Sojusz, Granger? – Rozdział 60

*rozdział zawiera treści przeznaczone dla pełnoletnich czytelników*

Hermiona oderwała wzrok od kociołka i przetarła zaspane oczy. Nie mogłam sobie odpuścić, nawet dzisiaj. Wiedziała, że wyrzucanie sobie tego nie miało sensu — w końcu dzięki ucieczce do pracowni nie spędziła pierwszych godzin dnia na bezsensownym odtwarzaniu przeszłości. Ziewnięcie, które nagle wyrwało się z jej piersi wycisnęło kilka łez do jej oczu, które kobieta szybko starła wierzchem dłoni, przy okazji zerkając na zegarek i kontrolując czas. 

Nosz jasna cholera…

Była prawie spóźniona, a Severus Snape nienawidził spóźnialskich. Rzuciła się w wir sprzątania, doprowadzając pracownię do porządku szybciej, niż biegała za dzieciaka do biblioteki, kiedy pani Pince dawała jej znać, że ktoś oddał interesujący ją tytuł. Jej badania nie przyniosły żadnych satysfakcjonujących rezultatów, ale liczyła, że będzie mogła je kontynuować, jeśli znajdzie więcej czasu, bo były naprawdę obiecujące. W końcu efekty nie są miarą sukcesu, zakpiła w myślach, rozlewając bazę do fiolek i zabezpieczając je tuż przed wyjściem. 

Ruszyła biegiem w stronę swojego gabinetu, nerwowo zerkając na nadgarstek. Wciąż miała kilka minut. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że buty na obcasach zdecydowanie nie pozwolą jej uniknąć spóźnienia, które nieuchronnie i w towarzystwie drastycznie rosnącego tętna zawisło nad jej głową. Dotarła pod swój gabinet lekko zdyszana, zaczerwieniona i z pulsującą w żyłach adrenaliną — gotowa, aby przywitała ją uniesiona brew i nieco pogardliwe, rozbawione spojrzenie ciemnych oczu.

— Dzień dobry! — powiedziała, zanim Severus zdążył uraczyć ją komentarzem. — Przepraszam, kompletnie straciłam poczucie czasu. — Dopadła jego ramienia i uśmiechając się od ucha do ucha, cmoknęła go w policzek. — Dasz mi minutę?

— Nie mogłaś sobie odpuścić, prawda? — zapytał, wchodząc za kobietą do gabinetu uraczony jej wymowną, pobłażliwą miną. 

— Naszła mnie strasznie irytująca myśl… — mruknęła, kierując się od razu do sypialni i zostawiając zaintrygowanego Snape’a w salonie. Mężczyzna przystanął przy biurku, krzyżując ramiona na piersi i czekał, aby usłyszeć co znów wymyśliła panna Granger. — Nieorganiczne składniki bez wspólnej bazy anatomicznej nie zadziałają, a co jeśli dodamy takie o przeciwstawnej budowie? — Snape uniósł brew. Miała go za kretyna czy zwyczajnie nie łączyła kropek? — No i olśniło mnie, że to nic nowego, przecież nawet eliksir pieprzowy działa na tej zasadzie. Tylko potrzebuje dodatkowego stabilizatora, naturalnego. 

— Jest jakaś puenta twojego rozumowania? — zapytał Severus, zerkając na biurko kobiety. Na jego ustach pojawił się krzywy uśmiech, kiedy dostrzegł Virgo schowane w rogu pod stosem pergaminów.

— Daj mi skończyć, to się dowiesz — sarknęła Hermiona, wystawiając głowę zza drzwi. Snape zmrużył oczy, krzywiąc się pod nosem na jej komentarz. Nie mogło umknąć jego uwadze, że nie miała na sobie koszuli, więc zamilkł, a kobieta zniknęła z powrotem w sypialni. — Pióro odpycha eliksiry, tak jak odpycha atrament, tak? Więc może jeśli ominiemy stabilizator, ale dobierzemy takie składniki, żeby zadziałały jak stabilizator, ale nim nie były, stworzymy wywar, który po odrzuceniu będzie dalej zdatny do użycia. 

Hermiona pojawiła się w drzwiach, zmieniwszy garderobę na nieco bardziej wyjściową niż robocza spódnica i koszula, której nie szkoda jej było ubrudzić. Przystanęła w progu, pozwalając zlustrować się przenikliwemu spojrzeniu, przez które niemal wybuchnęła śmiechem. 

— Eliksir z opóźnionym zapłonem? — dopytał Severus, a Hermiona przytaknęła z chełpliwym uśmiechem i powiedziała:

— Z podwójną powłoką ochronną, którą można poświęcić bez ryzyka utraty wartości eliksiru bazowego.

Snape tak bardzo nie chciał przyznać, że jej pomysł ma potencjał, że w końcu nie powiedział nic. Granger nie wyglądała zresztą, jakby oczekiwała aprobaty, a zważywszy na to, w jakich okolicznościach spotkali się tego poranka, mężczyzna wiedział, że i tak podjęła próby udowodnienia sobie racji bez czekania na jego zdanie. 

Zdawał sobie również sprawę, dlaczego w ogóle poszła do pracowni. Nie chciał jednak zaczynać rozmowy o jej koszmarach, bo wiedział, że żadnemu z nich nie byłaby ona na rękę. Czekał ich trudny dzień i kwaśna atmosfera zdecydowanie nie była im potrzebna, dlatego postanowił, że zrobi wszystko, aby jej zapobiec — co wiązało się z utrzymaniem uśmiechu na ustach Granger, a nie doprowadzeniem kobiety do łez. 

Dotarli na śniadanie jako jedni z ostatnich. Wysłuchali Minerwy, która przedstawiła wszystkim harmonogram wyjścia do Hogsmeade kompletnie nieświadoma, że są wśród jej słuchaczy osoby, które miały swój własny, nikczemny plan. Severus widział, że spoglądała w ich stronę. Nie mogła odmówić sobie ciekawskich, choć podszytych niechęcią spojrzeń. Z premedytacją przyciągnął do siebie wątłe ciało Granger, która jedynie uśmiechnęła się pod nosem, nie mogąc wyjść z podziwu, jak dobrze czuła się otoczona jego ramieniem. To chyba nigdy nie miało przestać jej zaskakiwać. 

Podobnie jak fakt, że Snape mimo bycia oschłym i nieobytym społecznie człowiekiem, był mężczyzną o niebywałych manierach. Poza przepuszczaniem jej w drzwiach, odsuwaniem krzesła, czy podawaniem dłoni, kiedy wspinała się po schodach, zawsze na śniadaniu nalewał jej kawy oraz podawał najdalej stojący talerz z przysmakami, które najbardziej ją interesowały. Dokładnie jak teraz, podsuwając półmisek pełen ciepłych, maślanych bułek bez nawet przelotnego spojrzenia w jej stronę. 

— Tylko zostaw miejsce na ciasto — mruknął, niby przypadkiem pochylając się ku Hermionie, kiedy sięgał po dzbanek z kawą. 

Kobieta przygryzła wargę, tłumiąc śmiech i sięgnęła po słodki wypiek.

— Dbasz o moją linię czy zwyczajnie chcesz ich więcej dla siebie? — zapytała z przekąsem, wymownie podtykając bułkę pod nos Severusa, który skrzywił się, kiedy zerknął na swoją “narzeczoną” karcąco. — Och, czyli jednak chodzi o moją figurę.

Hermiona uniosła kpiąco brew, czując na sobie wzrok Minerwy. Ciemne oczy Snape’a odnalazły jej spojrzenie i jakby potwierdzając jej przypuszczenia, na ułamek sekundy uciekły ponad jej ramię. Kiedy jednak z powrotem się na nią skierowały, było w nich coś, co wywołało przyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa kobiety. 

— Jak słusznie zauważyłaś, to twoja figura — stwierdził Severus. — Przynajmniej przez większą część dnia.

Usłyszeli, że ktoś za plecami Hermiony zakrztusił się pitym właśnie napojem. Zarumieniona kobieta odwróciła się dyskretnie, dostrzegając, że Minerwa klepie po plecach czerwoną na twarzy Anabellę, którą próbował również uspokoić Horacy — ciskający przy okazji gromy w stronę beztroskiej, roześmianej Hermiony i niewzruszonego tym wszystkim Snape’a. 

— Całe szczęście. Gdyby nie to, pewnie przybyłoby mi tu i ówdzie — stwierdziła, zerkając ponownie na Severusa. 

Na co komu kawa? Dziś na śniadanie serwujemy zawał raz i zgorszenie na gorąco. 

— Nigdy nie pytałaś, czy byłbym zainteresowany.

Snape wzruszył ramionami niczym obrażony pięciolatek, a Aurora, przysłuchująca się ich wymianie zdań, prychnęła cicho pod nosem. 

Moja figura — powtórzyła z naciskiem Hermiona. Póki co. Mężczyzna popatrzył na nią, jakby czytał w jej myślach, a gryfonka szybko przytknęła filiżankę do ust, maskując uśmieszek. 

Nie udało jej się jednak zdążyć go zakryć. Wzrok kobiety skierował się ku zaczarowanym amorom, które wfrunęły na trzepoczących białych skrzydełkach przez drzwi Wielkiej Sali, krążąc nad głowami uczniów i sypiąc na ich głowy skrzący się, blady pył. Hermiona posłała pobłażliwy uśmiech Aurorze, która odpowiedziała tym samym przy okazji kręcąc głową i śmiejąc się, kiedy z tyłu sali nad głową jednej z nastolatek wybuchła chmura brokatu, która niemal natychmiast rozpłynęła się w powietrzu. 

Hermiona zorientowała się, że jeden z bożków podpływa w stronę stołu nauczycielskiego i od razu uśmiechnęła się szeroko, zerkając wymownie na ciemnoskórą czarownicę. Domyśliła się, że to pewnie Henry sprawił prezent Aurorze, jednak ku jej zaskoczeniu amor dostojnie wylądował przed nią i skłonił się nisko, niemal dotykając nosem blatu stołu. Hermiona chwilę siedziała bez ruchu, z szokiem wymalowanym w oczach, wpatrując się w kamienny, zaczarowany posąg, który wyciągnął w jej stronę pojedynczą, czerwoną różę i niewielkich rozmiarów liścik. 

Dopiero wtedy ocknęła się z letargu. Nieobecne spojrzenie w ułamku sekundy stało się trzeźwe i skierowało na siedzącego obok Severusa, który najwyraźniej był z siebie niesamowicie zadowolony. Unosił brew niemal pod samą linię włosów, a kąciki jego ust drgały w chełpliwym, wyczekującym reakcji uśmiechu. 

— Wyglądasz na całkiem zaskoczoną — mruknął cicho tuż przy jej uchu. 

Kobieta rozwinęła liścik, szybko wertując słowa zapisane wyjątkowo brzydkim, koślawym pismem i o mało co nie roześmiała się pełną piersią.

— Naprawdę, Severusie… — powiedziała, zaciskając usta, aby powstrzymać śmiech. — Nie musiałeś.

Snape prychnął teatralnie.

— Nikt nie uwierzy, że to ode mnie — odparł, posyłając Hermionie pobłażliwe spojrzenie. — Romantyzm to nie moja domena.

Młoda nauczycielka roześmiała się wesoło, przyciągając uwagę siedzących najbliżej nauczycieli i pokręciła z kpiną głową. Tak pogrywasz?

— Och, więc to o to chodzi — stwierdziła. — Uraziłam twoje ego. Poczułeś wyzwanie i nie mogłeś sobie odpuścić?

Snape posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, które jedyne, co wywołało, to kolejny radosny śmiech ze strony gryfonki. 

— Stąpasz po cienkim lodzie — syknął, ale pod groźbą w jego spojrzeniu zamajaczyło autentyczne rozbawienie. 

— W dodatku przegrałeś zakład. I to z gryfonką — ciągnęła niezrażona Hermiona, wykrzywiając usta w podkówkę. — Ten rok nie zaczął się dla ciebie najlepiej.

Jej mina niebezpiecznie zwiastowała, że miała na końcu języka prześmiewcze “mój drogi”, czego Snape był pewien, że nie wybaczyłby jej dość długo. 

— Moje ego ma się fantastycznie, poza tym niczego nie przegrałem. Ty zwyczajnie uparłaś się, żeby wygrać — stwierdził, marszcząc brwi.

Zerknął kątem oka na młodą kobietę, która odwróciła się ciałem w jego stronę, wyzywająco unosząc brew i uśmiechając się półgębkiem.

— A ty niespecjalnie starałeś się, żeby mi w tym przeszkodzić — mruknęła. Sięgnęła po liścik, cmokając ustami i dodała: — Będę musiała podziękować Stevenowi za ten wzruszający poemat. — Rozbawiona przyglądała się, jak Severus wyrywa liścik z jej dłoni, mrużąc oczy i marszcząc gniewnie brwi. Przewertował jego zawartość, a kiedy odwrócił na drugą stronę, jego spojrzenie stało się przeraźliwie zawiedzione. — Biedny Steven. Zdążył chociaż wysłać nowy liścik do swojej ukochanej?

Siedzący obok czarodziej wyglądał, jakby ktoś porządnie przysolił mu w potylicę tłuczkiem, a on powstrzymywał się przed wyklęciem całego świata. Zmierzył Hermionę złowrogim spojrzeniem, błagając Merlina, żeby w tej chwili zapadła się pod nimi ziemia, albo coś rozwaliło Wielką Salę w drobny mak. 

Wystarczająco niezręcznie czuł się, kiedy w ogóle wpadł na pomysł wysłania jej liściku pocztą walentynkową. Wyzywał się od zidiociałych gówniarzy, siedząc przy biurku i zastanawiając się, jakie słowa wylać na papier do swojej “narzeczonej”, skoro miały być jedynie ułudą, iluzją, czymś co zaspokoi ciekawość grona nauczycielskiego i odpowie na wścibskie pytania Minerwy. Poddał się dość szybko — stwierdził, że zaskoczony wzrok Hermiony wynagrodzi mu gorzki posmak oddalającego się człowieczeństwa, który czuł konfiskując liścik uczniowi, którego przyłapał w czasie ciszy nocnej na jednym z niższych pięter. 

— Jeśli tak, to miejmy nadzieję, że będzie lepszy niż ten — zakpił, oddając kopertę Hermionie. 

Kobieta prychnęła i spojrzała z czułością na blado-kremowy pergamin.

— Nie przesadzaj. Jest uroczy. 

Bezwiednie przejechała opuszkiem palca po swoim imieniu wyrytym na grzbiecie grubej koperty. Wiedziała, że to pismo należało do Severusa. Zaciągał “o” w bardzo charakterystyczną pętelkę, którą po tylu latach rozpoznałaby bez wahania.

— No, no, Severusie, nie poznaję cię — usłyszeli głos Minerwy, kiedy opuszczali Wielką Salę. Odwrócili się, widząc, że dyrektorka wchodzi do pokoju nauczycielskiego w towarzystwie profesor Vector i Aurory, które porozumiewawczo uśmiechnęły się do siebie. — Albus chyba zakrztusi się dropsem, kiedy opowiem mu, jaką niespodziankę sprezentowałeś pannie Granger. 

Hermiona uśmiechnęła się uprzejmie, zaciskając lekko dłoń na ramieniu Severusa, które obejmowała.

— Och, to? — zapytała, wskazując na różę i liścik, które dumnie ściskała w wolnej ręce. — Cóż, jedyne w czym nie potrafimy dojść do porozumienia to kto z nas jest bardziej uparty.

— Nie? — Snape uniósł wymownie brew. — Odniosłem wrażenie, że to już dawno przestało być kwestią sporną.

Hermiona posłała mu kpiące spojrzenie, kręcąc pobłażliwie głową.

— To już wiemy, gdzie leży problem.

Aurora i Septima zaśmiały się porozumiewawczo, a młoda nauczycielka zawtórowała im, kiedy Severus teatralnie wywrócił oczami. Dostrzegł, że z wnęki wyłania się wysoka, szczupła postać Henry’ego, który liczył, że przyjdzie mu z odsieczą w walce z czterema wiedźmami. 

— Tucker.

Podał mężczyźnie dłoń, którą wyższy czarodziej ścisnął w krótkim geście.

— Snape. — Czarodziej zerknął wymownie na kwiat w dłoniach partnerki ciemnowłosego nauczyciela i mruknął z przekąsem: — Stawiasz nam wysoką poprzeczkę.

— Wysoką? — zakpiła Aurora.

— To absolutne minimum! — rzuciła Septima, krzywiąc się nieco. 

Hermiona poczuła, że Severus poruszył się i wyczuła, że jego ramię się spięło. Próbowała powstrzymać śmiech, jednak cichy chichot wyrwał się z jej gardła, kiedy zerknęła na mężczyznę ukradkiem.

— Nie próbuj nawet dołączać do tego grona — ostrzegł ją Snape, czując na sobie jej spojrzenie.

Minerwa uniosła brew, a Aurora i Septima spojrzały zaciekawione na Hermionę, która prychnęła.

— Dobrze wiesz, że nie rozumiem zachwytu tym świętem. To — dodała, unosząc nieco liścik — w zupełności zaspokaja moje poczucie romantyzmu.

— Hermiono, nie opowiadaj nawet takich bzdur! — Septima była najwyraźniej oburzona, że ktoś może nie czuć takiego samego zachwytu walentynkami, co ona. Posłała młodszej nauczycielce karcące, lekko zawiedziona spojrzenie i dodała: — Naprawdę nie uważasz, że takie gesty miłości to najbardziej romantyczna rzecz na świecie?

Nie, nie uważała tak, ale nie miała pojęcia jak odpowiedzieć, aby nie urazić uczuć profesor Vector i dać do zrozumienia, że to, co zrobił dla niej “narzeczony” już przewyższyło jej oczekiwania.

— Nie uważam, żeby ten dzień różnił się od każdego innego dnia w roku — stwierdziła. — Uczucia okazywane od święta raczej nie są zbytnio szczere.

— Ależ, kochana, kto tu mówi o okazywaniu sobie miłości tylko i wyłącznie w ten dzień — wtrąciła Anabella, która niespodziewanie pojawiła się za plecami Septimy najwyraźniej zmuszona dodać swoje dwa słowa. — Walentynki to idealna okazja, żeby dać drugiej osobie dowód swojego uczucia, w namacalnej formie, z przepychem! Tego nie robi się codziennie, czyż nie?

Po co komu masa badziewi, z których potem i tak się nie korzysta? Hermiona wywróciła oczami, kręcąc lekko głową na słowa starszej czarownicy.

— Od prezentów dużo bardziej wartościowy jest szacunek w związku i wzajemna pielęgnacja uczucia — mruknęła, powoli ważąc słowa. — A to powinno się dawać sobie codziennie, czyż nie, profesor Clark?

Aurora prychnęła cicho pod nosem, maskując rozbawienie dłonią, a Minerwa McGonagall posłała swojej byłej podopiecznej krzywy uśmiech. 

— Ciężko się nie zgodzić, moja droga — stwierdziła dyrektorka. — To o wiele pożyteczniejsze niż kolejny, nawet najbardziej wartościowy prezent.

— Chyba, że prezenty dostaje się od serca — dodała Aurora wymownie, unosząc brew i wskazując na dłoń Hermiony. 

Kobieta sięgnęła do niej odruchowo i dotknęła pierścionka, który nagle zaczął ciążyć na jej palcu. Uśmiechnęła się jednak, posyłając porozumiewawcze spojrzenie Severusowi. 

— To strategiczna decyzja, nie dopisujcie do tego żadnego romantyzmu ani innego ckliwego idiotyzmu — sarknął pod nosem. 

Aurora, Septima i Hermiona roześmiały się wesoło, a Minerwa uśmiechnęła się zdawkowo, zerkając na przyjaciela przeciągle. O ile sama idea jego związku z Hermioną wciąż była dla niej nieco dziwaczna, tak wszystko, co za tym szło, nieustannie ją zaskakiwało. Na bardzo duży plus. Zwykle ponury, milczący Severus, który mierzył otoczenie spode łba, zupełnie jakby chciał wymordować świat, teraz nie odrywał oczu od młodej kobiety uwieszonej na jego ramieniu. Jej śmiech coraz częściej wywoływał cierpki, wyraźnie rozbawiony grymas na jego twarzy — grymas, który zaczynał przypominać uśmiech, którego do tej pory nie widywała na wiecznie skwaszonych, wykrzywionych w kpinie ustach. Walczyła z chęcią, żeby się tym widokiem cieszyć, ale powoli zaczynała się poddawać.

Zgodnie z planem tuż po śniadaniu para udała się na krótki spacer celem zabicia czasu. Minerwa zdecydowała zamknąć się w gabinecie, więc jedyną widownią, jaka im pozostała, byli pałętający się po korytarzach uczniowie i patrolujący nauczyciele, których i tak było jak na lekarstwo. Hermiona zaproponowała zaczerpnięcie świeżego powietrza, na co Snape z ochotą przystał — nie mógł ukryć, że majestat zamku, choć wspaniały, czasem potrafił przytłaczać. 

— Daj — mruknął Snape. Odebrał od Hermiony płaszcz, zanim wyszli ze szkoły, a kobieta uśmiechnęła się wdzięcznie i pozwoliła, aby pomógł jej założyć ubranie na ramiona. Niespodziewanie poczuła jego dłonie przy szyi i wzdrygnęła się, zastygając w bezruchu. Severus ostrożnie wysunął włosy spod ciężkiego materiału, muskając przy tym skórę tuż przy uszach i ułożył loki Hermiony na jej plecach. — Masz szalik?

Zaskoczona jego pytaniem gryfonka odwróciła się, rozciągając uchylone usta w uśmiechu.

— A ty? — odgryzła się, wyciągając z kieszeni płaszcza ciepły, wełniany materiał. Owinęła go drżącymi dłońmi wokół szyi, która paliła żywym ogniem, ale nie dała nic po sobie poznać. Tak przynajmniej jej się wydawało. Severus doskonale widział błysk w jej oku, kiedy odwróciła się i ukradkiem zlustrowała jego twarz.

Krótka przechadzka była jednym z lepszych pomysłów na spędzenie wolnego przedpołudnia. Przyjemny, mroźny wiatr leniwie sunął po dolinie, wpadając z impetem w każdą wyrwę w murze, w każdą wolną przestrzeń, jaka stanęła na jego drodze. Wył przy tym niczym zbolały zwierz w pułapce, wyciskając łzy do oczu każdego, kto zbyt długo przebywał w jego obecności. Towarzyszyło mu jednak łagodne, prześwitujące przez gęste obłoki słońce, którego jaskrawe promienie odbijały się od zalegającego wszędzie śnieżno-białego puchu i raziły w oczy, dając przy tym złudne wrażenie ciepła. 

— Naprawdę nie lubisz dostawać prezentów, czy chciałaś po prostu odgryźć się Clark?

Hermiona zaskoczona pytaniem odwróciła się do Severusa, strzepując z rękawiczki śnieg, który starła z poręczy pomostu, którym szli. 

— Chyba jedno i drugie — stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. — To bardzo… sytuacyjne. Jak cała ta tradycja wręczania sobie prezentów. 

Podeszła do barierki i przejechała po niej dłonią, zrzucając kolejną niewielką zaspę w przepaść. Severus wcisnął dłonie do kieszeni płaszcza i zmarszczył brwi.

— Większość prędzej przytaknęłaby opinii, że to urocze — mruknął, krzywiąc się pod nosem, co wywołało cichy śmiech Hermiony. 

— Zawsze zostaje jakaś mniejszość. — Kobieta uniosła wymownie brew, po czym odwróciła spojrzenie na dolinę pod ich nogami. Zgniotła w dłoni śnieg, który pozostał na drewnianej poręczy, a kiedy otworzyła ją, wiatr natychmiast podniósł pył z rękawiczki i poniósł go wysoko w pięknym, porywczym tańcu. — Poza tym to nie tak, że nie uważam tego za urocze. Zwyczajnie nie widzę w tym sensu.

— W robieniu sobie przyjemności?

Ton, z jakim Severus wypowiedział te słowa oraz podmuch mroźnego powietrza spowodowały drgawki, które przebiegły wzdłuż ud Hermiony i potoczyły się po jej kręgosłupie, zmuszając kobietę, aby zacisnęła dłonie na barierce.

— Prezenty, które sprawiają przyjemność szybko pozostawiają po sobie jedynie sentyment — powiedziała, nie patrząc na mężczyznę. — Są na chwilę, cieszą w pierwszych chwilach. Potem człowiek się przyzwyczaja, patrzy na nie przez pryzmat tego jednego dnia, kiedy je dostał i wspomina to wydarzenie. 

— Kłócisz się z podstawowym ludzkim sentymentalizmem — mruknął Snape. 

Podszedł do barierki i ułożył przedramiona obok luźno puszczonych na poręczy rąk Hermiony, podążając za jej wzrokiem na przepaść.

— Może. — Hermiona zerknęła przez ramię na nieobecny wzrok Severusa i uśmiechnęła się pod nosem. — Po prostu uważam, że o wiele lepiej jest dawać sobie coś, z czego naprawdę można skorzystać. A do tego nie potrzeba okazji, nie czeka się na konkretny dzień, skoro ktoś ma zrobić z tego użytek.

Gorzkie prychnięcie Snape’a poniosło się echem wraz z podmuchem wiatru. Hermiona ponownie na niego spojrzała, pytająco marszcząc brwi i uśmiechając się, kiedy dostrzegła iskierkę rozbawienia przemykającą przez twarz mężczyzny.

— Dlatego czekałaś do świąt z opatrunkami? 

Hermiona pokręciła głową, śmiejąc się wesoło.

— Mówiłam, że to sytuacyjne. 

— Brzmisz jak Albus — zakpił Snape. 

— Powiedziane takim tonem to niemal jak obelga — mruknęła gryfonka, śmiejąc się, kiedy Severus zgromił ją spojrzeniem.

— On też twierdził, że prezenty to przeżytek i niepotrzebny wymysł społeczeństwa, a cieszył się jak małe dziecko, kiedy ktoś przysyłał mu słodycze — wyjaśnił, kręcąc z politowaniem głową. — Stary hipokryta. Zawsze powtarzał, że sentymentalizm jest najczęstszą przyczyną ludzkiej śmierci, a sam zginął z jej ręki — dodał, odwracając wzrok na góry majaczące w oddali, których szczyty przykrywała pokaźna, biała zasłona chmur. 

Hermiona milczała chwilę, przyglądając się niewielkiej, ciemnej żyle, która pulsowała przy ściągniętych brwiach Snape’a. Dostrzegła, że nozdrza jego orlego nosa rozszerzyły się gniewnie, kiedy odetchnął głęboko i uśmiechnęła się łagodnie, stając bokiem do niego i przytykając ramię do ramienia mężczyzny.

— Profesor Dumbledore był pełen wad, sam wiesz o tym najlepiej, ale nie można było odmówić mu mądrości — mruknęła. Prychnęła cicho pod nosem i dodała: — Myślisz, że Minerwa myślała już o tym, żeby wyrzucić jego ramę przez okno?

Snape parsknął, czując przyjemny ciężar na ramieniu i zerknął na Granger, która unosiła na niego pełne iskierek złośliwości oczy.

— Zakładam, że wpadła na taki pomysł w pierwszym tygodniu urzędowania — stwierdził.

Kolejny powiew wiatru przetoczył się przez dolinę, docierając do nich niczym chmara rozpędzonych, cienkich noży, które cięły powietrze lodowatym mrozem. Brązowe loki uniosły się gwałtownie, przysłaniając twarz Hermiony, która pisnęła, zaskoczona nagłą zmianą położenia swojej fryzury. Zaśmiała się, widząc, że kilka kosmyków opadło również na ciemny materiał płaszcza Snape’a i pospiesznie doprowadziła je do porządku.

— Przepraszam — mruknęła, wywracając oczami z szerokim uśmiechem na ustach. — Czasem zastanawiam się, o ile prostsze byłoby moje życie, gdybym się ich po prostu pozbyła.

— Nie przesadzaj — stwierdził Snape kpiąco. — To tylko włosy. — Które dopiero co cię atakowały, dodała w myślach Hermiona. — Poza tym nie masz rysów twarzy, żeby mieć krótkie włosy. Te są w porządku.

Kobieta zerknęła przez ramię na wpatrzonego przed siebie Severusa, który wyglądał, jakby zawoalowany komplement ledwo przeszedł mu przez gardło bądź pojawił się tam zbyt szybko, aby mógł zareagować. Uśmiechnęła się, czując, że mimo uporczywego, szczypiącego mrozu jej policzki rozgrzały się niczym dwa węgielki. Choć sporadycznie zdarzało się, że słyszała komplementy, również z ust mężczyzn, coś w zdawkowych, suchych słowach Snape’a sprawiało, że te od niego wydawały się wyjątkowe. Zwłaszcza dlatego, że nigdy nie miały być komplementami.

Zanim wrócili do zamku, Severus zażądał, aby Hermiona opowiedziała mu więcej o swoim pomyśle. Kobieta entuzjastycznie spełniła jego życzenie, tłumacząc, jakich składników chciała użyć i dlaczego w ogóle brała je pod uwagę, a spacerujący obok Snape przysłuchiwał się, co jakiś czas wtrącając swoje uwagi. Jej zapał nad czymś tak niepozornym bawił go, ale jednocześnie sprawiał, że podziw, jakim ją darzył, rósł każdego dnia. Nie była taka jak on, zdecydowanie nie. Umiała przekuć swoje traumy i złe emocje w coś pożytecznego. Znajdowała w nich siłę, motywację. Ambicję, żeby skupić się nad czymś, co miało ulżyć jej cierpieniom. 

Dopiero, kiedy zadarty nos Granger stał się czerwieńszy niż róża, którą dostała na śniadaniu, mężczyzna zaprowadził ją do zamku i odprowadził pod same drzwi gabinetu. Wspólnie doszli do wniosku, że skoro nie zostali wpisani w poczet opiekunów wyjścia do Hogsmeade — co było wyłącznie zasługą zdolności manipulacyjnych i negocjacyjnych Severusa, czytaj: groźby i wściekłe spojrzenia — spotkają się w holu tuż przed umówioną godziną i będą biernie obserwować przygotowania. 

— Hermiona, poważnie? — Aurora uniosła brew z pogardą, lustrując jakiś czas później kręcącą się po gabinecie młodszą czarownicę. — Idziecie na randkę. R-a-n-d-k-ę.

Nauczyciela mugoloznawstwa zatrzymała się w półkroku, marszcząc pytająco brwi i rozłożyła pytająco ramiona. 

— Przepraszam, a co niby jest nie w porządku z moim strojem? — zapytała, widząc, że jej ciemnoskóra towarzyszka wywraca oczami. Brakowało, żeby prychała wściekle jak kot, wtedy miałaby drugiego Severusa, tylko w wersji żeńskiej i z karnacją z przeciwstawnej strony palety barw. — To udawana randka, u-d-a-w-a-n-a — dodała, naśladując złośliwie ton Aurory. Zatknęła dłonie na biodrach, nieco obrażona, że kobieta wytyka jej coś tak głupiego jak strój.

— Dlatego musisz wyglądać jak Irma Pince w młodości? Błagam cię. — Sinistra bez pardonu podniosła się z fotela i ruszyła w stronę sypialni młodszej czarownicy. — Na pewno masz tu coś lepszego.

— Przepraszam, ale od kiedy garderoba gra tu jakąkolwiek rolę? — zakpiła Hermiona, nieco zaskoczona determinacją Aurory. Skrzywiła się, widząc, że kobieta podchodzi do jej szafy i sięga do uchwytów, więc szybko dopadła małych drzwiczek i przytrzasnęła je swoim ciałem, blokując dostęp nauczycielce astronomii. — Wystroiliśmy się jak dwie choinki na bal, to chyba wystarczy na ten rok, nie?

— Oczywiście, że nie — odparła bez cienia niechęci Sinistra. Odsunęła łagodnie Hermionę, która zaprotestowała, posyłając jej złowrogie spojrzenie. — Nie dąsaj się, chcę ci pomóc. 

— W czym? Nie potrzebuję… — Gryfonka machnęła dłonią, otaczając posturę Aurory i wymownie wskazując na jej osobliwą, pełną falban i bufiastych elementów sukienkę. — …tego. 

Starsza czarownica uniosła brew tak wysoko, że ta aż zniknęła pod linią grzywki.

— Nie zamierzam dyskutować o modzie z kimś, dla kogo musztardowy to ekstrawagancki kolor — parsknęła Sinistra, kpiąco kręcąc głową. — Poza tym, bez urazy, ale nie wyglądasz mi na kogoś wystarczająco odważnego, żeby uciągnąć coś takiego — dodała, wskazując dumnie na swoją figurę.

Hermiona uchyliła oburzona usta, ale bez dalszej dyskusji pozwoliła, aby czarownica przegrzebała jej szafę od góry do dołu w poszukiwaniu czegoś, co ją zadowoli. Wiedziała, że i tak nie przemówi Aurorze do rozsądku. Skrzyżowała ramiona na piersi, niczym obrażone dziecko czekając, aż rodzic wybierze mu ubranie do przedszkola. 

— Musimy powtórzyć nasz wypad do Londynu, bez dwóch zdań — mruknęła w końcu Sinistra.

— W takim razie pozostanę w tym, w czym stoję — powiedziała szybko Hermiona. — Chodźmy, kogoś chyba czeka dyżur nad uczniami, prawda?

Ciemnie oczy wyłoniły się zza drzwiczek szafy i zlustrowały niewysoką czarownicę oceniająco.

— Mamy masę czasu — stwierdziła nonszalancko Aurora. 

Hermiona jęknęła, wzdychając ciężko i przysiadła na skraju swojego łóżka. Jak w taniej komedii romantycznej, Merlinie, uchroń mnie… Chociaż Sinistra od przyjaciółek z rom-comów różniła się tym, że nie próbowała na siłę uwydatnić walorów Hermiony, wiedząc doskonale, że komfort był dla kobiety najważniejszy. Nie mogła czuć się w swoim ubraniu jak w klatce, skoro czekało ją przedstawienie, gdzie grała pierwsze skrzypce. 

— To ma potencjał… — mruknęła, rzucając na kołdrę obok Hermiony ciemno-bordowy sweterek z przedłużanymi, luźnymi rękawami. — Twoja współpraca dużo pomoże, wiesz? Nie ubiorę się za ciebie.

Wywrócone ku sufitowi oczy młodszej nauczycielki przyprawiły ją o cichy śmiech. Hermiona zmieniła garderobę, przywdziewając bluzkę i czarną spódnicę, o istnieniu której nawet zapomniała. 

— Nie mówiłaś dopiero co, jakie to moje spódnice są przestarzałe? — zakpiła, przeglądając się w lustrze. 

Wyglądała poważniej. Bardziej elegancko, niż wcześniej, choć dalej na tyle swobodnie, żeby nie powstrzymała się przed krzywym uśmiechem do swojego odbicia.

— A masz coś innego? Nie znam się na krawiectwie, ale gdyby tak było wierz mi, pierwsze co to zwęziłabym to i owo — burknęła Aurora. Cmoknęła z zadowoleniem, krzyżując szczupłe ramiona na piersi i uniosła pytająco brew. — No i? Tak źle?

Już widzę, jak Severus wyśmieje fakt, że się dla niego stroiłam, pomyślała gorzko, choć wcale nie przeszkadzało jej to, jak wyglądała. Bordowy sweter z szeroko wyciętymi ramionami kończył się długimi, lekko rozkloszowanymi, bufiastymi rękawami, a czarna, prosta spódnica dopełniała kompletu w bardzo stonowany sposób. Hermiona posłała starszej czarownicy obrażone spojrzenie, na co ta roześmiała się i zamknęła drzwi szafy, pchając kobietę do salonu.

— Nie wytłumaczę się Snape’owi z tego, że to ty mnie do tego namówiłaś — mruknęła, kiedy wychodziły. 

— To się nie tłumacz — żachnęła się Sinistra. — I nie przeżywaj już tak, wyglądasz dobrze. Bez przesady, tak jak lubisz.

Hermiona szturchnęła idącą obok Aurorę w ramię, a kobieta syknęła.

— Wypraszam sobie. To, że nie zwracam na to uwagi nie znaczy, że…

— Znaczy, znaczy — przerwała jej czarownica. — Poza tym, nie mówię, że nie masz stylu czy klasy. No, może odrobinę. Mówię po prostu, że nie ubierasz się… tak, żeby cię było widać. — Kobieta uchyliła się, kiedy dłoń Hermiony ponownie sięgnęła jej ramienia i zaśmiała się perliście. — To nie obelga, na Merlina! Ech, taka sama, jak Snape — fuknęła. — Tamten puszy się tak samo, jak śmiem wspomnieć cokolwiek o surducie.

— Surdut akurat jest staromodnym elementem garderoby — wtrąciła pod nosem Hermiona.

— Podobnie jak kamizelki, a o to się stroszysz! — zaśmiała się wesoło Aurora, a Hermiona zamilkła w pół słowa. Cóż. — Pod tym względem do siebie pasujecie.

Świetnie. Dotarły do holu, gdzie powoli zbierali się uczniowie i nauczyciele. Ustawiły się z boku, widząc, że nie ma wśród powiększającego się tłumu nikogo, kto by ich interesował — a Anabella i Horacy zdecydowanie nie należeli do ich ulubieńców. Kontynuowały rozmowę pod ścianą, co jakiś czas upominając coraz głośniej rozrabiających uczniów, którzy niecierpliwie czekali, aby opuścić szkołę. 

Pierwsza zjawiła się Minerwa. Przywitała zebranych, zapraszając ich powoli w stronę wyjścia i przypominając, żeby wszyscy ciepło się ubrali. Aurora zerknęła porozumiewawczo na Hermionę, uśmiechając się półgębkiem i dyskretnie puszczając oczko na powodzenie. Młodsza czarownica skinęła jej głową, jednak nagle zauważyła, że ciemne oczy Sinistry podążały ponad jej ramieniem w stronę szczytu schodów, do których stała plecami. Odwróciła się, marszcząc brwi i szybko zrozumiała, na kogo spoglądała ciemnoskóra nauczycielka.

Jej wzrok absolutnie bezwarunkowo zlustrował każdy cal ciała schodzącego po schodach Snape’a. Szczupła, długa sylwetka ukryta była nie za przestarzałym, staroświeckim surdutem, a zwykłym, prostym, garniturem, z czarną jak noc koszulą i półdługim, eleganckim płaszczem. Nie było w jego garderobie ani jednego, nie czarnego elementu, ale ten odcień obsydianu tak pasował do jego bladej cery, że Hermiona aż uśmiechnęła się do siebie.

— Mówiłaś, że kto nie ma stylu i klasy? — zapytała cicho, pochylając się w stronę Aurory, która jedynie wywróciła oczami w odpowiedzi. Nie umknął jej wzrok młodszej czarownicy, który nie oderwał się od Severusa nawet na moment ani uśmiech, który majaczył w kącikach jej ust tuż pod zarumienionymi policzkami. 

Hermiona wyszła naprzeciw mężczyźnie, spotykając się z nim na dole schodów. 

— Surdut poszedł w odstawkę? — zapytała zaczepnie, pozwalając, aby mężczyzna złożył na jej skroni czuły, choć przelotny pocałunek. 

— Zdaje się, że podobnie jak twoja garderoba — stwierdził, zanim się odsunął. Zmierzył ją oceniającym spojrzeniem, dostrzegając wdzięczny, przepiękny uśmiech na jej twarzy. — Karmin ci pasuje. Zwłaszcza ciemny. 

— Podobnie jak tobie czerń — powiedziała odruchowo Hermiona, zanim zdążyła pomyśleć o tym, co mówi. Usłyszała za plecami przytłumione piski i chichoty, doskonale wiedząc, że są na widoku wielu zaciekawionych nastolatek, które żyły ich związkiem o wiele bardziej, niż Minerwa. Nie chcąc stracić okazji, Hermiona sięgnęła do kołnierza płaszcza Severusa i poprawiła go, strzepując przy okazji niewidoczny pyłek. — Chociaż mam sentyment do twoich surdutów. Wiesz, taki zwykły, ludzki sentyment. 

Merlinie. Rozmowa z nim przychodziła jej naturalnie, ba — była o wiele prostsza, niż rozmowa z jakimkolwiek innym człowiekiem, którego poznała. Ale flirtowanie… Flirtowanie przychodziło jej nawet łatwiej. Jakby całe życie przygotowywała się właśnie do tego i doskonale wiedziała, co ma robić i co mówić. Co brzmiało idiotycznie, zważywszy na fakt, że nigdy nikt nie uczył jej jak to robić. Nigdy nawet nie próbowała tego robić.

— Dlatego liczę, że jednak nie porzuciłaś kamizelek bezpowrotnie — mruknął Snape tuż przy jej uchu. Objął jej talię, popychając lekko w stronę wyjścia i poprowadził do drzwi, zamierzając wykorzystać fakt, że przyszło im grać w święto zakochanych. Choć było to ckliwe i jak słusznie zauważyła Hermiona, zupełnie nie w jego stylu, umiał rozpoznać dobrą okazję, kiedy stała przed jego oczami i nie zamierzał jej marnować.

Wyszli na dziedziniec i stanęli z boku, pod dachem chroniącym padok rozpościerający się dookoła placyku. Wysłuchali przemowy Minerwy, która jak zawsze upomniała uczniów i pouczyła ich o stawianiu się na zbiórce w określonych godzinach. Odczekali cierpliwie, aż nauczyciele przeglądną wszystkie zgody i przeliczą uczniów, cały czas czując na sobie wzrok grupki pierwszoklasistek stojących nieopodal. 

Hermiona uśmiechnęła się pod nosem, nie mogąc powoli wytrzymać i teatralnie wtuliła się w ciało Snape’a, który odruchowo otoczył ją ramieniem. Cichy jazgot ekscytacji wynagrodził drażniący w nos mróz, który pogłębił się od czasu ich porannego spaceru — ciężkie, gęste chmury wstąpiły na niebo, przysłaniając słońce i zasnuwając otoczenie ponurą, szarą aurą. Temperatura odczuwalnie spadła, a w dodatku wiatr przybrał na sile potęgując to uczucie, przez co Hermiona dziękowała sobie za to, że wybrała cieplejsze rajstopy. 

Dotarli do Hogsmeade niemal dwa kwadranse później. Zgodnie z planem, całe grono skierowało się ochoczo w stronę Trzech Mioteł, jednak Snape ścisnął lekko ramię Hermiony, zwalniając kroku. Kobieta przystanęła, marszcząc brwi i posłała mu pytające spojrzenie, ale szybko zrozumiała, o co chodziło, kiedy ten skinął dyskretnie głową w stronę przodu kolumny. 

— To są jakieś żarty… — szepnęła.

— Hermiona! — Para usłyszała cichy głos Aurory, która pomachała do nich ręką i podeszła powoli, oglądając się za oddalającą się postacią dyrektorki. — Dołączycie do nas na drinka?

— Minerwa nie zaszczyci nas swoją obecnością? — zapytał Snape ze wzrokiem utkwionym w plecach przyjaciółki. Dokąd niby szła w sobotnie popołudnie? Dlaczego nie mogła po prostu współpracować, usiąść w tym cholernym barze i dać sobie podnieść ciśnienia? Wszystkim byłoby to na rękę. Ale nie. Ona musiała pójść swoimi ścieżkami. 

— Mówiła tuż przed wyjściem, że coś jej nagle wypadło, ale ponoć to ważne, więc zostawiła nam pieczę nad wszystkim — wyjaśniła Sinistra, posyłając przepraszające, ukradkowe spojrzenie Hermionie.

Młodsza czarownica spochmurniała, choć wiedziała, że Minerwa nie była ich jedynym celem. W szkole było pełno innych, o wiele bardziej zatwardziałych nauczycieli, których ciśnienie rosło na samo wspomnienie jej związku ze Snape’em. 

— Myślę, że drink nam nie zaszkodzi… — zaczęła, zerkając na mężczyznę stojącego obok, jednak szybko zrozumiała, że on już podjął swoją decyzję.

— Mamy inne plany. O wiele ciekawsze niż ślęczenie nad kuflem z Trelawney za kompana — powiedział Severus. — Może wy też powinniście sobie takie znaleźć — dodał wymownie, unosząc brew i zerkając w stronę Henry’ego, który czekał na Aurorę pod drzwiami Trzech Mioteł.

— Severus, dobra rada. Same niespodzianki — zakpiła Sinistra cicho, ale skinęła głową parze z uśmiechem i oddaliła się, podchodząc do wysokiego czarodzieja, który pomachał Hermionie i Severusowi, znikając z Aurorą wewnątrz ciemnego pubu. 

— Mamy inne plany?

Hermiona spojrzała pytająco na Severusa, który chwilę bez słowa przyglądał się drzwiom, za którymi zniknęła ciemnoskóra czarownica i jej towarzysz. 

— Chodź — mruknął, wyciągając do niej zachęcająco ramię. Kiedy kobieta ujęła je i dała poprowadzić się w stronę punktu deportacyjnego, dodał: — Skoro Minerwa nie zamierza w tym uczestniczyć, ja również nie będę tracić czasu. 

— Są tam też inni ciekawscy — przypomniała mimochodem Hermiona, unosząc wymownie brew. — Powiesz mi dokąd idziemy?

— Zmienić otoczenie. Zakładam, że jesteś głodna? 

Gryfonka spojrzała przez ramię na ciemnowłosego czarodzieja i uśmiechnęła się szeroko. W końcu odpuścili lunch, więc naturalnie — umierała z głodu. Teleportowali się bezpośrednio do Londynu, a zaskoczona Hermiona szybko zorientowała się, że nie zna tej dzielnicy miasta. Nie kojarzyła jej z żadnej wizyty w Ministerstwie. Kamienice wydawały się o wiele czystsze, nowsze, a zadbane chodniki nie były tak przepełnione, jak w centrum miasta. Estetyczne, metalowe ogrodzenia na drzewa, które nagie wyrastały z chodników co kilkanaście stóp przyodziewały blade, białe świecidełka, a samochody stały równo zaparkowane na wyznaczonych miejscach. Nigdzie nie walały się śmieci, zaułki nie śmierdziały stęchlizną i rozkładem zepsutego jedzenia, a kolorowe witryny wręcz zachęcały, aby przestąpić przez próg. 

— Gdzie jesteśmy? — zapytała Hermiona, zadzierając głowę na wysoką, nagą brzozę, którą mijali. 

Snape nie odpowiedział, prowadząc kobietę wzdłuż kamienicy w stronę jedynego, eleganckiego miejsca jakie znał. Był zły, że Minerwa po raz kolejny zniszczyła ich plany uprzykrzenia sobie życia. Był zły, że miał w głowie tyle scenariuszy na ten dzień, tyle wizji na ich wyjście do Trzech Mioteł, które spaliły na panewce. Z drugiej jednak strony wiedział, że zmiana otoczenia przyda się im obydwojgu. Liczył, że skoro ich plany i tak zostały już kompletnie zrujnowane, będą mogli sobie to jakoś odbić — a opuszczenie Hogwartu, Hogsmeade i zjedzenie jak ludzie obiadu z dala od ciągłego jazgotu uczniów z pewnością im w tym pomoże. 

— To tu — mruknął, zatrzymawszy się przed dużymi, przeszklonymi drzwiami, które zdobiły piękne, złote winorośle z metalu. Hermiona uniosła brew, lustrując Snape’a podejrzliwym wzrokiem, ale wspięła się po schodkach i pozwoliła, aby mężczyzna uchylił przed nią skrzydło.

Nie spodziewała się, że już w progu będzie musiała przypominać sobie, jak się oddycha. Zadarła podbródek, rozglądając po przestronnym przedsionku pełnym złotych, eleganckich akcentów. Ściany, wyłożone ciemną boazerią zdobiły piękne, subtelne kinkiety, a za ciężką zasłoną, która oddzielała przedsionek od wnętrza restauracji Hermiona dostrzegła wielki, pompatyczny żyrandol. Snape przyglądał się jej minie z nieco pyszałkowatym uśmiechem na ustach. 

— Płaszcz? 

Zafascynowana kobieta zerknęła na niego przelotnie i bez słowa pozwoliła, aby zsunął jej wierzchnią odzież z ramion. Szybko wróciła do błogiej obserwacji otoczenia, a Snape oddał ubrania mężczyźnie, który przywitał ich zaraz na wejściu.

— Tu jest przepięknie — szepnęła, odwracając się z szerokim uśmiechem do Severusa, który tylko prychnął bezgłośnie i uniósł brew w nieco chełpliwym wyrazie. — Skąd znasz to miejsce?

— Kwestia przypadku — odparł wymijająco. Zerknął ponad ramieniem kobiety na ludzi, którzy stali w kolejce przy stanowisku maitre d’, czekając na wolny stolik. — Zaczekaj tu — poprosił cicho, pochylając się ku Hermionie i muskając delikatnie jej talię. 

Kobieta obserwowała, jak Snape odchodzi w stronę starszego, uprzejmie uśmiechającego się kelnera na czele czekających w kolejce gości i szepcze coś do jego ucha. Mężczyzna skłonił się grzecznie, wskazując dłonią wnętrze sali restauracyjnej, a Severus skinął porozumiewawczo w stronę Hermiony, która zaskoczona podeszła bliżej, przepraszając z uśmiechem pozostałych gości.

— Zapraszam za mną — powiedział mężczyzna, kłaniając się uprzejmie. 

Poprowadził ich pośród stolików pełnych par, które przy spokojnej, ambietycznej muzyce konsumowali posiłki i cieszyli się swoim towarzystwem. Młoda gryfonka zmarszczyła brwi, zerkając podejrzliwie na Severusa, który szedł za nią, uważnie rozglądając się dookoła.

— Nie zakląłeś go przypadkiem, prawda? — szepnęła, zwalniając kroku, a Snape w ostatniej chwili powstrzymał się od pogardliwego prychnięcia. Zlustrował idącą przed nim Hermionę i uniósł wymownie brew, postanawiając, że nie zamierza odpowiadać na jej absurdalne zarzuty. Odrobinę absurdalne, dodał w myślach. W końcu absolutnie byłby skłonny to zrobić, gdyby zaszła taka konieczność. 

Kelner zaprowadził ich ku kolejnej ciężkiej, ciemnej kotarze. Hermiona dostrzegła, że uchylił ją nieco, manewrując przy czymś, co wyglądało jak klamka ukryta za materiałem. Wypowiedział szybkie zaklęcie, któremu zawtórował niemal niesłyszalny trzask zamka i wskazał dłonią drzwi, które odsłonił na niewielką szerokość. 

Hermiona oglądnęła się za ramię, szukając wzroku Severusa, który zachęcająco skinął głową i wykrzywił usta w grymasie, gdy kobieta przekroczyła próg. Skinął głową staremu czarodziejowi i pozwolił, aby zamknął za nimi ciężkie, drewniane drzwi. 

— To część dla czarodziejów? — zapytała gryfonka, kiedy wspinali się po stromych schodach wyłożonych eleganckim dywanem zdobionych złotymi, cienkimi tasiemkami. 

— W tym wypadku dla elity — sarknął Snape. Hermiona zgromiła go spojrzeniem, a mężczyzna tym razem nie powstrzymał prychnięcia. Pokręcił pobłażliwie głową i dodał: — Tak, Granger, to część dla czarodziejów. Sama zaraz zobaczysz, co mam na myśli. Nie marszcz tak tego nosa.

Ułożył dłoń na jej plecach, gestem zmuszając, aby kontynuowała wspinaczkę po schodach i ruszył za nią, ukradkiem zerkając na falujące pod spódnicą biodra i ładnie zarysowaną pod materiałem sweterka talię. 

Kiedy znaleźli się na piętrze, usłyszał jej ciche westchnienie. Nie zamierzał jednak podążać za jej wzrokiem, doskonale wiedząc, jaki widok wywołał w niej zachwyt — znajdowali się na wysokości ogromnego, lśniącego żyrandola, który widoczny był z samego wejścia. Na piętrze znajdowała się zamknięta część, której nie widzieli siedzący na dole mugole i nie było tak bez powodu. Brytyjczycy kochali niepotrzebny przepych. Stoliki ustawiono w okręgu, wzdłuż ścian wyłożonych tą samą, ciemną boazerią i przyozdobioną tymi samymi, eleganckimi lampami ściennymi. Na środku jednak, tuż nad żyrandolem, znajdował się przezroczysty parkiet — zaczarowany, wyglądający zupełnie jak tafla wody. Tuż nad nim, na suficie, znajdował się mniejszy, ale równie piękny żyrandol. Miniaturowe, lustrzane odbicie tego, nad głowami gości na parterze.

— Już rozumiesz? — zapytał szeptem Snape, pochylając się ku Hermionie, która oniemiała wpatrywała się w ten widok z lekko uchylonymi ustami. Zanim jednak odwróciła się w stronę mężczyzny, wysoki, młody kelner podszedł do nich, kłaniając się nisko. 

— Witamy w Jean-Georges — powiedział, posyłając parze szeroki, uprzejmy uśmiech. — Rezerwacja?

— Snape — odparł Severus. 

Kelner zmierzył go spojrzeniem, przyglądając się również Hermionie, która odruchowo zbliżyła się do swojego “narzeczonego” i delikatnie objęła jego ramię. 

— Tędy proszę.

Pochlebiało mu przechadzanie się z tak piękną, młodą kobietą u boku. Jego ego czuło się wystarczająco połechtane, że mógł zabrać ją w takie miejsce i przeprowadzić pośród stolików pełnych czarodziei, którzy jak zawsze ciekawsko zerkali dookoła, kiedy ktoś zachodził w najdalszą część, do loży wysuniętych najwyżej. 

— Dziękuję — mruknęła z uśmiechem Hermiona, kiedy Severus odsunął jej krzesło. Kelner zniknął, zostawiając przed nimi dwie karty menu, a kobieta zlustrowała spojrzeniem swojego towarzysza, uśmiechając się o wiele bardziej przekornie. — Nie spodziewałam się, że znasz takie miejsca. Tu jest naprawdę… — Zerknęła za barierkę, przy której siedzieli i uśmiechnęła się, przyglądając kompletnie nieświadomym ich obecności mugolom pod nimi. — Naprawdę przepięknie. 

— Cóż, spotykanie się z młodszymi kobietami też rzekomo nie jest w moim stylu — zakpił, sięgając po jedną z kart, którą podał rozbawionej Hermionie. 

Zamówili obiad, a sommelier zjawił się chwilę później, prezentując im całą gamę win do wyboru, co Hermiona postanowiła zostawić absolutnie w rękach Severusa. Zafascynowana obserwowała, jak kelner popisowo otwiera i rozlewa wybrane przez niego wino i uśmiechnęła się wdzięcznie, kiedy czarodziej skinął głową, zostawiając ich samych. 

— Za udaną randkę, kochanie? — zapytała z przekąsem, unosząc kieliszek w toaście. 

Snape posłał jej mordercze spojrzenie, choć Hermiona dostrzegła, że kącik jego ust drgnął, kiedy zetknął ich kieliszki w porozumiewawczym geście. Musiała przyznać — bawiła się naprawdę dobrze. Mogła w końcu odetchnąć, odpocząć od zgiełku szkoły i ujadania uczniów, którzy czasem wymęczyliby nawet świętego. Choć Severus nie był ani najbardziej rozmownym, ani najweselszym towarzyszem do spędzania wolnego czasu, Hermiona celebrowała każdą minutę, jaką spędzali razem, przy okazji doskonale czując na sobie jego spojrzenie, kiedy odwracała wzrok. 

Czy czuła się jak bohaterka ckliwej komedii romantycznej? Zdecydowanie. Czy uważała, że to niesamowicie sztampowe, żeby celebrować tak idiotyczne święto, jakim były walentynki? Naturalnie. Brakowało tylko mariachich i pocałunku w deszczu. Czy miała ochotę uciec i zaszyć się w samotności w bibliotece, pracowni albo własnym gabinecie? Hermiona zerknęła na Severusa przyglądającemu się tańczącym na wodnym parkiecie parom i uśmiechnęła się pod nosem. Teraz zdecydowanie nie. 

— Nie obrażę się, jeśli mnie tam zaprosisz — zagadnęła w pewnej chwili, uśmiechając się, kiedy Snape posłał jej pytające spojrzenie. — Och, nie marszcz tak tych brwi. To ponoć tradycja. 

Bardzo oklepana, błaha tradycja, której zapragnęła nagle tak mocno, że nawet nie zamierzała powstrzymywać się przed złożeniem mu propozycji. Snape prychnął, mrużąc oczy i upił łyk wina, jakby ważąc jej słowa na szali.

— Cóż, chyba będę musiał uwierzyć ci na słowo — sarknął. — Nie wiem, co wy, kobiety, lubicie robić podczas randek. 

— Och, a skąd ja mam to wiedzieć? — zaśmiała się Hermiona, na co Severus zmarszczył mocniej brwi. — Zwyczajnie improwizuję.

Zanim jednak mężczyzna zdążył odpowiedzieć, przy stoliku pojawiła się kelnerka z daniami głównymi. Życzyła parze smacznego, zerkając ciekawsko to na Hermionę, to na Severusa, a młoda gryfonka dostrzegła na jej twarzy nikły uśmieszek, kiedy odchodziła. 

Zjedli obiad, kontynuując luźną rozmowę, a kiedy ta sama, urocza kelnerka odebrała od nich talerze, Snape zerknął na Hermionę. Jej twarz rozluźniła się, a wokół ust i warg pojawiły się delikatne zmarszczki od uśmiechu, który niemal nie schodził z jej ust. Oczy ciekawsko lustrowały otoczenie, odbijając jaskrawe lśnienie żyrandola mieniącego się kryształkami, przez które przebijało się światło. W tej chwili naprawdę mógł powiedzieć, że orzechowe tęczówki lśniły niczym dwa galeony. 

— Jeśli wciąż jesteś zainteresowana… — zaczął pochylając się nieco w jej stronę i zamilkł na moment, kiedy Hermiona szybko zwróciła na niego wzrok. Widząc jego konsternację, kobieta oparła łokcie na blacie i przysunęła się bliżej, wyczekująco unosząc brew. 

Skinął wymownie brodą, a kobieta odwróciła się, podążając wzrokiem w kierunku, który wskazywał jej Severus. Dostrzegła szybko, co chciał jej pokazać i uchyliła zaskoczona usta, zerkając na mężczyznę i ponownie pochylając się w jego stronę.

— Nie żartujesz? — zapytała, a iskierki radości w jej oczach przyprawiły Snape’a o gorzkie prychnięcie. 

— Dotrzymuję słowa, Granger. Za kogo ty mnie masz? — zakpił pod nosem, kręcąc pobłażliwie głową, kiedy na usta kobiety wypłynął szeroki, niemal infantylny uśmiech. — No idź. 

Hermiona nie potrzebowała, aby powtarzać jej coś dwa razy — zwłaszcza w kwestii jedzenia. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, co Snape myślał, że nie jest możliwe, zważywszy, że jej policzki zdawały się naciągnięte do maksimum i z pewnością musiały powoli zaczynać sprawiać jej ból. Wstała od stołu, zerkając na niego pytająco, co zbył wymowną miną i uniesioną brwią. Jeden łasuch w ich “związku” wystarczył. Jemu zdecydowanie wystarczyła możliwość oglądania rozmarzonej miny panny Granger, która podeszła do kontuaru z wystawionymi na nim przeróżnymi słodkościami i przyglądała się im jakby były najpiękniejszymi rzeczami, jakie kiedykolwiek widziała.

Musiał odwrócić od niej wzrok. Z jakiegoś powodu nie chciał, żeby wiedziała, ile czasu spędzał na taksowaniu jej twarzy, sylwetki czy luźno opuszczonych na plecach włosów. Rąk, które wszystko wykonywały z niezwykłą delikatnością, gracją. Czy powinien uznać za dziwny fakt, iż oglądanie sposobu, w jaki się poruszała, napawało go poczuciem spokoju? Mimo, iż czasem jej ruchy były bardzo chaotyczne, narwane, zupełnie jakby ciało reagowało szybciej, niż głowa. Zauważył dawno temu, że miała tak samo z myślami — chciała przekazać je o wiele szybciej, niż zdążyła zastanowić się nad ich składnią. Widział wtedy w jej oczach zawód nad samą sobą, że nie potrafi panować nad językiem, choć to co mówiła dalej miało dużo sensu. Przeważnie. 

Wróciła do stolika, dzierżąc w dłoniach niewielki talerzyk, który Snape zmierzył podejrzliwym, pogardliwym wręcz spojrzeniem. 

— To wszystko? 

Hermiona zerknęła na niego pytająco.

— Chciałeś, żeby wziąć też dla ciebie? — zapytała drwiąco, śmiejąc się pod nosem, kiedy Snape uniósł wymownie brew. — W takim razie nie komentuj — dodała. — Poza tym, wiesz jaki tam mają wybór? Nie mogłam się zdecydować.

Bawiło go, że mówiła o ciastach z niemal identyczną pasją, jaką słyszał w jej głosie, kiedy na porannym spacerze opowiadała mu o eliksirze, nad którym pracowała. 

— Dlatego nie rozumiem, jakim cudem wróciłaś z tylko jednym kawałkiem — mruknął Snape, mierząc cynicznym spojrzeniem kawałek ciasta na jej talerzu. 

Kobieta pochyliła się konspiracyjnie w jego stronę i szepnęła:

— Zdążyłam zauważyć, jakie mają ceny.

Severus czasem miał ochotę ją przekląć. 

— To po co patrzyłaś? — zapytał poważniej, a uśmiech na ustach Hermiony zamarł, kiedy zmierzyła go skonsternowanym spojrzeniem. — Naprawdę, Granger, czasem zaczynam kwestionować twoją inteligencję. 

— Bo nie chcę trwonić niepotrzebnie pieniędzy? — Hermiona uniosła brew, kręcąc pobłażliwie głową. — Może to ja powinnam zacząć kwestionować twój zdrowy rozsądek.

Mężczyzna pochylił się, mierząc ją ostrym spojrzeniem. 

— Dopóki to moje pieniądze, nie masz prawa niczego kwestionować — stwierdził cicho. Wzrok Granger szybko uświadomił mu, że najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, o czym mówi. — Chyba nie sądziłaś, że pozwolę ci za cokolwiek zapłacić?

— Ja…

Do Hermiony dotarło, że poruszyła bardzo niebezpieczną strunę. Śmiała uderzyć w godność i honor, tykając męskie ego, które nie powinno być ruszane pod żadnym pozorem. Zaśmiała się cicho pod nosem, widząc śmiertelnie poważną, morderczą wręcz minę Snape’a i uniosła dłonie w poddańczym geście. Mężczyzna skinął głową, jakby na znak przyjęcia ugody i mruknął:

— Idź i weź sobie to, na co masz ochotę. I nie każ mi się powtarzać.

Chełpliwy uśmieszek, jaki zamajaczył w kącikach ust Hermiony uświadomił mu, że może wygrał bitwę, ale wynik wojny wciąż nie był rozstrzygnięty.

— To, co mam, w zupełności mi wystarczy — stwierdziła. 

Musiałaś postawić na swoim, jakkolwiek, ale musiałaś. Zapominał czasem, że Granger była typem, który jeśli nie dostanie się gdzieś drzwiami, wyważa okno. Zawsze musiała osiągnąć swój cel, nawet pokrętnie lub tylko po części. 

— W drugiej części mają fontannę z czekoladą, podobno sprowadzoną z Francji — rzucił od niechcenia, a oczy gryfonki skierowały się na niego z tą samą, dziecięcą pasją. 

— Tak, wiem! — przytaknęła cicho. — I to do tego trzypiętrową! Nigdy takiej nie widziałam — przyznała rozanielonym tonem.

Brwi Snape’a ściągnęły się ku sobie, kiedy prychnął pod nosem. Spodziewał się, że coś takiego będzie dla niej ekstrawagancją, bo nie było to coś popularnego w zwykłych, nawet tych bardziej eleganckich lokalach, ale nie spodziewał się, że kobieta pierwszy raz widziała nowy wymysł na oczy. 

— W takim razie zakładam, że to twój pierwszy raz w tak ekskluzywnym lokalu — zakpił, słysząc niemal natychmiast cichy śmiech Hermiony.

— To mój pierwszy raz w lokalu — poprawiła go bezwiednie.

Snape zmrużył oczy, przyglądając się, jak kobieta przymierza się do konsumpcji estetycznego, okrągłego kawałka deseru.

— Zdradź mi zatem, Granger, gdzie Weasley zabierał cię na randki?

Widelec zatrzymał się w powietrzu, kiedy dłoń Hermiony zastygła w bezruchu. Jej zaskoczone spojrzenie utkwiło się w Severusie, który nie sprawiał wrażenia, jakby zadał pytanie zasługujące na aż taką reakcję — a jednak.

— Słucham? — zaśmiała się Hermiona, przytykając dłoń do ust, kiedy radosny śmiech chciał wyrwać się z jej piersi. — To… — Musiała chwilę pooddychać spokojnie, żeby nie zaśmiać się mężczyźnie prosto w twarz. — To, co łączyło mnie z Ronem to było dziecinne uczucie, Severusie. Nie chodziliśmy na randki. Mieliśmy ledwie osiemnaście lat.

Snape uniósł brew w niemym pytaniu, czemu to szkodziło, ale powstrzymał się przed zadaniem go na głos. Pobłażliwy wzrok Hermiony dał mu do zrozumienia, że to byłoby głupie pytanie, na które zapewne dostałby równie głupią odpowiedź.

— W takim razie Krum? On pewnie zabierał cię gdzieś…

Kolejny chichot przerwał jego wypowiedź.

— To było jeszcze bardziej dziecinne, niż z Ronem — powiedziała Hermiona. — Chociaż może nie dziecinne — sprostowała szybko. — Krótsze. Nie zdążyliśmy nigdy dojść do tego etapu.

— No to inni… mężczyźni — mruknął Snape, zażenowany nieco faktem, że kobieta ewidentnie się z niego wyśmiewa, a on brnął w temat, sam nie wiedząc w jakim celu. — Na jakiejś randce przecież byłaś.

Hermiona uśmiechnęła się obojętnie, wzruszając ramionami.

— Nie miałam okazji — odparła.

Nie spodziewała się, że jej zdawkowa odpowiedź zapali iskierkę złości w ciemnych oczach Severusa. Natychmiast zmarszczyła brwi, widząc, że zamilkł, mierząc ją bacznym spojrzeniem i zadarła brodę, kiedy mężczyzna niespodziewanie podniósł się z krzesła.

— Chodź — mruknął. 

Zaskoczona gryfonka pokręciła odruchowo głową, posyłając mu spanikowane spojrzenie.

— Co? — wyrwało się jej. — Dokąd?

Snape uchylił usta, ale powstrzymał uszczypliwą odpowiedź.

— Wychodzimy.

— Dlaczego?

Hermiona nie rozumiała, co się działo i co wpłynęło na zachowanie Severusa.

— Bo to nie jest miejsce na pierwszą randkę — warknął, pochylając się ponad stołem. Kobieta zastygła, czując się jak w potrzasku.

— A co niby jest z tym miejscem nie tak? — zapytała odruchowo. 

— Możesz po prostu przestać kwestionować i robić, co mówię? — zapytał Snape, unosząc brew. Ruszył do wyjścia, nie czekając na jej odpowiedź, a Hermiona, nie mając wyjścia, podążyła za nim, gorączkowo zastanawiając się, co robić. — Czemu wcześniej nic nie powiedziałaś? — zapytał, kiedy bez słowa zapłacił i pospiesznie pokonał strome schody.

— A jakie to ma znaczenie? — odpowiedziała Hermiona, nerwowo śmiejąc się pod nosem. — Przecież to i tak nie jest prawdziwe, więc…

Severus zatrzymał się w pół kroku, odwracając gwałtownie w stronę zamarłej kobiety.

— To znaczy, że ma mi nie zależeć, żebyś miała z tego przyjemność?

Upór i zaciętość w jego spojrzeniu, zwłaszcza, kiedy stał stopień pod nią, na wysokości jej oczu, przyprawił Hermionę o ciarki. Zmarszczyła brwi, odruchowo schodząc niżej i zadzierając wzrok na znajomą wysokość. 

— A zależy?

To pytanie zawisło nad nimi niczym burzowa chmura, elektryzując powietrze dookoła i wygłuszając wszystkie dźwięki, jakie rozchodziły się obok nich. Nie słychać już było spokojnej, rytmicznej muzyki, śmiechów gości, ani przyciszonych rozmów. Brzdęków sztućców i zastawy odkładanej na metalowe wózki. Jedyne, co Hermiona w tamtej chwili słyszała, to bicie własnego serca i pulsującą w uszach krew.

Severus natomiast milczał jak zaklęty. Zmarszczył brwi, przez chwilę sprawiając wrażenie, jakby miał pochylić się i przylgnąć do rozgrzanych ust kobiety stojącej przed nim. Odwrócił się jednak, zostawiając ją w tyle, a Hermiona wypuściła powietrze z płuc, uśmiechając się pod nosem. Zależy.

Wyszli z restauracji, zabierając płaszcze i wylądowali na niemal pustym chodniku. Hermiona zadrżała na nagłą zmianę temperatury i zorientowała się, że musieli spędzić na obiedzie o wiele dłużej, niż podejrzewała. Ciemne, ponure chmury zasnuły niebo, wyraźnie sugerując, że powoli zbliża się późne popołudnie. Kobieta ruszyła niemal biegiem za Severusem, którego poły czarnego płaszcza trzepotały pod wpływem mroźnego wiatru i prędkości, z jaką się poruszał.

— Dokąd idziemy? — zapytała w pewnej chwili, wstrzymując powietrze, kiedy niespodziewanie Snape się zatrzymał. Wpadnę na niego kiedyś i to mnie się dostanie. 

— Ty mi powiedz — powiedział. Jego głos nie był już podszyty rozbawieniem ani swobodą, jak podczas obiadu. Hermiona zmarszczyła brwi, wyczuwając w nim niezręczność, ale i pewnego rodzaju wrogość. — Teraz to twoja randka.

— Moja? — żachnęła się instynktownie. — Nie mówisz z sensem, Severusie, możesz…

— To twoja pierwsza randka, Granger, a ja nie pozwolę, żebyś miała z tym jakiekolwiek nudne, nic nie znaczące wspomnienia — warknął pod nosem, jakby wściekły, że w ogóle musi poruszać ten temat. 

Hermiona wpatrywała się w niego jakby dostała w głowę. Sens jego słów zupełnie do niej nie docierał — czy on naprawdę chciał ją zabrać na randkę? Wynagrodzić fakt, że nikt nigdy jeszcze jej nie zaprosił? Oburzał się w jej imieniu, co było na tyle abstrakcyjne, że wycisnęło nerwowe parsknięcie z jej gardła.

— Nie wiem, gdzie chciałabym iść — powiedziała w końcu, nieco skołowana myślami, które rozpoczęły szaloną gonitwę w jej głowie.

— Więc pomyśl — mruknął ostro Severus, wciskając dłonie do kieszeni płaszcza. — Nie powinno ci to sprawić wiele problemu.

Więc dlaczego sprawiało? Być może dlatego, że Hermiona naprawdę nigdy nie zastanawiała się, gdzie chciałaby iść na randkę. Gdzie chciałaby zostać zabrana. Zmarszczyła brwi, wertując w głowie wszystkie możliwe pomysły, z których każdy kolejny wydawał się bardziej idiotyczny, niż poprzedni. 

— Nie… Nie wiem, naprawdę — przyznała po chwili. — Nigdy się nad tym nie zastanawiałam i teraz… mam pustkę.

Mina Snape’a złagodniała, choć wciąż marszczył groźnie brwi i nie odrywał od niej zaciętego spojrzenia. 

— Każdy ma marzenia, Granger — burknął. — Postaraj się.

Marzenia. Hermiona podniosła na Severusa spojrzenie, mając w głowie jedynie jeden obraz. Rodziców. Zupełnie odpłynęła myślami w tamtą stronę, dając się ponieść fali wspomnień, ale nagle jej oczy rozszerzyły się nieco, a wargi niepewnie rozchyliły.

— Może jest coś takiego, ale… 

Przerwała, a Severus zmrużył oczy, robiąc krok w jej stronę.

— Ale?

Zadarła brodę, odnajdując wyczekujące spojrzenie ciemnych oczu i zacisnęła usta w cienką linię.

— To strasznie głupie — mruknęła, kręcąc głową, jakby chciała odgonić myśli. 

Kolejny krok Snape’a kompletnie zamknął dystans, jaki się między nimi znajdował. 

— Pozwól, że to ja poniosę konsekwencję zadania głupiego pytania i po prostu daj mi tę cholerną, głupią odpowiedź — powiedział. Im niższy stawał się jego głos, tym mocniejszy dreszcz przeszywał kręgosłup Hermiony. Za każdym razem, bez wyjątku. Czuła się tak, jakby nie była w stanie odmówić. Jakby jej mózg bronił się przed jakimikolwiek myślami sugerującymi protest. — W takim razie nie zostawiasz mi wyboru — mruknął Snape, kiedy odpowiedziała mu jedynie cisza. Odwrócił się, kierując w stronę punktu deportacyjnego, a Hermiona pokręciła głową, zaskoczona jego reakcją. — Sam nie pójdę, Granger — usłyszała w pewnej chwili. 

Kobieta podążyła za nim, zastanawiając się, co go tak nakręcało. Co dawało mu taką upartość, żeby wbrew jej protestom — co prawda niemym i niespecjalnie skutecznym — brnął w coś, czego ona nawet nie chciała. Chociaż… 

— Wiesz, że naprawdę nie musisz tego robić — powiedziała cicho, ignorując gromy, które Snape pocisnął w jej stronę. — W zupełności wystarczyło mi to, gdzie byliśmy. 

Nie chciała wyjść na niewdzięczną. Chciała, żeby wiedział, że docenia wszystko, co dla niej zrobił — choćby mieli nawet przejść się na spacer alejkami Londynu, z dala od szkoły, w ciszy, tylko we dwoje. 

— Nie moja wina, że masz zaniżone standardy, Granger — warknął pod nosem Snape, prowadząc ją ciemnym zaułkiem w stronę okrągłego placyku, gdzie pod wysokim, ogołoconym drzewem mogli spokojnie się teleportować.

— A ty wziąłeś sobie za punkt honoru, żeby je podwyższyć? — zapytała zaczepnie, unosząc brew, kiedy w ciemnych oczach dostrzegła przemykające rozbawienie. 

— To — zaczął Snape, łapiąc ją za ramiona i stawiając niemal siłą przed sobą — już nie jest twój interes. A teraz pokaż mi, gdzie chcesz iść. 

Zanim Hermiona zdążyła odpowiedzieć, poczuła rwanie w pępku i ścisk całej górnej części ciała. Przymknęła oczy, czując, że jej nogi odrywają się od stałego podłoża i zanim zdążyła odetchnąć, wylądowali na twardym, skrzypiącym śniegu. 

— Podpuściłeś mnie… — jęknęła, zataczając się lekko, ale Severus trzeźwo podtrzymał ją za ramiona, których nie puszczał odkąd opuścili Londyn. Choć rozglądając się dookoła z zaskoczeniem stwierdził, że wcale tego nie zrobili. Poczuł, że Hermiona wyprostowała się, stając pewniej na nogach i uniosła na niego nieco zdezorientowane spojrzenie. — Gdzie jesteśmy?

Snape poruszył wymownie brwiami, krzywo uśmiechając się i wskazując głową na coś, co znajdowało się za jej plecami. Kobieta zmarszczyła nos i odwróciła się, a z jej gardła wydobyło się niekontrolowane, spazmatyczne westchnienie. Znajdowali się w wesołym miasteczku. Choć nie do końca można to było nazwać miasteczkiem — stali naprzeciw ogromnego diabelskiego młyna, którego budowę ukończono zaledwie kilka lat temu. Nadano mu dumną nazwę London Eye, co rozbawiło Hermionę, która stwierdziła, że anglicy zdecydowanie nie szczycą się oryginalnością. 

Wypuściła powietrze z płuc i odwróciła się do Severusa, szukając na jego twarzy jakichkolwiek oznak kpiny. Jakiegokolwiek prześmiewczego uśmieszku. Najmniejszego ironicznego grymasu. Nic takiego tam jednak nie zauważyła — za to dostrzegła marszczące się powoli brwi i lekko wygięte w podkówkę wargi, spierzchnięte od mrozu, który huczał dookoła.

— Czekasz na zaproszenie? — zapytał, zerkając na nią pytająco, a Hermiona uśmiechnęła się szeroko, kręcąc głową. 

Odwróciła się, ruszając ku ogromnej karuzeli, która wznosiła się wysoko ponad ich głowami i zerknęła przez ramię na Severusa, który bez słowa stał w miejscu.

— Czekasz na swoje?

Mężczyzna prychnął, lustrując Hermionę od stóp do głów, ale po chwili ruszył za nią, z kpiną kręcąc głową, kiedy widział, jak energicznie przyspieszyła kroku, im bliżej wejścia byli. Pogoda skutecznie odstraszała ludzi przed korzystaniem z atrakcji, zwłaszcza, że Londyn powoli pogrążał się w popołudniowym mroku. Mimo tego Snape dostrzegł, że kilka z wagoników było zajętych. Skrzywił się na samą myśl uczestnictwa w czymś równie przyziemnym, ale z drugiej strony natrafił na rozpromienioną minę stojącej przed nim Hermiony, która wskazała szczupłą dłonią na najwyżej usytuowane siedzisko, które zatrzymało się na samym szczycie diabelskiego młynu. 

— Zapomnij — zaprotestował, kiedy kobieta wyciągnęła do niego zachęcająco dłoń. — To twój pomysł, ja nie zamierzam brać w tym udziału.

Hermiona posłała mu wymowne, nieco teatralne spojrzenie.

— Może nie byłam nigdy na randce, ale z tego co mi się wydaje, do tego potrzeba dwojga — mruknęła z przekąsem. 

Widząc, że mina Snape’a wręcz zrzedła, kobieta roześmiała się wesoło, wzruszając ramionami. W jej głowie od razu pojawił się pomysł, jak sprawdzić, czy naprawdę nie chciał brać w tym udziału, czy po prostu boczył się na fakt, że zrobił dla niej coś miłego i teraz wyrzucał sobie to, zapewne wyklinając się od kretynów.

Kiedy wagoniki powoli przesuwały się w ich stronę, kobieta podeszła do pracownika obsługi, uśmiechając się do niego szeroko. Celowo stanęła tak, żeby Severus widział jej minę, kiedy młody mężczyzna zagadnął ją w międzyczasie. Przeklęta wiedźma, pomyślał wściekle. Wiedział, co robi i doskonale wiedział, co chodziło po głowie młodego chłopaka, który taksował atrakcyjną kobietę chciwym wzrokiem.

— Jeden bilet? — zapytał, a Severus westchnął ciężko, wywracając oczami i podszedł do Hermiony.

— Dwa — powiedział.

Objął protekcjonalnie talię kobiety, która dumnie uśmiechnęła się, zerkając w górę na jego spiętą, zazdrosną twarz. Niech myśli, że wygrała. Pomógł jej wsiąść do wagonika, który zwolnił przy podeście i dyskretnie wyciągnął różdżkę, rzucając na pracownika obsługi niegroźną klątwę, zanim sam wsiadł do kapsuły. Tak, aby jeśli jeszcze raz przyjdzie mu do głowy pomyśleć, co młoda kobieta miała pod płaszczem, zobaczył swoją własną babcię bez bielizny. Co liczył, że nauczy go nieco kultury osobistej i szacunku do kobiet.

— Niezainteresowany, tak?

Hermiona wydęła usta w chełpliwym wyrazie i zaśmiała się, kiedy wysoki czarodziej siadał naprzeciw niej, krzywiąc się na jej komentarz.

— Stwierdziłem, że jakoś to przeboleję — mruknął. — Zdecydowanie nie mam ochoty sterczeć na mrozie i czekać, aż skończysz.

Nigdy w życiu nie kłamał tak ostentacyjnie, ale jednocześnie nigdy w życiu nie miał tego tak bardzo gdzieś. Porzucił jakiekolwiek nadzieje, że ostanie mu się godność, bo dla uśmiechu Hermiony mógłby już teraz zrobić dużo więcej, niż myślał. I wiedział, że to uczciwa wymiana. 

— Dziękuję — powiedziała w pewnej chwili Hermiona. Przysunęła się bliżej Severusa, mocno zaciskając dłonie na siedzisku i zaśmiała się, widząc jego pobłażliwe spojrzenie. — Za to, że mnie tu zabrałeś, nie za to, że się poświęcasz. Tego nie powinieneś robić. 

— Każdy się czasem poświęca w słusznej sprawie — prychnął Severus. — Poza tym mogłaś wybrać o wiele gorsze miejsce. Skąd w ogóle ten pomysł?

Młoda kobieta odwróciła się za siebie, przyglądając się Tamizie, która majaczyła za przezroczystą szybą. Skąpana w mgle i przykryta częściowo taflą lodu wyglądała naprawdę majestatycznie, zwłaszcza z takiej wysokości. A nie znajdowali się jeszcze nawet w połowie drogi na szczyt.

— Oglądałam kiedyś jakąś komedię romantyczną z moją mamą — wyznała, nie patrząc na Snape’a. Ten zmarszczył brwi, kiedy dostrzegł, że kąciki ust Hermiony uniosły się w słabym uśmiechu. — Główny bohater zabrał tam swoją dziewczynę do wesołego miasteczka na randkę. Pamiętam, że jako dziecko strasznie się śmiałam, kiedy mama mówiła, że to romantyczne.

— I uznałaś, że takie marzenie uznałbym za głupie? — zapytał Severus, a Hermiona roześmiała się wesoło.

— Nie wiem, czy to było moje marzenie, ale nic innego nie przyszło mi do głowy — stwierdziła, zerkając na Severusa i widząc, że przygląda się jej uważnie. — Chociaż wcale nie żałuję. — Chwilę siedzieli w ciszy, chłonąc słowa Hermiony, które zawisły w ciasnej kapsule. Kobieta nagle zmarszczyła brwi i zapytała: — A ty jakie masz marzenie, Severusie? 

— Ja? — zapytał kpiąco, widząc uśmiech na ustach Hermiony.

— Mówiłeś, że każdy jakieś ma — powiedziała, wymownie unosząc brew. — Skoro skupiłeś się usilnie na tym, żeby spełniać moje możesz podzielić się też swoimi.

Zrozumiał o jakiej pustce mówiła Hermiona w momencie, w którym zadała mu to pytanie. Wszystkie myśli skryły się w najciemniejszych zakamarkach jego umysłu, zamykając przed nim drzwi i nie dopuszczając, aby zostało tam cokolwiek, poza miękkimi, zaróżowionymi ustami kobiety siedzącej naprzeciw. 

Hermiona sapnęła cicho, kiedy poczuła, że Severus sięgnął do jej twarzy. Jego usta spoczęły na jej wargach, a kobieta wyprostowała się, mimowolnie lgnąc ciałem w objęcia ramion, które z utęsknieniem sięgnęły po nią, jakby właśnie tam było jej miejsce. Merlinie. Sztywne, zimne wargi rozpaliły ogień w jej wnętrzu, smakując jej usta z zapalczywością i agresją, która niemal natychmiast wywołała ciarki na całym jej ciele. Dłoń mężczyzny bezwiednie przesunęła się na jej szyję, a zimne palce zacisnęły lekko na potylicy, zmuszając, żeby tkwiła w jego objęciach i oddawała czułość, której Hermiona tak pragnęła. Której tak jej brakowało. 

Objęła ramiona Severusa, czując, że całe jego ciało spięło się pod jej dłońmi. Niczym iskra, jej dotyk wywołał natychmiastową reakcję, a sztywne ramię sięgnęło do jej talii, przyciągając ciało kobiety jeszcze bliżej. Hermiona poczuła, że po jej podbrzuszu rozchodzi się przyjemny, rozległy skurcz i jęknęła, ale mężczyzna zagłuszył ten dźwięk, łapczywie napierając na jej wargi i zamykając je w kolejnym pocałunku. Rozpływała się pod nimi. Miała wrażenie, że miały nad nią pełną kontrolę — a jej ciało nie należało już do niej. 

Dotknęła policzka Severusa, odrywając się od jego ust i spojrzała w górę, odnajdując ciemne tęczówki, wpatrzone w nią z pożądaniem. Zrozumiała, że to nie jego dłonie miały nad nią władzę. Nie oczy, które ślizgały się po jej twarzy pod zmarszczonymi brwiami. Nie usta, które żądały pieszczot dając ogień, jakiego Hermiona nawet nie znała. To on, cały, panował nad tym, co działo się z jej ciałem. 

Przejechała kciukiem po spierzchniętych od chciwych pocałunków wargach, a Severus odruchowo chwycił jej nadgarstek, zamykając go w stalowym uścisku. Zacisnął mocno szczękę, mierząc ją spojrzeniem, a Hermiona jedynie zaśmiała się cicho i złożyła delikatny, subtelny pocałunek na jego wargach. Warknięcie, jakie się zza nich wydobyło przyprawiło ją o kolejne westchnienie, a Severus czując na swoich ustach jej oddech, wsunął dłoń w gęste, brązowe włosy i przycisnął jej twarz mocno do swojej. Nie chciał już nigdy więcej jej puszczać. Mogła zostać tam na zawsze, zajmując miejsce w jego ramionach ze swoim niewyparzonym językiem, który smakował niedokończonym, słodkim deserem i burzą loków, które miął w dłoni, wpijając się w jej usta.

Kapsuła karuzeli zachwiała się, kiedy zwolnili, a Hermiona oderwała się od Severusa, wciskając palce w jego ramiona w poszukiwaniu stabilnego oparcia. 

— Przepraszam — mruknęła, rozprostowując zmięty materiał jego płaszcza. 

Z jej gardła wydobył się cichy śmiech, kiedy odnalazła jego spojrzenie. Dalej czuła lekkie szarpanie na potylicy w miejscu, gdzie dłoń Severusa jeszcze chwilę wcześniej zaciskała się na puklach jej włosów. Agresja, z jaką jej dotykał i siła, z jaką pragnął jej ciała, podniecały ją do tego stopnia, że nie potrafiła myśleć o niczym innym. 

Dotarli do końca przejażdżki, a Hermiona wyszła z wagonika na drżących nogach, zastanawiając się, jakim cudem udało jej się zestawić stopy na stopnie i utrzymać równowagę. Oglądnęła się za siebie niepewnie, zastanawiając się, czy może zwyczajnie śni — a Severusa wcale tam nie było i zniknął, kiedy tylko przekroczyła próg kapsuły. To, co się działo było zbyt surrealistyczne, zbyt niewarygodne i zbyt… idealne. 

— Zapomniałaś czegoś? — zapytał Snape, zerkając na nią pytająco i prychnął, kiedy Hermiona pokręciła głową z szerokim uśmiechem. 

Tylko języka w gębie, ale ten chyba wziąłeś na własność, dodała w myślach. Pozwoliła poprowadzić się ścieżką wzdłuż promenady nad Tamizą, słysząc jak śnieg grzązł i skrzypiał pod ich stopami. W pewnej chwili przystanęła przy betonowym murze, który oddzielał dwa brzegi biegnącej przez Londyn rzeki i zerknęła na Severusa marszczącego brwi pytająco.

— Nie chcę jeszcze tego kończyć — powiedziała. 

Mężczyzna podszedł bliżej, stając przodem do muru, o który Hermiona opierała biodra. Zetknął ich ramiona, kątem oka dostrzegając, że kobieta nie spuszczała z niego wzroku i zapatrzył się na zamarzniętą Tamizę, wdychając przyjemny zapach wieczornego powietrza, który powoli ogarniał Londyn. 

— Nie musimy tego kończyć, Granger — odparł, kierując na nią spojrzenie i dostrzegając, że kącik jej ust drgnął. — Mówiłem, to twoja randka. Możesz zażyczyć sobie czego tylko chcesz.

Hermiona roześmiała się perliście, a Severus słysząc to sam wykrzywił usta w krzywym uśmiechu. Zanim jednak odwrócił wzrok, dostrzegł, że młoda kobieta odwraca się i staje przodem do niego. Jej oczy utkwione były w nim jak w okazie w muzeum, jak w najrzadszym dziele sztuki. Zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc, czego od niego żąda, ale kiedy zwrócił ciało w jej stronę, szybko zdał sobie sprawę. 

Kobieta delikatnie sięgnęła do jego ramion, wydobywając wciśnięte do kieszeni dłonie na zewnątrz. Ujęła je ostrożnie, bacznie przyglądając się twarzy mężczyzny i reakcji na własny dotyk. Severus spiął się, czując zimne, drobne palce, które rozpoczęły powolną wędrówkę po wnętrzach jego dłoni, muskając podrażnioną mrozem skórę, jednak nie przerwał jej. Nie zaprotestował. Widział fascynację w jej oczach, kiedy skierowała spojrzenie na jego rękę, badając każdy jej skrawek opuszkami, które ryły głębokie rany i wypalały ślady, które miały prześladować go już do końca życia. 

Niespodziewanie dłoń Hermiony zmieniła kierunek. Jej palce sunęły powoli po głębokich bruzdach, przesuwając się ku zagłębieniu między kciukiem, a palcem wskazującym. Severus zmarszczył brwi, kiedy wyczuł, że otarła wnętrze swojej dłoni o opuszki jego palców i zrozumiał, że chciała, aby odwzajemnił pieszczotę. Ledwie poruszył palcami, naprowadzając końcówki palców na skórę Hermiony, kiedy poczuł jej nadgarstek, układający się subtelnie w jego dłoni. Dostrzegł, że podniosła wzrok, do tej pory utkwiony w swoich własnych palcach wodzących po jego bladej, żylastej skórze i czekał, badając gamę emocji, jaka pojawiła się na jej twarzy. 

Gamę, która nabrała zupełnie nowych, intensywnych barw w momencie, w którym lekko ścisnął jej nadgarstek, czując wystającą kostkę pod palcami. Usłyszał ciche westchnienie i instynktownie zrobił krok w stronę Hermiony, przyciągając wątłe, poddańcze ciało w swoją stronę. Trwało to ułamek sekundy — ale wystarczyło.

— Chcesz wracać? — zapytał gardłowo, marszcząc brwi i spoglądając prosto w jej oczy. Kobieta zamrugała szybko i skinęła powoli głową, uśmiechając się, kiedy zobaczyła, że jego wzrok uciekł ku jej ustom. 

Chciała znów go pocałować. Chciała poczuć o wiele więcej, niż tylko jego usta na swoich. Choć nie rozumiała reakcji swojego ciała, które zdawało się szaleć za każdym razem, kiedy tylko Severus pojawiał się w odległości kilku calów od niej, chciała poddać się im, pójść za nawołującym głosem i zatracić się kompletnie w tym, co czuła. Było to nierozsądne. Nieracjonalne. Ale tak kuszące, że nie potrafiła się oprzeć. 

Severus wypuścił nadgarstek Hermiony z uścisku i ujął jej dłoń, ruszając w stronę zaciemnionej części promenady. Wieczór i tak na dobre zagościł w Londynie, więc bez pardonu zatrzymał się w ustronnym miejscu i spojrzał na kobietę, która ścisnęła mocniej jego dłoń i przysunęła się bliżej ciała mężczyzny, wczepiając drugą rękę w mankiet płaszcza. Objął ją szczelnie, słysząc ciche sapnięcie, kiedy ciało Hermiony sztywno przylgnęło do jego klatki piersiowej. Kobieta zadarła wzrok, chwilę później czując znajome rwanie.

Przymknęła oczy, a kiedy znów je otworzyła, uchyliła oniemiała usta.

— Jak… — zaczęła, odsuwając się zaskoczona i rozglądając po wnętrzu gabinetu Severusa. — Myślałam, że tylko Dumbledore…

— Naprawdę chcesz o tym teraz rozmawiać? — zakpił Snape, unosząc brew, a Hermiona zaśmiała się cicho, lustrując jego ciało powolnym spojrzeniem.

Nie. Zdecydowanie nie chciała teraz rozmawiać. Spoważniała, marszcząc brwi i ściągnęła powoli szalik. Severus podszedł do niej bez słowa i złapał ciężki materiał płaszcza, powolnym gestem zsuwając go z jej ramion. Odrzucił go na kanapę, czując, że drobne dłonie Hermiony podążyły do jego mankietów, wsuwając się pod materiał na ramionach. Obserwował, jak kobieta pozbywa się jego płaszcza i złapał materiał, rzucając go w miejsce, gdzie wylądowała odzież wierzchnia Hermiony — na miejsce, gdzie do tej pory zwykła przesiadywać. Teraz jednak wolał ją mieć zupełnie gdzie indziej, a fakt, że przyszła tu dobrowolnie, świadoma tego, o co go prosi, wpompował w jego żyły zupełnie nową dawkę adrenaliny.

Snape zadziałał pod wpływem impulsu — sięgnął dłonią do karku Hermiony, przyciągając ją do siebie i łapczywie wpił się w jej usta. Wyczuł, że odpowiedziała niemal instynktownie. Zmiękła pod jego pocałunkiem, od razu sięgając do jego klatki i przyciągając do siebie za materiał koszuli, którą drobne palce natychmiast zaczęły rozpinać. Zaskoczyła go jej zachłanność, ale nie zamierzał ani przerywać, ani pozostawać jej dłużny. Wyciągnął sweter wciśnięty pod spódnicę i niemal zerwał go z niej, a brązowe loki rozsypały się po nagich ramionach, które okrywał jedynie skromny, cielisty biustonosz. 

Z jego gardła wyrwało się niemal zwierzęce warknięcie, kiedy pchnął kobietę w stronę biurka. Podsadził ją, słysząc ciche sapnięcie zza ust Hermiony, które stłumił kolejnym pocałunkiem i podciągnął materiał spódnicy, która była zbyt opięta jak na jego gust. Ile razy marzył, aby odrzucić rozkloszowany materiał i zatopić się w nim, wyklinając go za wszystkie czasy? Zbyt wiele. Hermiona zastygła, kiedy silne dłonie stojącego między jej udami mężczyzny przyciągnęły do siebie jej biodra, ale jego usta składały zbyt chciwe, namiętne pocałunki na jej ustach, żeby zdążyła poświęcić temu choć jedną myśl. 

Jęknęła, kiedy poczuła zimną dłoń na swojej talii, a Severus odruchowo zacisnął palce na jej skórze, mnąc gładką skórę w palcach niczym plastelinę. Przesunął dłoń na plecy kobiety, a jej ciało wygięło się, przylegając do jego niemal nagiej klatki jakby było do niego dopasowane na wymiar. Poczuł drażniącą koronkę biustonosza, która otarła się o jego skórę i warknął w usta Hermiony, która wstrzymała oddech, czując, że zwinne palce sięgnęły do zapięcia.

— Severusie! 

Serce młodej nauczycielki zatrzymało się dosłownie na ułamek sekundy, kiedy usłyszała donośne pukanie i głos Minerwy. Zacisnęła uda, jednak Severus stojący pomiędzy nimi nie poruszył się — oderwał się od jej nabrzmiałych ust i patrzył wściekle w jej płonące żądzą oczy. 

— Nie zamierzam otwierać tych cholernych drzwi — warknął tak niskim głosem, że Hermiona aż jęknęła. Wciąż trzymając rękę na jej plecach, Snape przytknął drugą dłoń do jej ust, zmuszając, aby pozostała cicho. — Milcz — polecił gardłowym szeptem. 

Kiedy przytaknęła, odsunął dłoń, widząc, że dolna warga kobiety drżała z podniecenia. Uśmiechnął się chełpliwie, lustrując jej półnagie ciało, jakby była daniem głównym na kolacji, a on umierał z głodu. Przesunął dłoń, którą zakneblował jej usta na szyję, sunąc kciukiem wzdłuż gardła, a kiedy dotarł pomiędzy jej piersi, tuż nad splot słoneczny, poczuł, że jej ciało znów się wygięło, napierając na jego eksplorującą dłoń. Bez wahania sięgnął do jej szyi, zakleszczając palce na gardzieli i zbliżył się, patrząc w jej oczy z odległości kilku cali. 

— Severusie, wszystko w porządku? — Kolejne, donośniejsze pukanie wyprowadziło go z równowagi. Hermiona widziała po jego minie, że był wściekły, co dało wyczuć się w każdym ruchu, który wykonywał napierając na nią biodrami. — Severusie, wiem, że tam jesteś! — Młoda gryfonka uśmiechnęła się, widząc, że mężczyzna znajdujący się nad nią przymknął powieki. Rozluźnił uścisk na jej szyi, nieco odsuwając się od jej ciała i odetchnął ciężko. — Zapomniałeś, że teleportacja ma łączony system ostrzegawczy, czy zwyczajnie masz to gdzieś?

— Domyśl się, do cholery jasnej — zaklął niemal bezgłośnie Snape. 

— Otwórz — szepnęła Hermiona. — Bo jeszcze wyważy drzwi, a wtedy…

— W porządku, idę po Argusa! — krzyknęła Minerwa. — Mam nadzieję, że leżysz nieprzytomny, bo inaczej nie ręczę za siebie.

Snape odsunął się, przyglądając się z wściekłością, jak Hermiona zsuwa się z biurka, ledwo powstrzymując się od śmiechu. Czerwona, rozczochrana, półnaga. Prawie jego. Zawsze tylko prawie, pomyślał gorzko.

— Uspokój się — warknął donośnie i przywołał do siebie sweter Hermiony. Podał go jej i zapiął koszulę, modląc się, żeby McGonagall miała dobry powód do wizyty; bo inaczej to on nie ręczył za siebie. Owszem, zapomniał, że teleportowanie się do Hogwartu, którego Dumbledore nauczył go w najgorszych, możliwych dla nich warunkach, miało łączony system ostrzegania. Zapomniał o tym, bo w momencie, w którym się na to zdecydował zdecydowanie nie myślał głową, a krew odpłynęła do innych organów w jego ciele. Chciał jednak, aby Minerwa o tym wiedziała. Wiedział, że to wynagrodzi mu wściekłość, jaką teraz czuł. 

Zanim podszedł do drzwi, zerknął na Hermionę, która pospiesznie narzuciła na siebie ubranie i posłała mu wymowne, rozbawione spojrzenie. Nie miał pojęcia, że serce w jej piersi niemal nie wyskoczyło przez uchylone wargi, które napuchły od pożądliwych, agresywnych pocałunków. Próbowała uspokoić oddech, poprawić fryzurę, doprowadzić się do jakiegokolwiek porządku, ale szybko zrozumiała, że nie da rady — nie po tym, co właśnie zaszło. Nie po tym, do czego o mało co nie doszło. 

Minerwa stanęła w progu, mierząc przyjaciela surowym spojrzeniem.

— W końcu, ileż można… czekać.

Czarownica zbladła, kiedy zrozumiała, co przerwała i dlaczego Snape nie otworzył drzwi od razu. Zlustrowała oburzonym spojrzeniem Hermionę, która spuściła zaczerwienioną twarz na dywan, zaciskając usta w cienką linię, żeby nie wybuchnąć śmiechem. 

Minerwa nie zdawała sobie sprawy, że zjawiła się w najlepszym, a jednocześnie najgorszym momencie. Punkt widzenia, zależał oczywiście od punktu siedzenia. Dla sojuszu Snape-Granger, który zarobił właśnie kolejny punkt, zjawiła się w idealnym momencie — przyłapała bowiem swoich dwóch ulubionych podopiecznych w dwuznacznej sytuacji, a para miała okazję oglądać, jak kolory odpływają powoli z twarzy zdegustowanej dyrektorki. Dla Severusa i Hermiony jednak, Minerwa zjawiła się w najgorszym możliwym momencie. Przerwała coś, czego żadne z nich nie spodziewało się po tym dniu, a na co oboje cicho czekali, odkąd ich spojrzenia zaczęły zatrzymywać się na sobie nawzajem na dłużej, niż to było koniecznie. Odkąd przypadkowe gesty, mające wywołać oburzenie wśród postronnych obserwatorów zaczęły być uzależniające do tego stopnia, że zaczęli wykorzystywać każdą możliwą okazję, aby wrócić do drugiej osoby.

— Pójdę już — wymamrotała pod nosem Hermiona, zabierając w pośpiechu płaszcz. Minęła Minerwę, która bez słowa odprowadziła ją spojrzeniem aż pod drzwi, gdzie wciąż stał Severus, do tej pory triumfująco przyglądający się minie swojej przyjaciółki. Którą miał ochotę roznieść w drobny mak. — Spotkamy się jutro — szepnęła, podchodząc do niego i skinęła głową. Snape nie zamierzał jednak zostawić sytuacji między nimi w ten sposób. Skinął głową, ale przyciągnął do siebie Hermionę, całując czule jej skroń i jednocześnie zaciskając mocno dłoń na biodrze, którego nie widziała Minerwa. Wyczuł, że drobne ciało spięło się i dostrzegł, że kobieta przygryzła lekko wargę, kiedy z zawstydzonym uśmiechem odwracała się, uciekając z gabinetu swojego “narzeczonego”. 

Odczekał, aż zniknęła w korytarzu, po czym zamknął drzwi i powoli odwrócił się do Minerwy.

— Obyś miała ku temu dobry powód — warknął ostrzegawczo. 

Starsza czarownica wyciągnęła z kieszeni szaty kawałek pergaminu, a Snape po jej minie domyślił się, że za jej wizytą faktycznie stał szalenie dobry powód — a on dopiero miał się o tym przekonać. Podszedł do niej powoli, odbierając papier i rozwinął go, czując, że w jego gardle niemal natychmiast pojawiła się gula. 

— To prośba o wydalenie, Severusie — powiedziała Minerwa, marszcząc cienkie brwi. Spojrzała na przyjaciela, który osłupiały wertował słowa zawarte na pergaminie i dodała: — Murphy złożyła oficjalną prośbę o usunięcie cię ze szkoły.

Rozdziały<< Sojusz, Granger? – Rozdział 59Sojusz, Granger? – Rozdział 61 >>

Hachi ✨

Nieuleczalna fanka Pottera, zakochana w Sevmione. Wolne pisanie to moja pasja. Jeśli oczekujecie nowego rozdziału codziennie, to zły adres. Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań bez mojej zgody. wattpad: https://www.wattpad.com/user/HachiYuuko blogspot: (tylko stare opowiadania) https://acciosevmione.blogspot.com/

Ten post ma jeden komentarz

  1. Nieeeee, cholerna Minerwa ;____;
    I to jeszcze z taką nowiną, nie mogę. A dosłownie nic złego nie zrobił na tamtej lekcji! Nic. Autentycznie laska nie potrafi nic zrobić.
    Ugh, było już tak blisko między nimi, teraz pewnie znowu będą udawać, że nic się nie stało ;_;

Dodaj komentarz