotycznymi, kompletnie bezcelowymi uwagami. — Jestem pewien, że stanie się to lada dzień, zapewne nawet jutro odzyskasz pamięć i wrócisz do siebie — zakpił wymuszenie Horacy, wymownie poruszając przy tym brwiami. Zerknął na Hermionę, która stanęła obok nich, przyglądając mu się nieco ostrzegawczo i dodał z lekką drwiną: — Zwłaszcza będąc pod taką opieką.

Młoda kobieta aż wyprostowała się słysząc słowa Horacy’ego. Zmarszczyła brwi, nieświadomie przybierając obronną postawę, której towarzyszyła zacięta mina, a stojący obok Snape ściął łysiejącego profesora ostrym wzrokiem.

— Ach tak — wtrąciła Minerwa, czując, że napięcie niebezpiecznie eskalowało i wymagało nieco rozluźnienia. Nie było jeszcze nawet dziewiątej rano, na Merlina, nie potrzebowali dramatów zanim kofeina na dobre nie zaczęła działać. — Hermiona bardzo dobrze zajęła się Severusem, jestem bardzo dumna z tego, jak do tego podeszłaś, moja droga.

Komplement, jaki mimo wszystko krył się w szczerych słowach McGonagall skierowanych do szatynki, został niespodziewanie wykorzystany przeciwko nim, a Horacy Slughorn najwyraźniej do śniadania pijąc kawę z jadem zamiast cukru, prychnął pod nosem, lekceważąco taksując sylwetkę młodej gryfonki.

— Z pewnością — stwierdził pod nosem. Spojrzał drwiąco na Snape’a, który uniósł podbródek, mierząc go zacięcie bez słowa. — Panna Granger na pewno była bardzo… pomocna… w całej tej sprawie.

Sposób, w jaki Slughorn zaakcentował to zdanie, przyprawił Hermionę o ciarki. Nie tylko ona zresztą poczuła, jak nieprzyjemne dreszcze przeszywają jej ciało — choć z zupełnie innych powodów, zupełnie innych emocji.

— Prawdziwy skarb — dodała Minerwa, licząc, że to zakończy rozmowę. 

W swojej naiwności nie zdawała sobie sprawy, że jej słowa jedynie doleją oliwy do ognia zamiast ostudzić powoli rozprzestrzeniający się pożar.

— Niewątpliwie — powiedział przeciągle Horacy. — Bardzo przydatne jest mieć pod ręką kogoś tak oddanego, jak panna Granger. 

Hermiona zadrżała. Kontekst i sposób, w jaki jej nazwisko zostało w niego wplecione z niechęcią i kpiną, brzmiały jak najgorsza obelga, której gorycz stawała w gardle jednocześnie podsycając żar wyczerpującej się cierpliwości. Milcz, upomniała się. Nic nie miało przyjść jej z ciągnięcia i odpowiadania na zaczepki profesora Slughorna, który najwyraźniej nie był w stanie pogodzić się z pewnymi rzeczami. Jak dziecko, pomyślała wściekle.

— Oczywiście pod warunkiem — dodał niespodziewanie czarodziej, unosząc wysoko brew i lustrując Severusa wymownym wzrokiem — że faktycznie była taka potrzeba.

W ciszy, jaka zapadła pomiędzy nauczycielami, niemal dało się usłyszeć kroplę, która przelała czarę goryczy. Twarz Hermiony spięła się w bardziej agresywnym wyrazie, a Snape zmarszczył wściekle brwi, mierząc wzrokiem chełpliwie uśmiechającego się pod nosem Slughorna. Aurora i Minerwa rzuciły sobie porozumiewawcze spojrzenie. Wiedziały, że zeźlony Horacy może i zaczął tę kłótnię, a Anabella Clark przytakująca jego słowom niczemu nie pomagała, ale równie dobrze zdawały sobie sprawę, że żadne z pozostałej dwójki nie zamierzało całej tej sprzeczki kończyć. Choć po prawdzie to po Severusie spodziewały się pierwszej reakcji.

— Insynuuje pan coś, profesorze? — zapytała Hermiona, rzucając Slughornowi nieco wyzywające spojrzenie wyzute z choćby cienia wahania czy powściągliwości.

— Chciałbym móc powiedzieć, że nie, panno Granger — odparł czarodziej.

— Więc polecam milczeć — mruknął szybko Snape, na którego niemal od razu przeniosło się coraz mocniej podjudzone spojrzenie jasno-zielonych oczu.

Zanim Minerwa zdążyła upomnieć całe towarzystwo, niespodziewanie do rozmowy wtrąciła się Anabella ze swoimi trzema syklami.

— Czyżby ktoś tu uderzył w czułą strunę? — zapytała z kwaśnym śmiechem, zarabiając za niego zdegustowany wzrok Hermiony.

— A co nią dokładnie jest? — zapytał dość głośno Severus, unosząc pogardliwie brew. — Sfingowałem całą tę utratę pamięci, a Granger pomaga mi to wszystko tuszować? Po co? Dla kilku dni wolnych od zajęć? — prychnął, kręcąc głową nad kretynizmem nauczycielki, której na dobre nie znał, a którą zdążył znienawidzić za posiadanie niemal kompletu cech, jakimi naprawdę w ludziach gardził. Choć fakt, że Slughorn; tak wychwalany przez Dumbledore’a za swój potencjalny wkład w plan, którego Severus nie zdążył nawet poznać; okazał się podzielać, a wręcz nakręcać takie sugestie, tylko bardziej wyprowadził go z równowagi. — Minerwa jest częścią tego planu, czy ją również oszukaliśmy?

Spojrzenie Hermiony na moment złagodniało, przenosząc się na kamienną twarz stojącego obok Snape’a. Był zły. Rozjuszony. Choć widziała, że jeszcze starał się nad tym panować, jego wzrok stał się nagle zimny jak stal. Ściął sylwetkę Slughorna w sposób, jaki widywała bardzo rzadko, a w jaki wolała, aby raczej na nikogo nie patrzył. Po chwili zdała sobie jednak sprawę, że wcale nie znała tych oczu — były pełne agresji, jakiej w życiu nie widziała, wciąż niewypowiedzianej, ale iskrzącej się jak tysiące pochodni. Mimo, iż nikt zdawał się nie zwracać na to uwagi, ona widziała i przeczuwała, że nie przyjdzie za tym nic dobrego.

— Nie ma potrzeby się unosić — powiedziała pobłażliwie Anabella.

— Ani wtrącać — warknął Snape.

Zuchwały uśmieszek kobiety został starty brutalną oschłością w głosie ciemnowłosego nauczyciela, jednak jego cicha wygrana nie trwała długo. Minerwa wykorzystała chwilę i podeszła bliżej towarzystwa, patrząc na nich po macoszemu i powiedziała:

— Przede wszystkim nie ma absolutnie żadnej potrzeby, aby się kłócić.

Hermiona spojrzała walecznie na Slughorna, który zadarł podbródek, chwilę w milczeniu trawiąc słowa dyrektorki. Jego oczy lawirowały pomiędzy Severusem stojącym kilka stóp dalej i jego “narzeczoną”, którą powoli zaczynało boleć czoło od nieustannego marszczenia go w skonsternowanej minie. Nie rozumiała, co nim kierowało. Skąd brała się ta zawiść i jad. Naprawdę byłby zdolny doprowadzić do takiej awantury tylko dlatego, że musiał wziąć kilka dodatkowych dyżurów czy wyjechać do Londynu wcześniej, niż i tak go to czekało?

Cokolwiek to było, nie dawało mu prawa, aby oskarżać ich o to, że ukartowali coś tak podłego z tak przyziemnych powodów. Owszem, nie byli krystaliczni i owszem, sfingowali wiele rzeczy — ale to, że Horacy był idiotą, którego przerastały ludzkie koncepty takie jak poproszenie o wolne w razie potrzeby, nie powinno stanowić aż takiego problemu. Najwyraźniej jednak stanowiło.

— Masz rację, Minerwo — powiedział starszy czarodziej, naciągając kamizelkę na pokaźny brzuch. — Do tego zresztą i tak trzeba mieć wzajemny szacunek.

Rozsierdziło ją. Do żywego ognia rozpaliła ją wściekłość i zapomniała zupełnie, że rozmawia ze swoimi byłymi nauczycielami. Nie zachowywali się tak zresztą, zwłaszcza Slughorn; on przypominał obrażone dziecko, któremu matka kazała po sobie posprzątać, rzucający wyzwiskami na prawo i lewo w nadziei, że kogoś tym urazi. Prowokował ich, żeby zaspokoić własne poczucie pokrzywdzenia losem i choć nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów, wywołało w nich wszystkich frustrację. Frustrację, która obrosła cierniem pretensji i powoli zacisnęła się na nich niczym pętla na gardle.

— Szacunek przychodzi w zamian — stwierdziła pod nosem Hermiona, a jej głos przybrał ostrą, ciętą barwę. — Trzeba sobie na niego zasłużyć.

Horacy uśmiechnął się nieco lekceważąco, omiatając ją przelotnym spojrzeniem i odparł:

— Jednocześnie nie ma sensu oczekiwać go od kogoś, kto nie szanuje samego siebie.

Kobieta zauważyła ruch w zasięgu wzroku zanim zdążyła do końca przetworzyć, co właściwie Slughorn powiedział. Odruchowo rzuciła się pomiędzy stojących przed nią mężczyzn, blokując swoim ciałem Severusa i poczuła, jak gwałtownie odbija się od jego klatki, natychmiast przytrzymana w miejscu stalowym uściskiem dłoni zaciskającej się na jej ramieniu. Slughorn odstąpił do tyłu, zaskoczony nagłym atakiem niemal tak mocno jak Snape tym, że został on udaremniony.

Nikt nie powiedział jednak nawet jednego słowa. Długa, niezmącona cisza wypełniła wąskie pomieszczenie, w którym powietrze zagotowało się i zgęstniało niemal na kamień. Hermiona sparaliżowana wpatrywała się w pociemniałe ze złości oczy Snape’a znajdujące się zaledwie kilka cali od jej własnej twarzy, cały czas wstrzymując oddech, jakby był jej ostatnim. Bała się poruszyć choć jednym mięśniem, bała się zrobić cokolwiek; przerażona jednocześnie tym, jak obezwładniający ten strach się okazał.

Severus poruszył się pierwszy. Zmierzył ją morderczym spojrzeniem i puścił jej ramię nieco zbyt mocno, patrząc jak kobieta przestępuje chwiejnie z nogi na nogę. Na jego twarzy jednak nie pojawiła się nawet jedna rysa. Nie było na niej nic poza ledwo powściąganą wściekłością, której nagłe ujście w kierunku złej osoby dodatkowo wymalowało na ustach niemal zwierzęcy grymas.

Pogłębił się on jedynie, kiedy Snape dostrzegł drobną dłoń wędrującą do ramienia, które dopiero co wypuścił z uścisku — a sposób, w jaki Hermiona bezwiednie dotknęła najwyraźniej bolesne miejsce, przekuł całą złość w kompletną pustkę. Mężczyzna odsunął się i omiótł wzrokiem drobną sylwetkę po raz ostatni, po czym zerknął ponad jej ramieniem na Slughorna. Nie miał jednak w głowie nawet jednego słowa, które mógłby mu powiedzieć. Żadnej obelgi, żadnej ciętej riposty. Nic.

Wyszedł, odprowadzony otępiałym wzrokiem orzechowych oczu, które przymknęły się odruchowo, kiedy drzwi pokoju nauczycielskiego trzasnęły z impetem. Młoda kobieta stała w bezruchu, patrząc w miejsce, gdzie zniknął Severus i nie wiedziała, co ma teraz zrobić. 

Co teraz?

— Horacy, na litość Merlina!

McGonagall podeszła do starszego profesora, obrzucając go rozgniewanym, karcącym spojrzeniem. Slughorn nie miał jednak najwyraźniej zamiaru wziąć na siebie nic z winy za całą tę kłótnię, bo popatrzył od razu na swoją przełożoną i wystawił w jej stronę pulchny, ostrzegawczy palec.

— Matkujesz mu, Minerwo — powiedział poważnie. — Coraz gorzej z każdym rokiem.

— Waż na słowa — upomniała go dyrektorka.

Slughorn popatrzył na nią wyraźnie niezadowolony reprymendą, ale Hermiona nie miała okazji tego zobaczyć; nie zamierzała nawet się odwracać, na moment zupełnie odcinając się od rozmowy za jej plecami. 

Powinna za nim iść. Wiedziała to. Powinna upewnić się, że nic mu się nie stanie, że nie dozna kolejnego ataku, powinna pomóc mu się uspokoić, bo z nich dwojga tylko ona pamiętała, jak źle może się to skończyć. Dlatego czuła się odpowiedzialna za “tego” Snape’a i dlatego powinna za nim iść. Wiedziała to.

— Nawet gdyby odwinęli jakiś przekręt tuż pod twoim nosem, nic byś z tym nie zrobiła — mruknął rozgoryczony Slughorn, a Minerwa odpowiedziała mu równie oschłym spojrzeniem. — Byłabyś ślepa albo co gorsza zignorowała.

— Nie zarzucaj mi ani ślepoty ani stronniczości, Horacy — odparła ostrzejszym głosem i odwróciła się, zamierzając zaganić pozostałych nauczycieli do wyjścia. 

Dla Slughorna jednak szala goryczy przechyliła się zbyt mocno na jedną stronę.

— Nie widziałaś, co tu właśnie zaszło? — zapytał podniesionym głosem i omiótł ramieniem pokój nauczycielski. — Prawie rzucił się na mnie z pięściami, a ty dalej go bronisz!

— Czego się spodziewałeś, Horacy? — zapytała nieco drwiącym tonem Aurora, której brew uniosła się w odruchowym geście. — Wtykasz kij w mrowisko, to tak to się kończy.

Pal sześć, co powinna robić — ona zwyczajnie chciała za nim iść. Chciała pomóc mu się uspokoić, chciała pomóc mu opanować emocje, bo czuła, że jej obecność trochę w tym sprzyja. Przynajmniej czasami. Chciała zresztą upewnić się, że nic mu się nie stanie i być przy nim, gdyby jej potrzebował. 

Pierwsze, co poczuła, kiedy tylko zniknął za drzwiami to instynktowne pragnienie wyjścia za nim. Nie wiedziała, co właściwie tak długo trzymało ją w miejscu, ale zrozumiała, że się myliła. Ona wcale nie bała się jego, tylko o niego.

— Mimo wszystko powinieneś podziękować Hermionie — powiedziała nagle Minerwa, a szatynka ocknęła się z letargu i powoli odwróciła w stronę pozostałych nauczycieli, marszcząc mocno brwi. — Stanęła w twojej obronie.

— Podziękować? — powtórzył Slughorn, ale nagła złość zapowietrzyła się w nim, uchodząc dopiero po chwili z jadowitą kpiną w głosie. — Cóż, w takim razie dziękuję, panno Granger, że obroniłaś mnie przed swoim narzeczonym wariatem.

Milcz, milcz, mil…

— Nie ma za co, profesorze — odparła spokojnym, choć równie zjadliwym tonem i ścinając sylwetkę mężczyzny ostrym wzrokiem, dodała: — To się więcej nie powtórzy.

Spojrzała na Minerwę i skinęła jej głową na pożegnanie, po czym odwróciła się do Aurory, dyskretnie rzucając jej porozumiewawcze spojrzenie. Wyszła szybkim krokiem z pokoju nauczycielskiego, nie dbając nawet o to, jak Horacy zareagował na jej słowa; nie obchodziło ją już absolutnie nic, co dotyczyło tego człowieka — cokolwiek nim kierowało, przegiął. Na dobre. Jakkolwiek niewinnie chciał, żeby to wszystko z pozoru wyglądało.

Wypadła na jeszcze pusty Wielki Hol, ale nigdzie nie dostrzegła ciemnych szat. Mimo to ruszyła ku schodom, próbując jakimś cudem dogonić Snape’a, który zmierzał pewnie do swojego gabinetu i zaczęła odruchowo biec, choć mogło niechybnie skończyć się to jej upadkiem, zważywszy, że dalej nie posłuchała rady odnośnie zmiany obuwia. Podjęła jednak decyzję i nie było od niej odwrotu. 

Wspięła się po schodach, docierając na klatkę schodową i dostrzegła zarys wysokiej sylwetki znikającej na pierwszym piętrze piętrze. 

— Severusie! — zawołała, ale mężczyzna ostentacyjnie ją zignorował. Pokonała niewysokie stopnie, doganiając go dopiero na drugim piętrze; lekko zdyszana i zaczerwieniona. — Severusie, zaczekaj!

Ciemnowłosy czarodziej ruszył bez wahania na kolejne piętro, rzucając jedynie pod nosem cięte:

— Odpuść, Granger.

Nie miała takiego zamiaru. Nawet jeśli miało to naruszyć jego osobistą przestrzeń, być nachalne i wścibskie, jednocześnie sprawiało, że czuła się bezpieczniej. Bolesny kompromis, ale była gotowa zapłacić za niego sowitą cenę.

— Nie zamierzam — powiedziała.

— To nie była prośba — warknął Snape, niespodziewanie się zatrzymując.

Hermiona zadarła wzrok zaskoczona, że mężczyźnie jakimś cudem udało się znaleźć jeszcze wyżej jego zasięgu niż zwykle, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, Severus odwrócił się i ruszył w górę schodów.

— Tym bardziej nie zamierzam odpuszczać — odparła niestrudzenie, starając się przy tym dotrzymać mu kroku.

Ciemnowłosy czarodziej posłał jej przelotne, ale wyraźnie ostrzegawcze spojrzenie przez ramię.

— Pchasz się na siłę tam, gdzie może stać ci się krzywda — ostrzegł ją cichym, ponurym głosem, który natychmiast wywował w całym ciele Hermiony ciarki. Nie mogła się jednak dać temu rozproszyć.

— Czasem to niewystarczający powód, żeby odejść — stwierdziła łagodnie. 

Tak, jak on spostrzegł kiedyś, że kobieta dostosowuje się do tonu rozmowy, jaki narzucała jej druga strona, tak ona zorientowała się, że u niego działało to czasem dokładnie na opak. Tak, jak w tej chwili.

— Więc wczorajszy był wystarczający? — zapytał nieco pogardliwie, a młoda gryfonka aż uchyliła usta, słysząc jad w jego głosie. Aż tak go to zabolało?

Zatrzymała się, widząc, że Severus dotarł na szczyt schodów i odwrócił się w jej stronę, mierząc ją wyczekującym wzrokiem, w którym aż roiło się od niezrozumiałych dla Hermiony wyrzutów i pretensji. Tak jakby to ona zrobiła coś złego. Pokonała powoli ostatnie dwa stopnie i stanęła przed mężczyzną, patrząc na niego spokojnie, ważąc przy tym w głowie najlepszą, najodpowiedniejszą odpowiedź — która wypowiedziana na głos zabrzmiała o wiele bardziej ckliwie, niż kobieta planowała.

— Chcę ci tylko pomóc — powiedziała, marszcząc brwi w charakterystyczny, zatroskany sposób. — Jesteśmy po tej samej stronie, Severusie.

Choć słowa, które wypowiadała, powinny przynieść spokój, miała wrażenie, że on rozumiał je zupełnie inaczej, jedynie mocniej marszcząc brwi, im dłużej przyglądał się jej zaciętej minie.

— Więc się tak zachowuj — rzucił ostro Snape.

— A jak inaczej sobie to wyobrażasz? — zapytała Hermiona pobłażliwie, choć w jej rozbawieniu czaiło się zirytowanie tym, że traktował ją jak wroga. Jakby fakt, że stanęła pomiędzy nim, a Horacym świadczył, że była po stronie tego drugiego. Kretyn. — Mam stać z boku i pozwolić ci się bić ze Slughornem?

Snape poruszył brwią wymownie, na co stojąca przed nim szatynka aż miała ochotę się roześmiać. Jak zresztą na cały absurd tej sytuacji.

— Wystarczy, że nie będziesz się wtrącać — stwierdził mężczyzna.

Nie spodziewał się dostrzec wesołego uśmiechu na twarzy panny Granger.

— I pozwolę ci się z nim bić — powtórzyła nieco prześmiewczo i pokręciła głową z pobłażaniem. — Daj spokój, Severusie.

Tak, jakby potrafiła uśmiechem zakląć go i sprawić, że traci kontrolę nad wolną wolą. Zupełnie, jakby miała nad nim jakąś władzę — z którą nie chciał, nie umiał i nie chciał się pogodzić. Nie potrafił jednak walczyć z tym, że nawet uspokajać się musiał pod jej dyktando.

— Oboje wiemy, że i tak na to zasłużył — warknął cierpko pod nosem.

Hermiona uśmiechnęła się do niego cieplej.

— Nadal… — mruknęła wymownie, poruszając brwiami, a Snape zlustrował przelotnie jej twarz.

Nie chodziło tylko o to, że nie pozwoliła na spotkanie jego pięści z napchanym ego nosem Slughorna, chociaż ten zalazł mu za skórę zaskakująco mocno — a Severus jak nigdy naprawdę miał na to ochotę, zwłaszcza po jego lekceważących komentarzach w stronę Granger. Której najwyraźniej obrywało się przy okazji. Również od niego. Spojrzał na nią uważniej, a czoło okolone luźnymi, czarnymi kosmykami, pokryło się w głębokich bruzdach, kiedy wzrok skierował się na jej ramię.

— Raz już odpuściłaś więc bądź konsekwentna i odejdź też teraz — powiedział.

Nie dość, że kretyn, to jeszcze głuchy, pomyślała Hermiona. Nie wiedziała, jak przemówić mu do rozsądku, a fakt, że po raz drugi wypomniał jej wczorajszą sytuację sprawił, że poczuła nagły przypływ bezsilności, który odcisnął się na jej twarzy niczym trwałe znamię.

— Nie powinnam była wczoraj wychodzić — odparła cicho, jednak nie spuściła wzroku, kiedy Snape na nią popatrzył. — Dlatego tym bardziej nie zamierzam odchodzić teraz.

Jego szybka odpowiedź mocno ją skonsternowała.

— Dlatego właśnie powinnaś odejść — rzucił ostro mężczyzna, akcentując nakaz. Jak zacięta płyta, którą ona próbowała desperacko nastawić. — Powinnaś uszanować tę prośbę, zwłaszcza, jeśli to co rzekomo do mnie czujesz to prawda. 

Miała ochotę wyśmiać mu jego głupotę prosto w twarz, ale wiedziała, że byłby na nią ślepy, nawet gdyby miał ją przed oczami. Taki już był. Idiota. Nie powstrzymała nerwowego, pełnego pobłażania śmiechu, kręcąc przy tym głową i patrząc na Severusa z bezsilnym rozbawieniem.

— Powinnam zostawić cię w spokoju dlatego, że cię kocham?

Po raz kolejny powtórzyła jego słowa, ubrane w swoje myśli, ale tym razem te zdradziły ją, choć nie zdała sobie z tego sprawy, dopóki nie zobaczyła nagłej zmiany w spojrzeniu Snape’a — ciemne oczy wytrzeźwiały w momencie, kierując się na nią z zaskoczeniem, a Hermiona aż uchyliła usta. Nie…

— Powtórz, co właśnie powiedziałaś — poprosił ciemnowłosy mężczyzna, ale jego słowa zderzyły się z murem, jaki nagle pojawił się dookoła skołowanej Hermiony. Ta spojrzała na niego przeciągle, nie odzywając ani słowem, co zmusiło go do zrobienia kroku w jej stronę. Znów — żadnej reakcji. — Powtórz, co powiedziałaś, Granger — powiedział, ale tym razem nie brzmiało to jak prośba, a rozkaz.

— Nie mogę — szepnęła od razu kobieta.

Severus zmarszczył brwi, nie spuszczając z niej wzroku i dostrzegł, że na jej ustach pojawiło się nieme błaganie. Szybko jednak starła je niespodziewana, chwilowa pewność siebie, która pozwoliła jej dodać:

— To nie ty powinieneś to usłyszeć.

Była na siebie taka zła. Musiała, naprawdę zawsze musiała mówić, co ślina przyniosła jej na język? Zupełnie nie tak wyobrażała sobie to wyznanie i nie mogła dopuścić, aby doszło do skutku teraz, kiedy on i tak miał o wszystkim zapomnieć. Poza tym… nie mógł winić jej za to, że “jeszcze” go nie kochała. Ten Snape wzbudził w niej inne uczucia, równie mocne — i istniejące w dodatku tylko dlatego, że miały na czym się opierać — ale nie tak trwałe, jak te, którymi obdarzyła tamtego Severusa. Którym on jeszcze nie był.

On zrobił z nią dokładnie to samo, nawet nie będąc tego świadomy.

— Wygodne — zakpił niespodziewanie, lustrując ją nieco pogardliwym spojrzeniem. Hermiona nie rozumiejąc, co ma na myśli, zmarszczyła brwi, a mężczyzna uniósł podbródek i wycedził: — Bierzesz, co ci się podoba, a resztę próbujesz zmienić. Albo od razu odrzucasz.

Miała ochotę wrzeszczeć na swoją bezsilność i jego zawziętość. Na to, że niczego nie pamiętał i że nie mogła nic z tym zrobić. Na to, że nie była to niczyja wina, a ona potrzebowała kogoś tak bardzo za to wszystko obwinić. Ulżyć wyrzutom, które słane w eter nagromadziły się w niej jak zbyt dużo powietrza w baloniku.

— Niczego nie odrzucam — powiedziała zrezygnowana.

— Nie da się kochać części człowieka, Granger — odparł ostro Snape.

Kłamstwo.

— Kocham całego ciebie — powiedziała Hermiona mimowolnie. — Każdą wadę, jaką myślisz, że posiadasz, każdą bliznę, każdą rysę. Wszystko, czego w sobie nienawidzisz. — Uśmiechnęła się krzywo, co nie umknęło uwadze zaskoczonego jej wyznaniem czarodzieja. — Każdą rzecz, jaka się z tobą wiąże. I nie zmieniłabym ani jednej. — Słowa lały się z niej jak z przepełnionego kociołka, ale pozwalała im na to. Złamała swoją własną obietnicę, co zrobiłaby i kolejne milion razy, byle tylko poczuć jeszcze raz przemożne, przejmujące uczucie ulgi, jakie za tym szło. — Ale Severus, którego pokochałam, nauczył się przekuwać te wady i blizny we wszystko to, co uczyniło z niego człowieka, jakim się stał. Za co go pokochałam. A ty… — Zawahała się, ale nie było odwrotu. Czuła, że nie powstrzyma tego, co cisnęło się jej na język. — Ty nim nie jesteś. Jeszcze.

Miało to sens w jej głowie i najwyraźniej tylko tam. Mężczyzna patrzył na nią, jednak zamiast zadowolenia, że dostał odpowiedź na zadane pytanie, na jego twarzy odmalował się coraz mocniej rozgniewany wyraz — jakby to, co powiedziała Hermiona ponownie miało dla niego zupełnie inne, kompletnie odmienne znaczenie.

— Zawsze nim byłem — odpowiedział po chwili. — A fakt, że próbujesz usprawiedliwić jakąś różnicę mówi więcej o tej twojej rzekomej miłości, niż wszystkie słowa, które powiedziałaś.

Wychodząc za nim z pokoju nauczycielskiego nie przypuszczała, że ta rozmowa może zboczyć na aż tak złe tory. To, że nie przemyślała za bardzo tego, jak przekona go do przyjęcia jej towarzystwa jako remedium na problemy, nie zmieniało faktu, że w najśmielszych planach nigdy nie założyłaby takiego przebiegu tej konwersacji i tego, że jednak dojdzie do tego, do czego obiecała sobie przecież nie dopuścić — Snape kończący rozmowę, odwracający do niej, odchodzący. Ona znowu patrząca na jego plecy.

Zdążyła zrobić tylko krok do przodu, kiedy niespodziewanie mężczyzna zwolnił i zachwiał się, osuwając na ziemię w ułamku sekundy.

— Severusie!

Jej krzyk poniósł się po wysokim sklepieniu i dotarł w najdalsze jego zakamarki, rozdzierając ciszę, jaka panowała przed zajęciami w tej części zamku. Hermiona dopadła nieprzytomnego ciała, obracając je przodem ku sobie i spanikowana otaksowała bladą twarz. Strach z wcześniej przybrał o wiele potężniejszy, mroczniejszy wydźwięk i na moment zupełnie ją sparaliżował. Potrafiła jedynie klęczeć na ziemi i patrzeć jak ten sam mężczyzna, w zupełnie innych okolicznościach, znowu znajduje się bezwładnie w jej ramionach. Znowu.

~

Hermiona rozglądnęła się dookoła, ale zrozumiała, że znikąd nie przyjdzie pomoc. W końcu ona sama poszła za Severusem z dokładnie tego powodu — to ona musiała mu pomóc. Ambulatorium. Poppy. Minerwa. Trzy słowa, które pozwoliły opanować krępujący ruchy lęk, zaczęły kołatać się w głowie młodej gryfonki, która wyciągnęła pospiesznie różdżkę z kieszeni wiedząc, że to nie czas na popis umiejętności niewerbalnych. W tej samej chwili usłyszała jednak szelest nad głową i zadarła spojrzenie.

Irytek. Popatrzyła na niego z odruchowym błaganiem, przerażeniem, ochotą wywrzeszczenia mu, żeby ten jeden raz zostawił ją w spokoju, odpłynął i nawet nie próbował jej zaczepiać. Choć wiedziała, że nic z tego nie miało na niego zadziałać, zwłaszcza jej słowa, w desperacji rzuciła do niego poważnym głosem:

— Sprowadź dyrektor McGonagall do skrzydła szpitalnego.

Poltergeist przyjrzał się nieprzytomnemu Severusowi, aż w końcu skierował wzrok ku kobiecie, na której kolanach spoczywała jego okolona ciemnymi, splątanymi włosami głowa. Kilka okropnie długich, przerażająco niepewnych sekund po prostu tak trwał — zawieszony w powietrzu, oceniając swoimi paciorkowatymi ślepiami, czy jej rozkaz był wart jego uwagi.

Niespodziewanie Irytek przekrzywił głowę i zmrużył oczy, po czym odleciał dokładnie tak, jak ostatnio miał w zwyczaju — bez ani jednego słowa — i rozpłynął się w murowanych ścianach. Hermiona patrzyła za nim chwilę, nie będąc pewna, czy może liczyć na jego pomoc, ale wiedziała, że nie musi się na razie tym przejmować. Przynajmniej nie zamierzał jej przeszkadzać. A Minerwę mogła zawiadomić później.

Rzuciła na Snape’a zaklęcie kameleona, żeby nie siać paniki wśród uczniów i lewitowała go do skrzydła szpitalnego, czując, że jej nogi drżą jakby były z galarety. Ostro uchyliła drzwi, wpadając pierwsza do środka i rozglądnęła się po wnętrzu.

— Poppy! — krzyknęła, od razu zrzucając zaklęcie i ułożyła ciało mężczyzny na pierwszej wolnej kozetce, zanim pielęgniarka wychyliła głowę z kantorka, zaalarmowana donośnym głosem.

— Merlinie, co się stało? — zapytała pani Pomfrey, wiążąc przepaskę wokół bioder i stanęła przy łóżku, oceniając pobieżnie bladą twarz Severusa.

— Stracił przytomność — powiedziała Hermiona słabo. — Nie wiem, czy… to zdenerwowanie… czy jego choroba dała o sobie znać… 

Próbowała poskładać w głowie jakiekolwiek sensowne zdanie, ale jej gardło ściskało się niekontrolowanie i choćby miała wyrecytować znany na pamięć cytat z ulubionej książki, nie brzmiałoby to ani pewnie, ani stanowczo. Ani wiarygodnie. 

— Jak długo jest nieprzytomny?

Hermiona spojrzała na bladą twarz mężczyzny niemal zlewającą się z śnieżnobiałą poduszką, z czym mocno kontrastowały rozrzucone w nieładzie ciemne włosy.

— Może dziesięć minut — odparła.

Pielęgniarka posłała jej przelotne spojrzenie, kiwając głową, jakby tyle jej wystarczyło i machnęła na młodą nauczycielkę, odganiając ją od łóżka. Zajęła jej miejsce, wykonując nad ciałem mężczyzny powolne, statyczne ruchy różdżką, które orzechowe oczy śledziły z rosnącym zdenerwowaniem.

— Nie zapadł w śpiączkę — powiedziała po jakimś czasie Poppy, marszcząc krzaczaste brwi, a Hermiona odetchnęła z ulgą, kiwając głową bez słowa. — Dam mu eliksir stabilizujący i coś, żeby go ocucić, a jeśli to nie zadziałała, damy się mu chociaż wyspać.

Usta gryfonki niemal natychmiast rozciągnęły się w krzywym uśmiechu. Ton pielęgniarki nie sugerował, żeby było w tym cokolwiek, czym powinni się martwić i choć wciąż zamierzała poinformować o sytuacji doktora Whitlocka, poczuła, że ciężar z jej piersi ulatnia się, pozwalając w końcu zaczerpnąć pełnego oddechu.

Niespodziewanie drzwi do ambulatorium otworzyły się, a Minerwa, która się w nich pojawiła, odszukała wzrokiem przyjaciela i podeszła do jego łóżka pospiesznym krokiem. Posłuchał, pomyślała Hermiona. Irytek jej posłuchał.

— Co się stało? — zapytała McGonagall, spoglądając kolejno po kobietach.

— To właściwie pytanie do was — odparła Poppy, zerkając na dyrektorkę przeciągle. — Jego ciśnienie było skandalicznie wysokie. Zbiłam je, ale nie wolno mu się tak denerwować.

Młoda gryfonka spuściła speszone spojrzenie, a Minerwa zmarszczyła brwi, przypatrując się jej przez chwilę. Była jednocześnie zła na kobietę za nieprofesjonalne zachowanie względem mimo wszystko starszego od niej członka personelu — za co Horacy otrzymał soczystą wiązankę pouczającą zaraz po tym, jak Hermiona opuściła pokój nauczycielski — ale z drugiej strony była jej za to wdzięczna. Ona sama nie miała już siły użerać się z poirytowanym personelem, zwłaszcza takim, który na dobrą sprawę powinien dawno swoją karierę zakończyć. Może czas, żebym to ja ją skończyła, pomyślała gorzko Minerwa.

— Kiedy się obudzi? — zapytała, patrząc na przyjaciela, a mina pielęgniarki złagodniała, słysząc troskę w zmęczonym głosie dyrektorki.

— Myślę, że jeszcze dziś — odparła uspokajająco. — Najwyżej prześpi dobę, akurat to wyjdzie mu na dobre.

Hermiona przysłuchiwała się jej słowom bez słowa, coraz poważniej myśląc, że może faktycznie nie powinna się martwić, a on obudzi się w przeciągu chwili. Może faktycznie spokój w głosie Poppy oznaczał, że nie było powodu do zamartwiania się. Jeszcze.

— Wracaj na zajęcia, panno Granger — powiedziała Minerwa, zwracając się do niej łagodnie, ale z wyczuwalnie rozkazującą nutą. — Zostanę z nim i powiadomię cię, kiedy się obudzi.

Poczuła się jak uczniak pogoniony przez nauczyciela, choć doskonale wiedziała,jak miały zabrzmieć słowa jej przełożonej. Nie odwracając głowy powiodła spojrzeniem za obchodzącą łóżko McGonagall starając się gryźć w język tak mocno, jak tylko mogła.

Wiedziała zresztą, że były obowiązki, które czekały na nią pomimo tego, co działo się z Severusem. Był w dobrych rękach, a ona powinna wrócić do pracy. Kontynuować, co zaczęła i zaopiekować się wszystkim innym. Skinęła głową Minerwie i Poppy, przelotnie tylko zerkając na twarz nieprzytomnego mężczyzny i opuściła skrzydło szpitalne, kierując się tam, skąd przyszła — na trzecie piętro.

Kiedy jednak dotarła pod drzwi klasy Severusa, przekonujące postanowienie zostało zupełnie wyparte przez rozgoryczenie, jakie narosło w Hermionie tego poranka. Nie dość, że Horacy Slughorn pokazał, jak fałszywym szacunkiem ją darzył i jak uprzedzony mimo wszystko pozostał względem jej osoby, to w dodatku Minerwa z jakiegoś powodu również widziała w niej winną. I potraktowała ją z dystansem, odsuwając od tego, do czego według niej samej miała większe prawo.

Wchodząc do środka i podchodząc do biurka ustawionego na podeście u szczytu klasy, była już zupełnie pusta. Wycofała wszystkie emocje, czując, że nie zostało w niej nic i odwróciła się, omiatając klasę surowym spojrzeniem.

— Otwórzcie podręczniki na ostatnim, czytanym rozdziale — powiedziała. Ton jej głosu zdezorientował siedzących przed nią uczniów, którzy popatrzyli po sobie niepewnie, a jedynie niewielka część sięgnęła od razu po książki. Hermiona rozglądnęła się po reszcie, a widząc ich wahanie zapytała: — Czy polecenie było niejasne?

Obserwowała, jak wszystkie głowy w zasięgu jej wzroku kręcą się nerwowo w zaprzeczeniu, a szelest kartkowanych podręczników wypełnił salę lekcyjną, dając młodej kobiecie chwilę na głęboki oddech. Zrozumiała, co Snape miał na myśli, kiedy próbował przekonać ją, jak wbrew pozorom przyjemny był zapach strachu roznoszący się wokół człowieka, który potrafił zmusić innych do posłuszeństwa. 

Owszem, było w tym coś… potężnego. Hermiona szybko jednak zrozumiała, że to nie do końca to uczucie odnalazła. Odnalazła władzę, którą w ostatnim czasie miała wrażenie straciła na rzecz wszystkiego, co ją otaczało i pozwoliła, aby to uczucie na kilka godzin zupełnie przyćmiło zwyczajowe pragnienie, aby po prostu zostać wysłuchaną. Potrzebowała tego.

W przerwie obiadowej wpadła do ambulatorium, ale ku swojej uldze nie napotkała tam Minerwy. Podeszła do łóżka Severusa powoli, obserwując jego wciąż zastygłą w śnie twarz, kiedy niespodziewanie usłyszała z boku:

— Nie obudził się jeszcze.

Hermiona zerknęła przelotnie na Poppy, która krzątała się przy kozetce pod oknem w głębi skrzydła szpitalnego i odparła mimowolnie pod nosem:

— Tak, widzę.

Pielęgniarka zrugała ją spojrzeniem za niecelowo niegrzeczny komentarz, ale zmarszczyła brwi, widząc minę młodej nauczycielki, która wróciła do przyglądania się Severusowi. Nie upomniała jej ani nie pocieszyła, kończąc zmieniać pościel, po czym ściągnęła fartuch, podchodząc do młodej nauczycielki z surowym wyrazem na twarzy.

— Idź na lunch, moja droga — poleciła. — Twoje głodzenie się niczego nie przyspieszy.

Gryfonka wywróciła oczy z krzywym uśmiechem i zerknęła na Poppy, która przyglądała się jej karcąco.

— Nie zamierzałam robić nic takiego — prychnęła cicho. — Wpadłam tylko na chwilę. Zobaczyć, czy wszystko w porządku.

— Dam ci znać, jeśli coś się będzie dziać — przypomniała pani Pomfrey pobłażliwie poirytowanym głosem i obeszła kobietę, zagarniając ją ramieniem. Pchnęła ją lekko ku drzwiom, nakierowując stanowczo na drzwi i rzuciła: — Możesz przyjść pomarnować trochę swojego czasu wieczorem, jeśli do tego czasu Severus się nie obudzi.

Słaby uśmiech pojawił się na ustach Hermiony, która skinęła głową i zgodnie z poleceniem pani Pomfrey udała się na obiad. Choć absolutnie nie była głodna, a jej gardło ścisnęło się już z samego rana i nie pozwoliło nic w siebie wcisnąć przez cały dzień, kobieta spróbowała trochę zupy, zachęcana przez Aurorę, którą mocno zaskoczyła informacja o tym, jak potoczyła się dalsza część przedpołudnia.

Widziała, że Hermiona starała się naprawdę mocno sprawiać wrażenie, że nie jest śmiertelnie przerażona tym, że cokolwiek dolegało Snape’owi, stanowiło coraz gorszy problem i z tygodnia na tydzień przybierało poważniejsze, bardziej dokuczliwe formy. Zaskoczyła ją determinacja, jaka kryła się w głosie młodej kobiety, kiedy obiecywała zawiadomić znajomego magomedyka, jeśli Severus nie obudzi się po upływie doby, jednak bardziej rozczuliła ją złość Hermiony, która w niepochlebny sposób komentowała zwłokę i niechęć samego Snape’a, żeby wcześniej zrobić coś w kwestii swojego zdrowia. Krytykując przy okazji siebie za pobłażanie mu w tej kwestii.

Aurora widziała też, ile było w tym jednoczesnej bezsilności na to, że wszystko działo się w jej życiu tak nagle i naraz. Sybilla miała rację, to ewidentnie jakieś przekleństwo, pomyślała, choć nie ośmieliła się powiedzieć tego nawet w żartach swojej towarzyszce, która w końcu nieco uspokoiła się i pochłonęła całą miskę jedzenia.

To pozwoliło Hermionie porzucić niechęć z rana i choć na swoich własnych zajęciach nie była ani uśmiechnięta, ani nie pozwalała żartować tak swobodnie, jak zwykle, sama czuła, że o wiele łatwiej przyszło jej skupić myśli na miejscu, w którym się znajdowała, a nie w którym chciałaby przebywać.

Tam znalazła się dopiero późnym popołudniem — zaraz po zajęciach zgarnięta ponownie do Wielkiej Sali przez Aurorę i Henry’ego, którzy zaopiekowali się nią i dotrzymali jej towarzystwa w swoim własnym stylu; nie narzucając swojej obecności, ale sprawiając, że Hermiona naprawdę nie mogła i nie chciała się ich pozbywać. Pod koniec posiłku była im wdzięczna za wszelkie próby, nawet niezręczne; zwłaszcza te w wykonaniu Sinistry, która przejęła rolę opiekuna nie do końca z własnej woli i bez żadnego doświadczenia, czym zaskakująco nadrabiał Henry — całkiem skuteczny, jak się okazało, kiedy podjął się zadania rozweselenia jej mimo wszystko słabymi żartami.

Zachowywali się jak zatroskani rodzice, którzy próbowali na siłę odwrócić uwagę małego dziecka od skaleczenia, co rozczuliło Hermionę do tego stopnia, że rozchodząc się z nimi na klatce schodowej, uśmiechała się już całkiem szczerze. 

Wolała zresztą słuchać się Poppy i nie martwić na siłę. Również jednak za jej radą, zjawiła się w końcu w skrzydle szpitalnym, gotowa zmarnować trochę swojego czasu czuwając przy łóżku Snape’a. Zbliżyła się do łóżka mężczyzny, przy którym akurat kręciła się szkolna pielęgniarka, która od razu zmierzyła ją pobłażliwie rozbawionym wzrokiem.

— Widzę w kwestii upartość trafił swój na swego — rzuciła, a Hermiona posłała jej szybkie spojrzenie i uśmiechnęła się pod nosem. Kiedy nie odpowiedziała, pani Pomfrey mruknęła pod nosem, zabierając tackę ze stolika przy kozetce i odwróciła się, skanując gryfonkę przeciągle. W końcu poruszyła wymownie brodą, dodając nieco obojętnie: — Tam jest wygodniejsze krzesło. Będę w kantorku, jeśli coś by się działo.

Hermiona skinęła jej głową, patrząc jak kobieta odchodzi od łóżka i oddala się w stronę niedużych drzwi z tyłu pomieszczenia, które częściowo przysłaniała szpitalna kotara. Zerknęła przez ramię, dostrzegając krzesło, o którym mówiła Poppy, ale jej wzrok szybko skierował się na łóżko, a ciało bezdyskusyjnie podjęło za nią decyzję.

Przysiadła na krawędzi, podciągając pod siebie jedną nogę, a pani Pomfrey, która zerknęła na nią ostatni raz przechodząc przez drzwi, pokręciła głową z dezaprobatą, nie zamierzając jednak upominać kobiety za jej zachowanie. Dopóki nie brudziła butami pościeli, oczywiście.

— Przepraszam — wyszeptała w pewnej chwili szatynka, kiedy wpatrywanie się w zastygłą twarz Severusa powoli zaczęło drążyć z niej energię. — Nie powinnam była mówić ci tego wszystkiego…

Niemal niesłyszalne słowa zawisły nad ich głowami na długi czas, a Hermiona potrafiła jedynie siedzieć nieruchomo i patrzeć niewidzącym wzrokiem na Snape’a, wiedząc doskonale ile niepozornego ciężaru za sobą niosą. Nie chciała się obwiniać, nie chciała dać zawładnąć sobą myśli, że jest współwinna temu wypadkowi, choć nawet nie mieli pewności, że to stres wywołał taką reakcję jego organizmu i przyczynił się do utraty przytomności.

Dlatego to ten ukryty ciężar słów wycisnął na zaciśnięte do tej pory usta grymas — a w głowie Hermiony zaczęły kołatać się słowa o uczuciu, które przyszły znikąd, a teraz sprawiały, że nie poznawała swojego własnego głosu. Spojrzała na luźno leżącą wzdłuż ciała rękę mężczyzny, po chwili wahania niepewnie wsuwając dłoń pomiędzy skostniałe, długie palce i zmarszczyła brwi, kiedy poczuła, że te na ułamek sekundy zacisnęły się wokół jej dłoni w odruchowym skurczu. Uniosła wzrok, sama jeszcze mocniej ściskając rękę Snape’a i chwilę siedziała przy nim bez ani jednego słowa, obserwując głęboko poruszającą się klatkę piersiową pod szpitalną kołdrą. 

Wciąż miał na sobie swoją czarną koszulę, ale Poppy pozbyła się ciężkiego surduta, który nosił na wierzchu i okryła nieprzytomne ciało cienkim materiałem, który zdążył zmiąć się pod ciężkimi ramionami. Hermiona przyglądała się mu dość długo, ale w końcu zdała sobie sprawę, że najwyraźniej Severus zamierzał wykorzystać okazję i faktycznie odespać wszystko, co działo się w jego życiu.

Przesunęła się ostrożnie w nogi łóżka, wyciągając z kieszeni swojej szaty pomniejszoną teczkę, którą przywróciła niewerbalnym zaklęciem do normalnych rozmiarów i otworzyła, układając na kolanach. To, że postanowiła siedzieć przy nim, jakby sama jej obecność miała wpłynąć na fakt, że Snape się obudzi — Tak jakby to była jakaś ckliwa komedia romantyczna, do diabła, zakpiła w myślach — nie oznaczało, że zamierzała, jak to ujęła pani Pomfrey, “marnować” w ten sposób czas. Nie robiło jej różnicy, gdzie czytała uczniowskie wypracowania, więc równie dobrze mogła robić to tu; będąc przy okazji koło Severusa, kiedy ten się w końcu obudzi.

Co zgodnie z obietnicą stało się jeszcze tego samego wieczora. Hermiona czuła, że jej powieki powoli robią się ciężkie od niezmienionej pozycji, jednak starała się zachować trzeźwość spojrzenia, które lawirowało po linijkach studenckich wypocin z coraz bardziej ogarniającą go sennością. 

Nagle jednak kobieta dostrzegła kątem oka, że luźno spoczywająca wzdłuż ciała ręka mężczyzny porusza się, a dłoń rozprostowuje w odruchowym geście. Młoda nauczycielka odłożyła pergamin z powrotem do teczki, zamykając ją i odkładając od razu na bok, a jej czujny wzrok skierował się na twarz Snape’a, który powoli otworzył oczy i odetchnął głęboko.

— Severusie — szepnęła na wydechu, przysuwając się bliżej i odwróciła się w stronę kantorka szkolnej pielęgniarki, mówiąc głośniej: — Poppy!

Hermiona popatrzyła na ciemnowłosego czarodzieja, który rozglądnął się ospale po swoim najbliższym otoczeniu, aż w końcu jego rozkojarzone oczy odnalazły siedzącą przy nim kobietę i otaksowały jej sylwetkę przeciągle. Ta usłyszała ruch obok siebie i zerknęła przelotnie na panią Pomfrey, która wyłoniła się zza drzwi i posłała ich dwójce zaskoczone spojrzenie, na moment znikając z powrotem w kantorku. Gryfonka szybko odwróciła się z powrotem do Snape’a, obserwując jak jego twarz powoli nabiera kolorów, a spojrzenie trzeźwości i zmarszczyła brwi, widząc, że przygląda się pytająco swojej pozycji.

— Co się stało? — zapytał zachrypniętym głosem i odchrząknął, niemal od razu próbując przy tym podnieść się na ramionach.

— Nie forsuj się — poprosiła Hermiona czule, przykładając dłoń do jego piersi w próbie powstrzymania tak nagłego ruchu zbyt wcześnie. Severus nie miał jednak zamiaru jej słuchać. Czuł, że jego ciało potrzebowało rozprostowania, jakby leżało zmumifikowane przez bardzo długi czas. Domagało się wręcz tego, żeby się poruszyć. — Straciłeś przytomność — dodała kobieta, kątem oka dostrzegając, że Poppy minęła ją, podchodząc do łóżka pacjenta od przeciwnej strony.

— Dobry wieczór — rzuciła donośnym głosem i przyglądnęła się mężczyźnie uważnie, ale z uśmiechem. — Jak się czujesz?

— Jakbym spał przynajmniej tydzień — odparł gorzko Snape.

Z kpiną, która wycisnęła na ustach Hermiony grymas przypominający uśmiech bardziej, niż każdy inny wyraz, jaki wcześniej tego dnia się na nich pojawił.

— Wygląda na to, że wszystko z nim w porządku — mruknęła pani Pomfrey do młodej kobiety siedzącej po drugiej stronie łóżka, a ta roześmiała się urywanie, kierując szklące się oczy na Severusa.

— Oczywiście, że wszystko ze mną w porządku — prychnął mężczyzna.

— Byłeś nieprzytomny przez kilka godzin — wyjaśniła Hermiona.

Snape zmarszczył brwi, a młoda gryfonka aż wyprostowała się, kiedy jeszcze nieco ospałe, ale aż ostre od zdezorientowania obsydianowe oczy zwróciły się w jej kierunku. Mimo wszystko nie potrafiła spuścić wzroku, a na jej ustach wciąż majaczył szczęśliwy uśmiech pełen ulgi.

— Dlatego powinieneś słuchać Hermiony i póki co się nie forsować — poleciła Poppy, sięgając do twarzy mężczyzny, który spojrzał na nią groźnie, gdy poczuł, że ta zwraca ją ku sobie, chwytając za jego brodę. — Nie dramatyzuj.

Severus szybko poddał się swojej sytuacji i pozwolił, aby pielęgniarka przyjrzała się uważniej jego oczom, oceniając ruch źrenic i odruchy warunkowe okolicznych nerwów. W pewnej chwili sięgnęła po jego dłoń, którą mężczyzna odruchowo spróbował wyrwać z niespodziewanego uścisku, obrzucając zaskoczoną panią Pomfrey złowrogim spojrzeniem. Hermiona ponownie zaśmiała się pod nosem, widząc jego reakcję, a siwa czarownica fuknęła na niego niezadowolona.

— Gorzej niż z dzieckiem — powiedziała, odsuwając się od pacjenta na bezpieczną dla nich obojga odległość i wyciągnęła z kieszeni fartucha niewielką fiolkę. — Eliksir wzmacniający. Do dna.

Młoda gryfonka obserwowała, jak ciemnowłosy czarodziej marszczy brwi, ale posłusznie wyciąga dłoń po miksturę i pochłania ją bez słowa sprzeciwu czy cienia skrzywienia. Kiedy oddawał puste naczynko pielęgniarce, kobieta skinęła z aprobatą głową, mówiąc:

— A jak chcesz uniknąć kolejnych wizyt tutaj, radzę się tak nie denerwować w przyszłości.

Snape prychnął pod nosem, kręcąc głową lekceważąco.

— Proces się skończył, raczej więcej stresu niż to nie uświadczę.

Hermiona zamarła, co nie umknęło uwadze Poppy, która zmarszczyła brwi, podobnie jak młoda nauczycielka przypatrując się Snape’owi z rosnącym niezrozumieniem. Choć tylko jedna z nich mogła od razu połączyć ze sobą kropki.

— Severusie… — zaczęła cicho Hermiona, ściągając brwi w przejętym wyrazie. — Który mamy rok?

Jego konsternacja dała jej nadzieję. 

A jego milczenie tylko niemal utwierdziło ją w przekonaniu.

— Odpowiedz, Severusie — poprosiła pani Pomfrey po chwili ciszy.

Wahanie Snape’a trwało dla Hermiony wieczność. Nie spuściła wzroku z jego twarzy nawet na chwilę, a on, zdezorientowany zachowaniem czarownic, zlustrował je naprzemiennie wzrokiem, w końcu zawieszając oczy na siedzącej przy nim gryfonce.

— Dwa tysiące czwarty — mruknął w końcu.

Hermiona miała wrażenie, że jej klatka piersiowa eksploduje od gwałtownego sapnięcia ulgi, jakie wyrwało się zza rozciągających się w szerokim uśmiechu ustach. Zaśmiała się niemal ze łzami w oczach, a Poppy odetchnęła głęboko, również krzywo się uśmiechając, czemu Severus przyglądał się z nieukrywanym zdziwieniem.

Zanim zdążył jednak zapytać, dlaczego ta informacja tak ucieszyła obie czarownice, poczuł, że drobne ciało dopada jego ramion, zawisając na nich w silnym, pełnym niepohamowanej radości uścisku. Zmarszczył brwi, czując subtelny, kwiatowy zapach szamponu i spojrzał w dół na Hermionę, którą odruchowo objął zdrowym ramieniem.

— Przepraszam — zaśmiała się kobieta, odsuwając od niego po chwili i przetarła policzki wierzchem dłoni, ścierając z nich łzy, jakie pojawiły się w jej oczach z natłoku wszystkich emocji, którym mogła dać w końcu odejść.

— Czy któraś raczy wyjaśnić mi, o co w tym wszystkim chodzi? — zapytał mocno już skonfundowany Snape, ale zanim zdążył doczekać się odpowiedzi, drzwi skrzydła szpitalnego uchyliły się dość gwałtownie, a Minerwa McGonagall pojawiła się w nich, od razu do nich podchodząc.

Severus zerknął w jej stronę, kątem oka widząc, że siedząca przy nim Hermiona również posłała przelotne spojrzenie przybyłej czarownicy — uciekło ono jednak podejrzanie szybko, kiedy młoda kobieta odwróciła się z powrotem w stronę Severusa z nieco skwaszonym uśmiechem na ustach. Mężczyzna zmarszczył brwi, nie mówiąc jednak absolutnie nic, bo fakt, iż wciąż nie wiedział, co się właściwie stało, był dla niego trochę absurdalny.

— Severusie, mój drogi — powiedziała z troską Minerwa, kiedy tylko stanęła przy jego łóżku. — Jak dobrze, że się obudziłeś.

— Obudził i to w jakim stylu — rzuciła pani Pomfrey. — Odzyskał przy okazji pamięć.

— Którą najwyraźniej straciłem — dodał Snape pod nosem.

Hermiona przyjrzała mu się uważniej, czując coś na kształt rozbawionego współczucia, że ostatnio wciąż przychodziło mu żyć w uczuciu ciągłego zdezorientowania.

— Przez ostatni tydzień byłeś sobą sprzed prawie dekady — wyjaśniła Minerwa, na co sam zainteresowany wysoko uniósł brwi.

Dekady? Severus chwilę milczał, trawiąc odpowiedź przyjaciółki, kiedy usłyszał ciche:

— To pewnie dlatego miałeś wrażenie, że spałeś tak długo.

Mężczyzna spojrzał na siedzącą obok szatynkę i po chwili zapytał:

— Nie pamiętałem niczego?

Hermiona zastygła na ułamek sekundy, po czym niemal odruchowo pokręciła głową.

— Ostatnie, co pamiętałeś, to śnieżyca w dziewięćdziesiątym szóstym — mruknęła.

Dziewięćdziesiąty szósty, pomyślał Snape, natychmiast się prostując. Rok, w którym na dobre stracił kontrolę nad swoim życiem, składając przysięgę, która zapieczętowała jego dosłowny i metaforyczny koniec. Rok, w którym musiał podjąć jedną z pozornie najtrudniejszych decyzji, przed jakimi przyszło mu w życiu stanąć — co ostatecznie przyniosło mu wolność i zaskakująco dużo ulgi. Pozwoliło odzyskać życie. Kosztem niemal jego utraty, co wolał jednak traktować bardziej jako uczciwą wymianę, niż niesprawiedliwość losu.

— Nawet nie pamiętam śnieżycy w dziewięćdziesiątym szóstym — stwierdził.

Młoda kobieta nie spodziewała się, że tyle radości przyniosą jej tak proste słowa wypowiedziane do tego tak dobrze znanym jej tonem. Spokojniejszym, cichszym, kiedy już wiedziała, że należał do jej Severusa.

— A co pamiętasz? — zapytała Minerwa, marszcząc brwi.

Młoda gryfonka zerknęła na Snape’a, w tej samej chwili odpowiadając w głowie na pytanie dyrektorki. Przypomniała sobie, jak tuż przed tym, jak stracił pamięć, mężczyzna zagarnął ją za pasek od szlafroka i wciągnął na łóżko, kiedy próbowała z niego uciec, jak wyznał jej wtedy, za jak piękną kobietę ją uważał. Zastygła w bezruchu, widząc, że siedzący na łóżku czarodziej przyjrzał się jej jedynie ze zmarszczonymi brwiami i cierpliwie pozwoliła, aby odpowiedział.

— Piliśmy kawę u mnie w gabinecie — mruknął w końcu pod nosem. — Pokazywałaś mi poprawki w przepisie.

Przez jakieś pięć minut, pomyślała odruchowo Hermiona. Kiedy zamilkł, najwidoczniej nic więcej nie potrafiąc sobie przypomnieć, zrozumiała, że nie pamiętał niczego, co stało się później. Nie stracił jednak wiele; choć dla niej to wspomnienie nabrało nagle niemal bezcennego znaczenia. Zupełnie jakby stała się jedyną powierniczką sekretu.

— Hermiono?

Głos Minerwy wyrwał młodą kobietę z letargu. Podniosła przelotny wzrok na swoją przełożoną, nie patrząc na nią jednak i szybko pokiwała głową.

— Tak, zgadza się. — Severus przyjrzał się jej, widząc w orzechowych oczach powściągliwość, której nie rozpoznał. — Później wyszłam na moment do łazienki, a kiedy wróciłam… nic już nie pamiętałeś.

Na chwilę w skrzydle szpitalnym znów zapadła cisza. Ciemnowłosy czarodziej trawił powoli to, czego się dowiedział, przyglądając siedzącej obok kobiecie z nieprzeniknioną, skonsternowaną miną, której wyraz potęgowało pytanie kołatające się w jego głowie.

— Wiesz dlaczego? — zapytał, widząc, że powieki Hermiony poruszyły się nienaturalnie szybko, a usta zacisnęły w wąską linię. 

Kobieta zaprzeczyła ruchem głowy, odpowiadając jedynie:

— Doktor Whitlock tu był, przywiózł ze sobą… chyba jakiegoś neurologa. Bernarda. — Gryfonka prychnęła pod nosem na wspomnienie rozdrażnionego uzdrowiciela, który próbował poradzić sobie z agresywnie stawiającym opór Snape’em. — Ale nie był w stanie powiedzieć nic poza tym, że mózg nie jest uszkodzony i powinieneś szybko wydobrzeć. Musimy czekać na odpowiedź od profesora Murraya. Który, jak się okazuje, jest za granicą.

Mężczyzna skinął po chwili głową, usatysfakcjonowany najwyraźniej jej odpowiedzią, a Hermiona posłała mu porozumiewawcze spojrzenie, uśmiechając się do niego nieco krzywo.

— Najważniejsze, że to już za nami — wtrąciła Minerwa, przyciągając uwagę swoich podwładnych. — Powinieneś teraz odpocząć, Severusie.

— Tak — przytaknęła jej od razu Poppy. — Zatrzymam cię tu na noc, dla bezpieczeństwa.

Hermiona niemal roześmiała się, kiedy dostrzegła jak mężczyzna posyła obu kobietom mordercze spojrzenie, chociaż sama podzielała ich zdanie i uważała, że jeszcze tę noc — która i tak już powoli zapadała — powinien spędzić pod okiem pielęgniarki.

— Wykluczone — rzucił Snape oschle. — Wracam do siebie.

McGonagall popatrzyła na niego z pobłażaniem, której zawtórowało rozbawione kręcenie głową przez panią Pomfrey.

— Posłuchaj Poppy, Severusie — zaczęła Minerwa. — Jedna noc…

— Którą równie dobrze mogę spędzić w swoim własnym łóżku — syknął szybko mężczyzna, nie dając dojść swojej przyjaciółce do słowa. — Ma się zresztą kto mną zająć w razie potrzeby.

Jego wzrok skierował się na Hermionę tak niespodziewanie, że aż przyprawił ją o ciarki. W dodatku jego słowa… Liczył na nią. Chciał, żeby z nim została. Ona, nikt inny. Dopuścił do siebie pomoc, jaką była gotowa mu ofiarować, choć wcale na głos jej nie zadeklarowała. Nie zdążyła. A on i tak umiał już z niej skorzystać.

— Dopilnuję, żeby odpoczął — powiedziała w końcu, zwracając się do Poppy. — I tak nie zatrzymamy go tu na siłę.

 Pani Pomfrey zmierzyła ją oceniającym spojrzeniem, ważąc przez chwilę jej słowa, jednak najwyraźniej nie zamierzała przyjąć obiecujących zapewnień jako rozwiązania.

— To akurat jest kwestia sporna — stwierdziła, odwracając się i obchodząc łóżko. — Reszta nie podlega dyskusji.

Uśmiech na ustach pielęgniarki zamajaczył wyrazem nieznoszącym sprzeciwu, a Snape zerknął na nią jeszcze waleczniej, zupełnie ignorując jej słowa. Kiedy kobieta odeszła ku drzwiom swojego kantorka, zabierając ze sobą pustą fiolkę po eliksirze, mężczyzna poruszył nogami, odciągając materiał kołdry, a Hermiona odruchowo odsunęła się z drogi, przyglądając z politowaniem jego zamiarom opuszczenia skrzydła szpitalnego.

Wiedziała, że był uparty, ale widziała też, że jego zamiary były płonne. Ciało dopiero co wybudzone z głębokiego snu nie było w stanie mu pomóc.

— Poczekaj — mruknęła z rozbawieniem, widząc, że Severus spróbował podnieść się z łóżka. 

Zsunęła się na podłogę, stając obok niego i sięgnęła bezwiednie do sztywnego ramienia, zamierzając pomóc mężczyźnie się podnieść, ale ciemne oczy niemal od razu zwróciły się ku niej, ciskając w jej kierunku wściekłe gromy.

— Jeszcze umiem sam wstać z łóżka — warknął nieprzyjemnie Snape.

Hermiona uśmiechnęła się ciepło, zabierając rękę z pobłażliwą miną i pozwoliła, aby mężczyzna — samodzielnie i bez niczyjej pomocy — wstał ze szpitalnej kozetki. Uniosła brew, widząc jak wyprostował się i przez moment, dosłownie chwilę, sprawiał wrażenie, że faktycznie jest w stanie utrzymać się na nogach. Co jednak szybko okazało się zwyczajnie fałszywym pierwszym wrażeniem i aż wyrwało nerwowe sapnięcie zza ust Hermiony, kiedy dostrzegła, że Severus ciężko opada z powrotem na materac.

— Może wcale nie musisz wstawać — powiedziała łagodnie po chwili. — Jesteś jeszcze osłabiony, daj sobie najpierw czas, żeby zregenerować siły.

Najpierw podniósł na nią wzrok, lustrując przeciągle jej twarz z nieco oburzoną miną, a kiedy jego twarz zwracała się ku niej, Hermiona dostrzegła, że w kącikach wąskich warg zamajaczył grymas.

— Po czyjej jesteś stronie? — zapytał, unosząc brew, a młoda kobieta niemal absolutnie bezwiednie posłała mu pobłażliwe spojrzenie i wykonała ten sam gest, ale w tak wymowny sposób, że Snape nie miał prawa mieć wątpliwości, jak brzmi odpowiedź na jego pytanie.

Niespodziewanie jednak twarz Hermiony ściągnęła się w krótkim, skonsternowanym wyrazie. Miała dziwne wrażenie, że dopiero co o tym rozmawiali — że nie tak dawno przecież zapewniała go, że stoi po jego stronie. Owszem, zapewniała. Ale nie jego. Jej wyraz twarzy nie umknął uwadze czujnych, czarnych oczu, ale siedzący na łóżku czarodziej nie skomentował w żaden sposób nagłej zmiany.

— Zresztą to i tak bez znaczenia — mruknął gorzko, dorzucając pod nosem: — Sam jestem przeciwko sobie w mniejszości.

Jego wściekle poddańcza mina rozczuliła Hermionę i wycisnęła na jej usta szerszy uśmiech. Merlinie, pomyślała. Brakowało jej tego ciężaru w głosie. Tęskniła za tą zmęczoną w charakterystyczny sposób barwą barytonu, który w dodatku rozpuszczał jej serce surowym ciepłem, jakie się w nim kryło.

— Spróbuj wykorzystać to jako okazję — pocieszyła go Minerwa, uśmiechając się przy tym wymownie — i odpocznij.

Snape zerknął na nią bez słowa, kątem oka dostrzegając, że głowa Hermiony tylko odrobinę drgnęła w stronę źródła głosu dyrektorki. Zaciekawiło go to, że odkąd starsza z kobiet pojawiła się w skrzydle szpitalnym, młodsza z nich unikała spojrzenia w jej stronę jak ognia, a dookoła dało się wyczuć dziwne napięcie.

— Jedna opiekunka w zupełności mi do tego wystarczy — stwierdził.

Poczuł na sobie wzrok Granger, ale nie spuścił spojrzenia z Minerwy i jej twarzy. Kobieta uśmiechnęła się półgębkiem, przytakując głową bez słowa po krótkiej chwili kontemplacji. Wystarczyło, że zgodził się dać poobserwować Poppy — nie mogła wymagać za wiele.

— Zajrzę do ciebie jutro — powiedziała i odwróciła się z zamiarem odejścia.

Ciekawość Snape’a znów się pogłębiła, kiedy spostrzegł, że dopiero wtedy — kiedy nie istniała możliwość, że Hermiona napotka wzrok Minerwy — młoda gryfonka popatrzyła w stronę byłej opiekunki i powiodła za nią spojrzeniem, odprowadzając ją aż do samych drzwi. On również to zrobił, ale kiedy zobaczył zamykające się ciężkie drzwi do skrzydła szpitalnego, zerknął z powrotem na profil szatynki i rzucił:

— Potraktuj to jako podziękowanie i przekupstwo w jednym.

Rozbawione, ale zaintrygowane orzechowe oczy zwróciły się na niego szybko, a na ustach Hermiony pojawił się przekorny uśmiech.

— Nie spodziewałam się ani tego, ani tego — stwierdziła.

Severus wywrócił oczami, posyłając jej dość wymowne spojrzenie.

— Cóż, podziękowania są dość oczywiste — mruknął niechętnie pod nosem, ale ku jego zaskoczeniu młoda gryfonka niemal od razu się roześmiała, przez co on natychmiast zamilkł.

— I absolutnie zbędne — odparła pobłażliwie, ale jej uśmiech nabrał przyjemnego, ciepłego wyrazu, kiedy dodała: — Ale przyjęte. Chociaż to naprawdę nic wielkiego.

Nie zamierzał się z nią o to spierać — Hermiona zresztą pomimo najszczerszych chęci nigdy nie byłaby w stanie zrozumieć czym dla człowieka zaniedbywanego na każdym kroku przez całe swoim życie było to, co ona uważała za normalne.

— Kwestia sporna — odparł pod nosem.

— A przekupstwo? — zapytała od razu kobieta, unosząc brew.

Snape chwilę po prostu wiercił jej dziurę w brzuchu, ale ona ani na moment nie przestała się uśmiechać. 

— Co zaszło między tobą, a Minerwą?

Nieoczekiwana ciekawość ciemnowłosego czarodzieja zbiła ją z tropu. Spodziewała się pytań o wydarzenia z zeszłego tygodnia, prosto z mostu, zupełnie jak poprzednio. Nie tego, że będąc nieprzytomnym pół dnia, dostrzeże jej powściągliwość względem McGonagall i dopatrzy się w niej drugiego dna. 

— Nic nie zaszło między mną i Minerwą — odpowiedziała po chwili, uśmiechając się pod nosem. Stanęła przy samej krawędzi łóżka, spuszczając wzrok na swoją dłoń, która dosięgła wysokości materaca i przejechała palcami po miękkim materiale prześcieradła. — Ona… ma mi za złe coś, czego nie powinna. Chyba — dodała, poruszając wymownie brwiami.

— Brzmi jak coś w jej stylu — prychnął Severus, poprawiając się nieco ociężale na łóżku.

Wsunął się głębiej, stwierdzając, że skoro przyszło już mu pogodzić się z tym, że będzie zmuszony spędzić noc w skrzydle szpitalnym, równie dobrze mógł zażyć trochę komfortu. Niepozorne kozetki nie były wcale tak niewygodne, na jakie wyglądały.

Hermiona posłała mu rozbawione spojrzenie i uśmiechnęła się czule.

— Ale w jednym ma rację — stwierdziła, od razu dodając nieco poważniej: — Powinieneś odpocząć.

— Odpoczywałem wystarczająco długo — wtrącił od razu Snape, a gryfonka, jakby dokładnie tych słów się spodziewała, pokręciła głową, wymownie unosząc brew.

— Byłeś nieprzytomny — poprawiła go.

— A jak do tego doszło?

Odnalazł jej wzrok i chwilę patrzył, jak orzechowe oczy tężeją, a uśmiech na moment zastyga na uchylających się ustach.

— Pokłóciliśmy się ze Slughornem — mruknęła Hermiona po chwili. — Najwyraźniej… puściły ci nerwy.

Ułamek sekundy wahania wystarczył, aby ciemne oczy nabrały wyczekującego wyrazu, a gęsta brew uniosła w pytającym geście. Niespodziewanie ciemnowłosy mężczyzna kiwnął wymownie głową, wskazując wolne miejsce na łóżku, przy którym stała Hermiona, wydając jej nieme polecenie zajęcia go pomieszane z prośbą, aby usiadła i została jeszcze chwilę.

Odpowiadając przy tym na pytania, które tym razem — zadane bez przymusu — nie spotkały się z niechęcią i barierą, jaka permanentnie je blokowała.

— Przez to, że straciłeś pamięć, Horacy przejął część twoich obowiązków — wyjaśniła młoda kobieta, posłusznie przysiadając na krawędzi materaca, który zapadł się lekko pod jej ciężarem. — Nie wiem, chyba… Chyba najbardziej zabolało go to, że musiał zająć twoje miejsce na wyjeździe do Londynu — dodała, kręcąc głową. — Zaczął strasznie docinać, był tak… zgorzkniały tym wszystkim.

— Może powinni zabronić powrotów do pracy po przejściu na emeryturę — stwierdził kpiąco Severus, zerkając na młodą szatynkę uśmiechającą się pod nosem. — Jak widać nie bez powodu nie jest się już zdolnym do pracy w pewnym wieku.

— Dlatego nie rozumiem, czemu dalej tu pracuje — przyznała Hermiona.

Spodziewała się, że Slughorn po wojnie — w której nie mogła odmówić, wziął czynny, ale i bierny udział — wróci do spokojnego życia na emeryturze. Bądź co bądź był już wiekowym czarodziejem i nawet biorąc pod uwagę fakt, że ci żyli dłużej, będąc powyżej setki mężczyzna nadawał się już tylko i wyłącznie do odpoczynku. On jednak podjął decyzję o pozostaniu, dlatego jego dziecinne pretensje wydawały się podwójnie bezpodstawne — bo dosłownie sam się o to prosił.

— Rano wyjechał do Londynu, ale zaraz po śniadaniu zebrało mu się na żenujące insynuacje. Stary wariat… — prychnęła nagle kobieta, zanim Snape zdążył zadać kolejne pytanie. — Stwierdził, że to bardzo wygodne, że straciłeś pamięć akurat teraz i pewnie udawałeś, żeby nie jechać. Minerwa… chyba ma mi za złe, że się wtrąciłam i z nim przepychałam.

Hermiona dostrzegła pytające spojrzenie Severusa i uśmiechnęła się wymownie.

— Słownie — dodała, ale niemal od razu wyrwało jej się wymowne: — Siły chciałeś używać ty.

Usłyszała jego rozbawione prychnięcie i zobaczyła, że na ustach pojawia się krzywy, ale przypominający uśmiech grymas. Może nie powinna mówić mu o wszystkim z uwagi, że nie powinien się denerwować, ale czuła, że nie chce przed nim tego ukrywać, skoro sam chciał wiedzieć, co się stało. Liczyła, że do czasu powrotu Horacy’ego do szkoły wydobrzeje na tyle, że kolejna rozmowa z nim nie skończy się podobnie — Chyba, że to rozmowa ze mną go tak zdenerwowała, pomyślała gorzko. Wiedziała jednak, że nie miało to znaczenia. Dowiedzenie się, kto odpowiadał za pogorszenie się stanu Snape’a nie miało absolutnie w niczym pomóc.

— I co, chciałem się bić ze Slughornem? — zapytał pogardliwie mężczyzna, unosząc brew, która aż drgnęła, kiedy zobaczył wymowną minę siedzącej przed nim czarownicy. Co mi odwaliło?

Fakt, że stracił osiem lat życia, nieco nim wstrząsnął. Pamiętał dziewięćdziesiąty szósty rok, pamiętał, jakim człowiekiem wtedy był. Nie powinien właściwie dziwić się, że chciał przywalić Horacy’emu. Mieli wtedy na głowie Umbridge, która wszystkim na okrągło psuła krew, a w dodatku Dumbledore nalegał, aby Severus uczestniczył w zebraniach Zakonu, w których ten bardzo, ale to bardzo nie chciał brać udziału. I tylko możliwość docinania Blackowi jakoś ratowała tę sytuację, ale te interakcje z kolei doprowadzały go do białej gorączki, ilekroć miały miejsce i nawet, kiedy to on wygrywał — ta szukała ujścia i znajdowała je w postaci ciągłej złości, wyładowywanej na wszystkim, co się nawinęło. A, że pewnego razu byłby to nos Slughorna — Cóż, pomyślał. Wtedy na dobrą sprawę go nie znałem, to zawsze byłby jakiś argument.

— Właściwie — mruknęła Hermiona, a jej brew drgnęła odruchowo — to nie ty chciałeś się z nim bić.

Tego też może nie powinna mówić. Ale powiedziała. Jak wiele niepotrzebnych rzeczy tego dnia, które nie miała pojęcia, że koniec końców miały przynieść jej więcej dobrego, niż złego.

— Ten drugi ja? — zadrwił Snape, słysząc jej słowa, ale kiedy zobaczył, jak twarz Hermiony ponownie tężeje w momencie, a ciemne brwi ściągają się na ułamek sekundy w niepewnym geście, sam od razu zamilkł. Potrafił jedynie wyobrazić sobie, jak dziwne to było dla niej. Zwłaszcza, że wtedy jeszcze był jej nauczycielem, a teraz z nią sypiał. — Bardzo uprzykrzyłem ci życie? — zapytał dość niespodziewanie, a młoda kobieta uchyliła usta, zaskoczona jego pytaniem.

Szybko jednak pojawił się na nich szeroki, przekorny uśmiech.

— Nie tak bardzo, jak możesz sądzić — odparła. 

Severus skrzywił się, słysząc jej słowa. Trochę więc jednak napsuł jej krwi, zważywszy, że była dla niego wtedy kompletną gówniarą. Irytowała go niemiłosiernie. Właściwie… Bardzo długo utrzymywała taki stan rzeczy. Dopóki nie dorosła i nie ucichła, uspokoiła się, spoważniała. Wtedy zaczął widzieć w niej po prostu kobietę i przemógł niechęć, aby z nią rozmawiać, co potem przerodziło się w uczucie, którym ją w końcu obdarzył. Ale ta Hermiona nie była Hermioną, którą znał wtedy.

— Wytłumaczenie ci tego wszystkiego było najgorsze — powiedziała kobieta, śmiejąc się nerwowo pod nosem na samo wspomnienie pierwszego ich spotkania i reakcji Snape’a na utratę pamięci. — Byłeś strasznie… sceptyczny. I nie mogłeś odpuścić myśli, że to wszystko podstęp. Nastoletni dowcip.

Mężczyzna prychnął, lustrując jej drobną sylwetkę przeciągłym spojrzeniem.

— Jestem zaskoczony, że w ogóle ci uwierzyłem — przyznał w końcu, poruszając wymownie brwią. 

Hermiona odpowiedziała mu pobłażliwym, rozczulonym uśmiechem, a w momencie, w którym odwróciła od niego spojrzenie, Severus poczuł przy obojczyku nieprzyjemne mrowienie, które ustało niemal tak nagle, jak się pojawiło.

— Podejrzewam, że gdybyś nie znalazł mnie w swojej łazience w samym ręczniku ciężej by ci to przyszło — odparła wymownie kobieta. Zaśmiała się, widząc, że brew Severusa uniosła się wysoko, a jego wzrok przybrał pytający wyraz. — A tak… może to był jakiś szok.

— Streszczenie ośmiu lat życia, które się rzekomo straciło, brzmi podobnie — mruknął pod nosem, zerkając niespodziewanie na Hermionę w nieco poważniejszy, bardziej skonsternowany sposób. — Co mam przeczucie, że próbowałem od ciebie wyciągnąć.

Nietrudno było domyślić się, jak ją potraktował, zwłaszcza, jeśli okoliczności, w jakich to wszystko wyszło na jaw, były tak niezręczne, jak opisała Granger. Kobieta niespodziewanie zastygła, chwilę patrząc na niego pustymi oczami, w których nie dostrzegł zupełnie nic. Ona z kolei widziała wszystko — i przypomniała sobie okropnie gorzkie wyrzuty sumienia, że poddała się swoim słabościom wtedy, kiedy jej poprzednio potrzebował. Wiedziała, że nie mogła zrobić tego drugi raz. Ani ze względu na niego, ani ze względu na siebie. Przede wszystkim ze względu na siebie.

Uśmiechnęła się wymuszenie i na tyle słabo, że od razu przykuło to uwagę Snape’a.

— Nie ja ci o wszystkim powiedziałam — przyznała w końcu, krzywiąc się pod nosem. — Tu muszę właściwie podziękować Minerwie, wyręczyła mnie w tej kwestii.

Kolejny raz uniósł brew. Zachowanie Granger dość jasno mówiło, że nie było to coś, co jej się podobało. Skoro tak, mogła mieć o to wyrzuty sumienia, a to znaczyło, że pewnie chciała mu o tym powiedzieć. I pewnie poległa. Nie winił jej — wiedział, ile znaczyła dla niej przeszłość. Wiedział, ile trudu musiało jej to sprawić, ale zdawał sobie sprawę, że tamten on mógł tego nie rozumieć. Nie chciał pewnie nawet spróbować.

— I do tego odwołała moje zajęcia? Na cały tydzień? — zapytał Severus z teatralnym zdumieniem, a Hermiona posłała mu szeroki uśmiech. — Widać się przejęła.

Wiedział, że on sam powinien się przejąć. To, co się stało — do czego doprowadziło jego niedbalstwo o własne zdrowie — było alarmujące. Powinno go niepokoić. Teraz jednak, kiedy wszystko wróciło do normy, nie czuł takiej potrzeby. Z tego, co powiedziała Granger i tak nie miał za wiele pola manewru, mógł czekać jedynie na odpowiedź uzdrowiciela. Co dodatkowo dało mu poczucie, że ma związane ręce, póki co. Więc nie musiał się tym przejmować, póki co.

— Jak my wszyscy — stwierdziła Hermiona. 

Snape podniósł na nią wzrok, odnajdując rozświetloną uśmiechem twarz, ale znowu poczuł to samo mrowienie, co wcześniej — tym razem o wiele silniejsze, mocniejsze. Poruszył się nieco zbyt nerwowo, bo orzechowe oczy od razu przybrały przejęty wyraz, a brwi kobiety zmarszczyły się w zatroskanym geście.

— Odpocznij — poprosiła czule. — Mimo wszystko, powinieneś spróbować się przespać. — Uśmiechnęła się pobłażliwie, kiedy Severus na nią spojrzał, ale chciała, żeby jej posłuchał. Chciała, żeby porządnie wydobrzał. Zsunęła się z łóżka i podeszła bliżej zagłówka, nie spuszczając oczu z mężczyzny. — Zajrzę rano, jeśli chcesz. Opowiem ci wszystko.

Snape musiał zadrzeć brodę, żeby na nią spojrzeć, a po drgających kącikach ust Hermiony zrozumiał, że jej się to spodobało. Jednocześnie widział, że nie zatrzyma jej niezależnie, czego by nie powiedział, a ciemność za oknem i tak sugerowała późną porę. Zmierzył czarownicę powoli i choć na jego twarzy nie pojawił się nawet cień, nawet grymas, ani jedna rysa, odparł:

— W takim razie do zobaczenia rano.

To natychmiast wywołało jeszcze szerszy; nie chełpliwy, a przemożnie szczęśliwy wyraz na twarzy Hermiony. Wgłębienia w jej policzkach stały się tak widoczne, że Severus nie umiał odwrócić od nich wzroku, nawet kiedy kobieta skinęła głową, posyłając mu ostatnie spojrzenie. Odwróciła się i opuściła skrzydło szpitalne, zerkając przez ramię na mężczyznę, który nie spuścił z niej oczu, dopóki nie zamknęła za sobą drzwi i nie zniknęła z jego pola widzenia.

Uśmiechając się przy tym tak, jak Hermiona uśmiechała się do Severusa — a nie panna Granger do profesora Snape’a.

Rozdziały<< Sojusz, Granger? – Rozdział 81Sojusz, Granger? – Rozdział 83 >>

Hachi ✨

Nieuleczalna fanka Pottera, zakochana w Sevmione. Wolne pisanie to moja pasja. Jeśli oczekujecie nowego rozdziału codziennie, to zły adres. Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań bez mojej zgody. wattpad: https://www.wattpad.com/user/HachiYuuko blogspot: (tylko stare opowiadania) https://acciosevmione.blogspot.com/

Ten post ma 5 komentarzy

Dodaj komentarz