Pierwsze, co Hermiona usłyszała to nagły szczęk upuszczanego na talerz metalowego sztućca. Poczuła, że łokieć Severusa wrzyna się w jej żebra i jęknęła, próbując wydostać się z ciasnego kominka. Mężczyzna warknął, posyłając w jej stronę przelotne spojrzenie.
— Nie szarp się — upomniał ją, wydostając się pierwszy z ciasnej wnęki.
— Severusie. — Hermiona wyszła z kominka i podniosła spojrzenie, otrzepując płaszcz. Dostrzegła, że Eileen przygląda się im z zaskoczeniem, lustrując najpierw swojego syna, a następnie jego „narzeczoną”. Sięgnęła po widelec, który upuściła i odłożyła go razem ze ścierką, którą trzymała w drugiej dłoni. Obeszła stół, podchodząc do Severusa i posyłając mu wzruszone spojrzenie. — Jaka miła niespodzianka.
— Wesołych świąt, pani Snape — powiedziała niemal natychmiast Hermiona, uśmiechając się szeroko. — Przynosimy ciasto i życzenia od Molly Weasley.
Starsza, siwiejąca czarownica uniosła brew, uśmiechając się półgębkiem.
— Widziałeś się z Minerwą? — spytała nieco obojętnym tonem, choć w jej oczach dało się dostrzec zaciekawienie.
Severus posłał matce nieco oschłe spojrzenie i przytaknął bez słowa.
— Przepraszamy, że zjawiliśmy się tak bez uprzedzenia — mruknęła Hermiona, zerkając na Eileen przepraszająco. Czarownica machnęła energicznie ręką, po czym wyciągnęła ją w kierunku młodej kobiety.
— Nie ma nawet o czym mówić — żachnęła się. — Jestem uradowana, że znaleźliście dla mnie chwilę. — Gospodyni odebrała od gryfonki płaszcz, po czym zerknęła na posągową postać syna. Severus wymienił z matką wymowne spojrzenie, po czym rozpiął płaszcz, ruszając za nią do przedsionka. — Spóźniliście się niestety na obiad. Chociaż po tak późnej porze i cieście domyślam się, że już jedliście.
Hermiona uniosła brew, słysząc jej słowa i prychnęła pod nosem. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
— Pani Weasley nie wypuściłaby nas, gdybyśmy nie spróbowali wszystkiego, co przygotowała — odparła, na co Eileen prychnęła kwaśno. Wróciła do salonu, zerkając przez ramię na Severusa, który unikał ciemnych oczu kobiety. Nie wychodziło mu udawanie, że przebywanie w rodzinnym domu sprawia mu przyjemność.
— A zapewne było tego jak dla wojska — stwierdziła rozbawiona kobieta, a Hermiona zawtórowała jej śmiechem.
Skinęła głową i posłała przelotne spojrzenie Severusowi. Po raz kolejny tego wieczora to on musiał być pokrzywdzony, zmuszony do przebywania tam, gdzie nie chciał, w towarzystwie osób, wśród których nie chciał przebywać. Choć sporadyczne sytuacje łagodziły całokształt opinii, mężczyzna wciąż potwierdzał przypuszczenie Granger, że zaistniała sytuacja wychodziła poza jego strefę komfortu.
Starał się jednak, dla niej, zachowywać pozory, że jest w tym wszystkim ziarno nadziei. Uśmiechnął się krzywo, widząc wzrok Hermiony, która — ku jego zaskoczeniu — zarumieniła się dość niespodziewanie. Odwróciła głowę, równie zdezorientowana reakcją swojego organizmu, co Snape. Nerwowo objęła się ramionami, podążając za gospodynią ku zastawionemu stołowi.
— Pomóc? — spytała, zerkając pytająco na Eileen, ale kobieta posłała jej oburzone spojrzenie.
— Nie żartuj, kochanie, jesteś moim gościem. Proszę, siadajcie. — Wskazała im miejsca przy stole, który sprawnym zaklęciem opróżniła z brudnej zastawy i ustawiła na nim karafkę z wodą i paterę z ciastem. — Herbaty, czy może któreś reflektuje na kawę?
Severus posłał matce porozumiewawcze spojrzenie, na co kobieta zareagowała milczącym skinieniem głowy. Hermiona uśmiechnęła się, również kiwając głową i odparła:
— Herbata brzmi dobrze.
Eileen z uśmiechem oddaliła się do kuchni, przygotowując napoje swoim dość niespodziewanym, niezapowiedzianym gościom. Cieszyła się jednak z ich obecności. Choć nie miała zielonego pojęcia, że żadne z obecnych w jej salonie czarodziejów nie takie miało plany na wieczór, starsza czarownica cieszyła się, że może zobaczyć syna.
Zaskakująco pierwsza niezręczność szybko została złamana rozmową, w jaką wdała się Hermiona i Eileen. Gospodyni była zafascynowana pracą młodej gryfonki i studiami, na które kobieta zamierzała się udać. Wypytywała o szczegóły, zmuszając Hermionę do improwizowania i wymyślania scenariuszy, które nigdy miały się nie spełnić. Tak jakby miała wyjechać, odbyć staż, a potem jak gdyby nigdy nic wrócić i poślubić Severusa Snape’a. Jeszcze czego, pomyślała gorzko.
— A kiedy Hermiona wróci, spodziewaj się zaproszenia na wesele — powiedział nagle mężczyzna. Siedział naprzeciw swojej „narzeczonej” i przyglądał się uważnie jej oraz swojej matce, która uchyliła z zaskoczenia usta.
— Wesele? Czyli…
Eileen posłała pytające spojrzenie Hermionie, która uśmiechnęła się i wyciągnęła do kobiety dłoń. Pierścionek zalśnił na ułamek sekundy w jasnym świetle skromnego żyrandola, powodując westchnięcie starszej czarownicy. Przez dłuższą chwilę nie padło ani jedno słowo. Hermiona przyglądała się, jak na twarzy Eileen pojawia się wzruszenie, a w jej ciemnych oczach zalśniło kilka łez. Kobieta zerknęła na swojego pierworodnego, nie znajdując jednak odpowiednich słów komentarza na wieści, które sprezentowali jej przybysze.
— Do tego jeszcze daleko — powiedział nagle Snape. Hermiona dziękowała mu, że był bohaterem i przerwał niezręczną ciszę. Ona sama nie miała bladego pojęcia, co powiedzieć. — Najpierw Hermiona skończy staż. Zrobi karierę. Reszta przyjdzie później.
Pomyślała, że kobieta, która kiedyś w końcu skradnie serce Severusa Snape’a mimo wszystko będzie miała z nim dobre życie. Zrozumiała, że był ostatnią osobą, która wstrzymywałaby czyjś rozwój osobisty przez wzgląd na emocje i uczucia. Mimo powściągliwości, potrafił okazać uczucia na swój sposób, czym było właśnie dawanie wolności w podążaniu swoimi ścieżkami.
— Oczywiście. Naturalnie — odparła wciąż nieco zszokowana Eileen. Uśmiechnęła się, sięgając ponownie po dłoń młodej gryfonki i przejechała palcem po kamieniu. Hermiona zerknęła na Severusa, który obserwował ją ze skonsternowaną miną. Sam do końca nie wiedział, co czuje. Dlaczego tak źle czuł się z myślą, że okłamuje matkę? Nie miał mieć wyrzutów sumienia. Nie były one częścią jego planu.
— Przepraszam, muszę skorzystać z łazienki — powiedziała nagle Hermiona, nieco nerwowo wyrywając dłoń z uścisku Eileen. Wstała, uśmiechając się przepraszająco i wyszła z pomieszczenia, kierując się wskazówkami gospodyni. Zamknęła się w niewielkim, kwadratowym pokoju i opadła ciężko na umywalkę.
Weź. Się. W. Garść. Była na siebie zła. Kiedy tylko pomyślała o kobiecie, która będzie prawdziwą partnerką Severusa, w jej głowie pojawiła się myśl, że to ona chciałaby być tą kobietą. Mimo, iż jeszcze jej nie znała już zazdrościła kobiecie, która miała mieć to, czego jej nie wolno było mieć. Jednocześnie siedząc naprzeciw czarnowłosego mężczyzny, pod ostrzałem czujnego, przenikliwego spojrzenia, czuła się tak spokojna, że cały stres i niezręczność spotkaniem z jego matką ulatniały się. Nie można przecież tyle czuć, pomyślała. Czuła, że to karma za wyśmiewanie Ronalda, który nie wierzył, że można mieć w sobie aż tyle emocji. Ona też nie chciała w to wierzyć. Myślała, że jej to nie dotyczy.
Opłukała twarz i usta, czując, że skóra na jej twarzy niepokojąco grzeje wnętrze jej dłoni. Wzięła kilka głębokich oddechów, dodając sobie otuchy i przypominając, że ma zadanie do wykonania. Wieczór się jeszcze nie skończył.
Wyszła na korytarz od razu czując, że coś się zmieniło. Atmosfera zgęstniała, nie dało się tego pomylić z żadnym innym uczuciem. Młoda kobieta powoli podeszła do framugi, za którą znajdowało się przejście do salonu. Usłyszała przyciszony głos Severusa i przystanęła, marszcząc brwi. Nie znała tego tonu. Choć ledwo go słyszała, doskonale była w stanie wyczuć nieznaną, niepokojącą barwę.
— To niczego nie zmienia. — Hermiona nie chciała podsłuchiwać, ale czuła, że jeszcze bardziej nie chce przerywać rozmowy, której najwyraźniej zarówno Snape jak i jego matka potrzebowali.
Usłyszała przytłumiony śmiech Eileen i wyjrzała lekko za framugę, dostrzegając, że para stoi przy oknie.
— Oczywiście, że nie. Jesteś dorosły, zrobisz co tylko będziesz uważał za słuszne.
Starsza czarownica położyła dłoń na ramieniu Severusa, który posłał matce krzywe spojrzenie. Czemu wszyscy uparli się na jego chorą rękę, pomyślała Hermiona, wycofując się na korytarz i zerkając w prawo. Zauważyła, że na końcu znajduje się pomieszczenie pogrążone w ciemności. Zza okien wpadało mdłe światło werandowej lampy, oświetlając nieco zarys drzwi. Kiedy jednak zdążyła pomyśleć o ewakuacji, usłyszała z salonu głos Snape’a: — Chodź, nie skradaj się.
Zastygła, początkowo przerażona, że odkrył jej obecność. Uśmiechnęła się jednak szeroko, zmuszając się do swobodnego kroku. Weszła niepewnie w głąb salonu, posyłając przepraszające spojrzenie gospodyni.
— Nie chciałam wam przeszkadzać — wyjaśniła pod nosem, a Eileen machnęła nonszalancko ręką i odsunęła się od syna.
— Nonsens — zaśmiała się. Zerknęła przez ramię, słysząc świszczenie czajnika i mruknęła: — Woda się zagotowała.
Wyszła, zostawiając mężczyznę stojącego samotnie przy parapecie dużego, prostokątnego okna zakończonego półokrągłym witrażem. Hermiona podeszła do niego powoli, nie odrywając spojrzenia od beznamiętnej, posągowej twarzy.
— Zmęczony? — spytała zaczepnym tonem. Liczyła, że to poprawi mu humor po rozmowie z matką.
Snape prychnął w odpowiedzi, posyłając jej krzywe spojrzenie.
— Bawisz się we mnie?
Hermiona uniosła brew, uśmiechając się szeroko. Podeszła bliżej, stając obok Severusa i opierając się biodrami o wąski parapet.
— Właściwie tak. Wyszło na moje — mruknęła ciszej, posyłając mu wymowne spojrzenie. Miała rację. Dostała to, czego chciała, podczas kiedy Snape musiał żyć z konsekwencjami. Właściwie powinna czuć wyrzuty sumienia, ale po prawdzie Hermiona nie czuła się z tym źle. Każdy się czasem musi poświęcić, powtarzała sobie.
— Nikt się tego nie spodziewał — stwierdził kwaśnym tonem mężczyzna. Zerknął w dół, wyłapując wymowne spojrzenie panny Granger i jej zaróżowione policzki, które unosiły się w lekkim uśmiechu. — Ale mogło być gorzej.
Hermiona uniosła brew w krótkim, wymownym geście i zerknęła w stronę Eileen, która wracała do nich z niedużym, porcelanowym dzbankiem na herbatę. Z ulgą wróciła do stołu, licząc, że może to pomoże jej zachować umysł skupiony na zadaniu.
— To gdzie teraz mieszkacie? U ciebie, Severusie, tak? — Kobieta była nieugięta. Snape był pewien, że doskonale widziała krzywy uśmiech Hermiony, kiedy zaczęła zadawać niewygodne pytania i że domyśliła się, że nie oznaczało to radości.
— Nadal tam pracujemy — odparł z lekką pogardą. Mimo tego, że ten związek był szyty grubymi nićmi kłamstwa, mężczyzna czuł zawód, że zarówno Minerwa jak i jego własna matka spodziewały się po nim obnoszenia ze swoim życiem uczuciowym w tak ostentacyjny sposób. Chociaż… skoro i tak miały o nim takie zdanie, to może w takim razie powinien utwierdzić je w przekonaniu, że mają rację?
— Staramy się nie łączyć pracy z życiem poza nią — mruknęła Hermiona, przytakując lekko. Wymieniła z Eileen krótkie spojrzenie i uśmiechnęła się, a Snape prychnął pod nosem. — Sporadycznie, rzecz jasna, każdemu się zdarza.
— Sporadycznie — powtórzył dość wymownie Snape, ale kobieta zignorowała jego zaczepkę krótkim, krzywym uśmiechem.
— A twoi rodzice? — spytała nagle Eileen. — Jak zareagowali na wieści?
Hermiona zamarła. Severus szybko dostrzegł zmianę na jej twarzy i zmarszczył brwi, czekając na jej odpowiedź. Był podły. Okrutny. Ciekawość narosła w nim jednak do zbyt dużego stopnia, aby miał teraz ratować ją z opresji.
— Mama była przeszczęśliwa — odpowiedziała gryfonka z szerokim uśmiechem. Ani jednej skazy. Żadnej rysy. Maska, którą przywdziała była idealna, nieskazitelna. — Czekała, aż w końcu znajdę kogoś odpowiedniego — dodała ze śmiechem tak wiarygodnym, że Severus aż zmrużył oczy.
— A tata pewnie nie może się pogodzić, że córeczka wychodzi za mąż — mruknęła rozczulona Eileen, nie mając pojęcia o tym, że drąży dziurę, która skrywa w sobie wyjątkowo nieprzyjemny sekret. Hermiona roześmiała się wesoło, przytakując głową starszej kobiecie i odparła:
— Oczywiście, w dodatku jedyna. To jak cios w serce.
Jej głos kompletnie nie pasował do ust, które je wypowiadały. Mogła się uśmiechać, mogła kłamać jego matce w żywe oczy, ale dla sprawniejszego oka dość jasne było, że kobieta jest bliska płaczu. Snape dostrzegł drobne zmarszczki wokół jej oczu, które pojawiały się, kiedy kobieta mrużyła powieki powstrzymując łzy. Dostrzegł rękę, która podążyła na zapewne ściśnięty z nerwów żołądek. Czuł pod stołem, że jej noga zaczęła lekko drżeć, co kobieta próbowała zamaskować kładąc na nich dłonie. Nie pomogło.
— Pamiętam, jak mój ojciec zareagował na wieści o ślubie — zaśmiała się Eileen. Severus przeniósł spojrzenie na matkę, ponownie marszcząc brwi. Czuł, że czoło aż boli go od czasu, jaki spędził mając tę minę. — Oczywiście urządził wielką awanturę, że nie wiem co robię i marnuję sobie życie.
To absolutnie nie była jego wina. Okazja po prostu sama się nadarzyła.
— Trzeba było słuchać — zakpił Snape. Starsza czarownica posłała mu smutne, zmęczone spojrzenie. Pełne wyrzutu, niewypowiedzianego bólu i troski.
— Wtedy nie siedzielibyśmy tu wszyscy — odparła, odwracając twarz ku Hermionie i sięgając po jej dłoń. Młoda kobieta zastygła w bezruchu, czując skórę kobiety na swojej, kiedy Eileen mocniej zacisnęła dłonie. — Chyba było warto. — Severus powstrzymał prychnięcie, ograniczając się do wrogiego spojrzenia, które złagodniało nieco, kiedy do mężczyzny dotarł sens słów matki. Siedział bez ruchu, wpatrując się w jej ciemne oczy, które lawirowały pomiędzy nim, a siedzącą naprzeciw Hermioną. Oczy pełne nadziei. Cholera, pomyślał. — Przepraszam.
Eileen dość niespodziewanie podniosła się z krzesła i wyszła z salonu, kierując się ku kuchni. Hermiona odprowadziła ją wzrokiem, a kiedy drobna postać kobiety zniknęła, spojrzała w stronę Severusa. Poczuła nagły skurcz w podbrzuszu i skrzywiła się, marszcząc brwi. Za wszelką cenę próbowała odpędzić twarz matki, która stanęła przed jej oczami i zamiast blaknąć, stawała się coraz wyraźniejsza. Jasnobrązowe tęczówki były tak blisko, ona była tak blisko… Na wyciągnięcie ręki…
Severus wyłapał jej rozmyte spojrzenie i zmarszczył brwi, widząc jak kobieta podnosi się i wychodzi bez słowa. Coś w tym, co zostało powiedziane najwyraźniej obudziło w niej tę część wspomnień, która nie należała do przyjemnych. Zostawiła go samego, jednak on nie zamierzał zmieniać tego stanu rzeczy. Odetchnął, czując błogi spokój ogarniający jego ciało. W końcu. Przez moment zupełnie nie myślał o matce, która krzątała się po kuchni, ani o Granger i jej problemach. Przymknął powieki, chłonąc ciszę przyjemnie kojącą jego zmysły. Zastanawiał się, dlaczego nie czuje się tak źle i niekomfortowo, jak zakładał. Dlaczego nie jest tak zirytowany, jak przypuszczał. Sądził, że towarzystwo matki i świąteczny nastrój, który skłania do refleksji będzie przyprawiał go o ból głowy, tymczasem jego przytyk był bardziej wynikiem nawyku, niż autentycznej złośliwości. W zasadzie chwila odpoczynku od Hogwartu, codziennych obowiązków i monotonii nie była taka najgorsza.
Musiała zostać jednak zepsuta, inaczej nie byłoby to życie Severusa Snape’a. Eileen wróciła do salonu i zerknęła pytająco na puste miejsce Hermiony. Usiadła na krześle, posyłając synowi przelotne spojrzenie. Widział, że chciała coś powiedzieć. Ugryzła się w język, marszcząc brwi i chwilę siedząc w absolutnej ciszy. Przypominali dwa posągi — zaklęte w czasie, kompletnie nieruchome. Nie patrzyli na siebie, choć zerkali w swoją stronę co jakiś czas. Mimo, iż nie czuli dyskomfortu wisiało nad nimi coś, co musiało zostać powiedziane. Nie wiedzieli jednak co to było, ani kto powinien to powiedzieć. W pewnym momencie starsza kobieta sięgnęła po filiżankę wciąż ciepłej herbaty i upiła z niej łyk, a dźwięk naczynia odstawianego na porcelanową podstawkę przykuł uwagę Severusa. Posłał matce krzywe spojrzenie, marszcząc brwi.
— Cieszę się, że zdecydowałeś się na te oświadczyny — powiedziała nagle Eileen. W odpowiedzi otrzymała wyjątkowo nieprzyjazne, wręcz złowrogie spojrzenie. Zaśmiała się i rozsiadła wygodniej, kontynuując spokojne sączenie herbaty.
— Dobrze wiedzieć — odparł. Liczył, że matka nie zamierza poruszać żadnych emocjonalnych nut. Ponownie jednak, jego życzenie nie zamierzało się spełnić.
— A ty? — Snape zmarszczył brwi. — Cieszysz się?
— Co to za pytanie? — spytał, nie do końca rozumiejąc intencje matki. Eileen uśmiechnęła się, kręcąc głową i zerkając przez ramię na przejście do korytarza.
— Masz rację — przyznała kobieta. — Hermiona to dobra dziewczyna. Widzę, że jesteś z nią szczęśliwy. Spokojny.
Severus zmarszczył brwi, czując podświadomie jakie słowa zaraz usłyszy.
— Tylko nie mów mi, żebym nie zmarnował takiej okazji — mruknął kwaśno.
Eileen zaśmiała się pod nosem, przyglądając się synowi uważniej.
— Nie zamierzałam — odparła. — Wiem, że jesteś tego świadomy. — Ciemne oczy Snape’a podniosły się na matkę, której spojrzenie czujnie badało jego twarz. Zdał sobie sprawę, że kobieta mówiła poważnie i oczekiwała od niego potwierdzenia. Zmrużył oczy, zaciekawiony co skłoniło ją do takiej wylewności. Ich dotychczasowe spotkania, zanim dowiedziała się o istnieniu kogoś takiego jak Hermiona Granger, polegały głównie na suchych pogawędkach o niczym. Nie były obfite w słowa ani uczucia. Ale odkąd młoda gryfonka wkroczyła do jego życia, ta sytuacja uległa zmianie. Eileen odzyskała nadzieję na to, że będzie mieć rodzinę i Snape zbyt dobrze widział to w jej oczach. Kiedy dowiedziała się o ślubie, uśmiechnęła się w sposób, którego Severus nie pamiętał. Oczami wyobraźni widział również grymas goryczy i zawodu na twarzy matki, kiedy to wszystko runie niczym domek z kart. — Idź do niej. Sprawdź, czy wszystko w porządku.
— Jest dorosła, poradzi sobie — odparł pod nosem Snape, krzyżując ramiona w nieco dziecinnym geście. Eileen uniosła brew i posłała synowi wymowne spojrzenie.
— Jest również twoją narzeczoną — przypomniała mu, uśmiechając się lekko. — Widziałam przecież, że coś ją zdenerwowało.
A co z rzeczami, które mnie denerwują?, pomyślał Severus, wywracając oczami.
— Nawet jeśli, to ani ja, ani Hermiona nie lubimy jak inni wtrącają się w nasze sprawy — powiedział, tym razem kładąc nieco większy nacisk na swoje słowa. — Włączając to w nas samych.
Starsza czarownica, zgodnie z przypuszczeniami, nie zamierzała jednak odpuścić.
— Troska to nie wtrącanie się, Severusie. Jeśli Hermiona ma jakiś problem, to wierz mi — Eileen zmarszczyła brwi, a Snape zauważył, że jej nozdrza lekko drgnęły — będzie ci wdzięczna, że próbujesz ją odciążyć. — Na moment w pomieszczeniu zapadła cisza. Mężczyzna wpatrywał się w swoją matkę wściekle i z wyrzutem, że mimo, iż nie mają dobrych stosunków poczuła, że ma prawo mówić mu, jak ma postępować z własną „narzeczoną”. — Nikt nie lubi zostawać sam ze swoimi problemami.
Dlatego właśnie Snape miał problem z takimi ingerencjami — różniły się podejściem. Kiedy Granger próbowała pomóc mu rozwiązać problem w relacji z matką, pierwszy raz kiedy pojawili się na Spinner’s End, chciała narzucić mu swoje rozwiązanie problemu, które kłóciło się z efektem, jakiego oczekiwał uzyskać Severus. Doceniał, że Hermiona próbowała, jak to ujęła jego matka, „odciążyć” go z problemów, ale wolał wdrożyć swoje sposoby — a właściwie ich brak — niż podążać jej sugestiami. Wiedział, że zakłócenie jej spokoju teraz, kiedy najwyraźniej chciała swoje problemy rozwiązać w samotności, byłoby czystym objawem hipokryzji.
— Akurat po tobie spodziewałem się usłyszeć co innego — mruknął, kręcąc głową. Wiedział, że Eileen nie odpuści i koniec końców będzie zmuszony do znalezienia Granger w celu sprawdzenia jej stanu. Westchnął, mentalnie przygotowując się na czekające go zadanie.
— W dodatku wyszła na zewnątrz bez płaszcza — dodała czarownica, wymownie poruszając brwiami. Severus przymknął powieki, nie wiedząc, czy wypada mu wyśmiać stwierdzenie matki.
— Dobrze, wystarczy — powiedział, podnosząc się z krzesła. Poprawił górę surduta i poluzował nieco guzik przy szyi, czując, że uwiera jego skórę. O ile w szkole trzymał fason, tak w domu, podczas przerwy świątecznej nie zamierzał przed nikim udawać. Oczywiście poza jego matką, Minerwą, Molly i całą rodziną Weasleyów. W pewnej chwili zdał sobie sprawę, że musi dorzucić tam również Hermionę. W końcu dopuścił do tego, że musi udawać absolutną obojętność jej obecnością. — Przyprowadzę ją i wrócimy do Hogwartu.
Eileen zmarszczyła brwi, a Severus dostrzegł przemykający przez jej twarz smutek. Odchrząknął, obchodząc stół i przywołał z korytarza dwa płaszcze. Posłał matce spojrzenie przez ramię, dostrzegając, że kobieta nawet nie patrzy w jego stronę. Ruszył korytarzem ku drzwiom wyjściowym na werandę, po drodze narzucając na ramiona płaszcz. Wyjście prowadziło na ogród, chociaż Severus zawsze miał problem z nazywaniem gołej, zimnej przestrzeni w ten sposób. Jego matka nigdy nie miała ręki do kwiatów, krzewów ani niczego, co wymagało opieki i troski. Dotyczyło to niestety również Severusa, chociaż on — w przeciwieństwie do roślin — potrafił sobie poradzić. Nie miał pojęcia skąd pochodził jego zapał do ziół, eliksirów i komponowania mikstur, ale z pewnością nie odziedziczył go po matce.
Drzwi skrzypnęły, kiedy Snape je uchylił, a Hermiona odwróciła się, słysząc nagły dźwięk. Severus stanął w drzwiach i zlustrował ją bacznym spojrzeniem. Przeszedł na werandę, zamykając za sobą drzwi i powoli zbliżył się do Hermiony, która nie spuszczała z niego wzroku. Nie powiedział nic. Ani jednego słowa. Stanął przed nią i zmarszczył brwi, a kiedy kobieta podniosła na niego spojrzenie zauważył, że płakała. Jej oczy lśniły w mdłym świetle kaganka zawieszonego na drewnianym filarze, a nos i policzki zaczerwieniły się pod wpływem emocji. Wyciągnął rękę, delikatnie narzucając płaszcz na ramiona Hermiony. Naciągnął jego drugi koniec, otulając ciało kobiety, która uśmiechnęła się pod nosem.
— Dziękuję — mruknęła po chwili, wsuwając zmarznięte ramiona w rękawy. Westchnęła, kiedy dreszcz wstrząsnął jej ciałem, które najwyraźniej nie czerpało takiej przyjemności z przebywania na zewnątrz, jak umysł Hermiony.
— Nie masz za co — stwierdził Snape gorzko, odwracając się bokiem i opierając ramiona na drewnianej poręczy. — To prezent dla nas obojga.
Młoda kobieta zaśmiała się, przyłączając się do swojego towarzysza bez słowa. Stanęła obok, obserwując księżyc wysoko wiszący na nieboskłonie i chmury, które leniwie poruszały się obok niego. Drobny śnieg, który sypał się znad ich głów opadał wolno na ziemię, osiadając w coraz większych skupiskach na całej powierzchni ogrodu. Pomimo obecności Severusa Hermiona czuła, że nie potrafi powstrzymać napływu wspomnień, których przeżywanie dość niespodziewanie przerwało jej pojawienie się mężczyzny. Nie chciała tego, zwłaszcza teraz, kiedy to Snape miał być świadkiem pokazu jej rozpaczy i bezsilności.
— Przykro mi, że musisz tu być — szepnęła nagle, chcąc odsunąć myśli od twarzy rodziców, którzy uśmiechali się do niej ilekroć przymykała powieki. — Improwizowanie najwyraźniej ma też swoje wady.
— Stało się, Granger — powiedział równie cicho Severus. Niski, gardłowy głos przyciągnął uwagę Hermiony, która czepiała się wszystkiego, co nie było nieprzyjemnym wspomnieniem. — Każdy się czasem musi poświęcić.
Młoda kobieta chwilę patrzyła na jego posągowy wyraz twarzy i zastanawiała się jak to możliwe, że pod tyloma względami ona i Snape są tacy sami. Jak to możliwe, że wcześniej nie dostrzegła żadnego podobieństwa. Jak mogła myśleć, że jest tak inna od niego, podczas kiedy mężczyzna kolejny raz udowodnił, że jego poglądy i zachowanie wcale nie różnią się tak bardzo od jej własnych opinii i czynów? Nawet to, w jakiej sytuacji się znaleźli dobitnie to pokazywało — ona uciekająca przed emocjami, chowająca się w zaciszu swoich własnych myśli. Z dala od innych ludzi, nawet z dala od niego. A ledwie kilka miesięcy wcześniej sama wyrzucała mu, że to on boi się przyznać do swoich uczuć względem przeszłości. Hipokrytka.
— Każdy też czasem musi odpocząć — dodała po chwili. Snape uniósł kącik ust ledwo widocznie i zerknął kątem oka na kobietę, która pustym wzrokiem patrzyła przed siebie. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek widział kompletny brak emocji na jej twarzy i nie podobał mu się ten widok. Czuł dziwne uczucie niezrozumiałej pustki, kiedy nie do końca wiadomo, czego brakuje; zupełnie jakby zaginął ostatni element układanki.
— Chcesz wracać?
Zaskoczył ją tym pytaniem. Zaskoczyło ją to, że brzmiał, jakby naprawdę chciał wiedzieć. Jakby nie brał pod uwagę tego, co trzeba i co oboje wiedzieli, że muszą zrobić. Chciał wiedzieć, czego chciała. Hermiona spojrzała na niego, marszcząc brwi.
— Nie chcę wracać do siebie — szepnęła tak cicho, że gdyby Severus nie spoglądał co chwila na jej wargi, nie wiedziałby co powiedziała. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał i nie wiedział, jak powinien się zachować. Wyraźnie potrzebowała towarzystwa. Musiała zdać sobie sprawę, że samotność nie jest do końca tym, czego potrzebowała. Krótka chwila, kiedy zostawił ją samą najwidoczniej miała na nią większy wpływ, niż przypuszczał. Skinął głową, niemo zgadzając się na propozycję kobiety, której ta nawet nie zdążył złożyć. Był skłonny, po ciężkim dniu przebywania w towarzystwie głośnych, natarczywych osób, żeby spędzić trochę czasu w przyjemnie odprężającym otoczeniu kogoś takiego jak Granger.
— Zaproponowałbym kawę, ale Różyczka dostała wychodne — mruknął, licząc, że to nieco rozweseli młodą kobietę. Zgodnie z życzeniem, usta Hermiony wykrzywiły się w słabym, ale pewnym uśmiechu. Odwróciła się dostrzegając, że opad śniegu nasilił się, a płatki sypały się z nieba tak gęsto, że niemal tworzyły przed nimi ścianę. Snape nie odrywał spojrzenia od twarzy gryfonki, która rozświetliła się nieco, kiedy kobieta ponownie uśmiechnęła się pod nosem.
— Wiem, jak dostać się do kuchni — odparła, a w jej głosie Snape usłyszał rozbawienie. Prychnął, zerkając na obfite płatki śniegu, które utworzyły spore zaspy na niewielkim, prostokątnym kawałku ziemi za domem, a także przysypały ławkę i stół stojące w tyle. — Sami chyba sobie poradzimy ze zrobieniem kawy, prawda?
— Całe szczęście nie opieram powodzenia tej misji na twoich umiejętnościach — zakpił Severus. I to był element układanki, którego brakowało. Orzechowe oczy Hermiony zalśniły, kiedy podniosła na niego spojrzenie, a jej usta ułożyły się w szeroki, wesoły uśmiech. Mężczyźnie z trudem przyszło przyznanie, że tęsknił za tym widokiem.
— Wracajmy — mruknęła, odpychając się od poręczy. Severus ruszył do drzwi, otwierając je i przepuszczając Granger przodem. Zauważył, że uniosła kącik ust i zarumieniła się, jednak nie dałby sobie uciąć ręki, że wzrok go nie oszukał. Oświetlenie w tej części werandy nie było wystarczająco dobre, aby mógł to stwierdzić ze stuprocentową pewnością. — Ale tym razem błagam, teleportujmy się jak ludzie — poprosiła Hermiona, kiedy byli u schyłku korytarza. Snape prychnął pod nosem, przypominając sobie żenującą rozmowę tuż przed wyjściem od Weasleyów.
— To dla dobra dziecka, pamiętaj — zakpił cicho, widząc że kobieta odwróciła się przez ramię posyłając mu rozbawione spojrzenie.
— Dziecku nic nie będzie, gwarantuję ci to — prychnęła Hermiona. — Nie zniosę gniecenia się w kominku po raz kolejny.
— Jak sobie życzysz. — Snape zdążył kątem oka zauważyć postać w salonie, która zbliżyła się ku nim. Nie zareagował jednak w porę i słowa, które wypowiedział opuściły jego usta zdecydowanie za szybko. — Wszystko dla matki mojego potomka.
To miał być żart. Cholerny żart. Ale Eileen Snape tego nie wiedziała.
Westchnęła zachwycona, kiedy tylko do jej uszu dotarło słowo „dziecko”. Hermiona i Severus odwrócili się w jej stronę przypominając dwa zastygłe głazy. Oboje równie zaskoczeni, co zaniepokojeni. Wiedzieli, że słowa Severusa były wyjątkowo wymowne dla osoby nieznającej kontekstu żartu.
— Severusie — szepnęła, uśmiechając się.
— Chodź, zanim na dobre się rozklei — mruknął porozumiewawczo Snape, a Hermiona zaśmiała się nerwowo. Nie umiała jednak zrobić ani jednego kroku.
— Nie ma mowy, nigdzie się nie wybieracie — zaprotestowała Eileen. Młoda gryfonka zmarszczyła brwi, czując znajome uczucie bezradności. Kolejna sytuacja zmierzała ku temu samemu zakończeniu. W której ona i Severus nie mają nic do powiedzenia. — Kochanie, nie pozwolę wam podróżować nocą i to w dodatku…
Odruchowo sięgnęła dłonią do brzucha Hermiony, nie dotykając go jednak. Młoda kobieta niemal bezwarunkowo zrobiła to samo — podniosła rękę, kładąc dłoń na swoim brzuchu i mocno zaciskając palce na twardym materiale kamizelki.
— To całkowicie bezpieczne. — Stanowczy, niski głos Severusa przerwał ciszę, jaka zapadła w pomieszczeniu i przyciągnął spojrzenie ciemnych oczu Eileen. Kobieta zmierzyła syna bacznym, zaciekłym spojrzeniem i zmarszczyła cienkie brwi.
— Nie skazuj mnie na zamartwianie się o was, Severusie — poprosiła. Hermiona uchyliła usta wiedząc, że ostatnie na co mężczyzna zareaguje to emocjonalny szantaż. Ciekawiło ją jednak, co zrobi. Zerknęła przez ramię na Snape’a, który patrzył w stronę swojej matki wściekle i marszczył ze zdenerwowaniem nos. — Hermiono, proszę.
Słysząc swoje imię gryfonka zastygła, posyłając w stronę starszej czarownicy błagalne spojrzenie. Przecież jej nie odmówi. Nie powie „nie”, bo jak? Miałaby zdeptać nadzieję, jaka pojawiła się w ciemnych oczach? Cholera jasna. Brak dalszej dyskusji stanowił w opinii Eileen potwierdzenie. Skinęła parze głową, wychodząc z salonu zanim którekolwiek z nich zdążyło coś powiedzieć. Stali tam kpiąc z przewrotności losu — dwójka najbardziej wygadanych, zawsze broniących swoich racji ludzi nie potrafiła sprzeciwić się starszej kobiecie.
— Cholera — zaklął Snape, odwracając się i podchodząc do okna. Spojrzał na pogrążony w ciemności widok za szybą, a Hermiona podążyła jego śladem i opadła na parapet, wzdychając ciężko.
— Powinniśmy zostawiać takie rozmowy dla siebie — mruknęła. Zerknęła przez ramię na Severusa, którego szczęka uwydatniła się pod wpływem mocnego zgryzu. — Wszystko w porządku?
Wiedziała, że nie powinna pytać jednak liczyła, że z uwagi na sytuację, w jakiej się znaleźli, Snape nie zachowa się jak pięciolatek i nie fuknie na nią wściekle.
— Jeśli pytasz o to, co próbowałaś podsłuchać — zaczął, unosząc nieco brew — to zdecydowanie mogło pójść gorzej.
— Czyli doszliście do porozumienia?
Kretynka. Czemu nie potrafiła po prostu zamknąć buzi na kłódkę? Usłyszała krzątanie się Eileen na piętrze i zmarszczyła brwi, zerkając przelotnie w stronę schodów.
— Nie, Granger — powiedział niespodziewanie cicho Snape. Posłał jej takie spojrzenie, że kobieta aż zdębiała. Spojrzenie, które powinno ją przerazić, sparaliżować, a które w zamian spowodowało, że zmalała pod nim, chcąc błagać, aby częściej ją tak nazywał. — Nie zrozumiesz tego. Moja relacja z matką… — Zamilkł na chwilę, zmuszając Hermionę, aby uniosła pytająco brew. — Jest taka, jaką oboje chcemy, żeby była. Każde jest zadowolone, niech to ci wystarczy.
Jaka ona była głupia. Jaka naiwna i jaka… Idiotka. On wcale nie chciał niczego naprawiać. Dlaczego… Hermiona uchyliła usta, czując niespodziewany natłok myśli. Dotarło do niej, co próbowała zrobić i jak bardzo myliła się w swojej racji. Usłyszała nagle kroki ze strony schodów i chwilę później w salonie pojawiła się Eileen. Posłała parze stojącej pod oknem przyjazny uśmiech, składając dłonie przed sobą.
— Przyszykowałam wam pokój gościnny na górze — powiedziała, marszcząc brwi, kiedy dostrzegła, że Severus patrzy na nią spod byka. — Nie krzyw się tak. To niczego nie zmieni.
Słysząc swoje własne słowa padające z ust jego matki, mężczyzna uniósł kącik ust i prychnął pod nosem, wzruszając gniewnie ramionami. Mógł być uparty, ale nie był głupi. Wiedział, że ta cecha pochodziła od Eileen, więc kłótnia z nią nie miała absolutnie żadnego sensu. Wyszedł, bez słowa i bez żadnego ostrzeżenia. Zostawił Hermionę mocno skonsternowaną; kobieta nagle poczuła, jakby straciła grunt pod nogami.
— Dziękujemy, pani Snape — powiedziała cicho, uśmiechając się pod nosem.
— Eileen, proszę.
Ciemne oczy zwróciły się ku niej z radością. Młoda kobieta skinęła jedynie głową i przeprosiła kobietę, ruszając za Severusem. Słyszała, że wspiął się na piętro i spodziewała się zastać go w pokoju gościnnym. Inaczej nie będzie umiała sobie znaleźć miejsca.
— Severusie? — Uchyliła lekko drzwi, widząc mężczyznę stojącego pod przestronnym, półokrągłym oknem.
— Zamknij drzwi — poprosił. W jego głosie słychać było gniew, który starał się maskować dla dobra swojej towarzyszki. Wyciszył pomieszczenie i nieco zbyt agresywnie schował różdżkę do kieszeni spodni. Posłał Hermionie przelotne spojrzenie i dodał: — Poczekamy, aż zaśnie.
Młoda kobieta uniosła brew i przyjrzała się Severusowi nieco rozbawiona.
— Nie będziemy uciekać stąd jak przestępcy — zakpiła, podchodząc bliżej kanapy. Przysiadła na niej, krzyżując nogi i mocno obejmując się ramionami. Snape prychnął, wywracając oczami, ale nie powiedział ani słowa.
Obszedł kanapę, po chwili wracając na swoje miejsce i ponownie spojrzał na Hermionę. O czym myślała? Nie wiedział. Czy chciał? Też nie wiedział. Zauważył, że kobieta przymknęła powieki, a jej ciałem wstrząsnął lekki dreszcz. Zmarszczył brwi i podszedł do kominka, ponownie wyciągając różdżkę.
— Incendio — mruknął, kucając przed paleniskiem. Płomienie buchnęły dość niespodziewanie, a Hermiona jak zaklęta wpatrzyła się w nie ponad ramieniem Snape’a. Obserwowała, jak lizały rozłożone na ziemi konary i jak sunęły po nich, chwytając się każdego cala ich powierzchni.
Snape przysiadł obok Hermiony, rozpinając guzik kamizelki, która nieco już drażniła jego ciało. Nie czuł się na tyle komfortowo, aby w obecności Granger pozbawiać się odzieży, choć faktem było, że młoda kobieta i tak widziała go półnagiego. W nieco niekomfortowej, niedogodnej sytuacji i ze zdecydowanie gorszej perspektywy.
— Zmęczony? — spytała Hermiona zaczepnie.
Snape prychnął, wywracając oczami.
— Rola zatroskanego narzeczonego jest już zajęta, Granger — zakpił. Znów zrobił to takim tonem, że młoda gryfonka odruchowo spięła się, mocniej zaciskając uda.
— Wybacz. Chciałam nieco rozluźnić atmosferę — odparła przepraszająco, na co Severus zaśmiał się pod nosem, kręcąc pobłażliwie głową.
— Mogło być gorzej — stwierdził.
Po raz kolejny błahe słowa wywołały na twarzy Hermiony piękny, szeroki uśmiech. Wgłębienia w jej policzkach uwydatniły się, kiedy podniosła na Snape’a spojrzenie, które właściwie nie wymagało od niej żadnego słowa wyjaśnienia.
— Na przykład? — spytała, unosząc brew.
— Mogliśmy być zmuszeni spać w Norze — wyjaśnił Snape.
Tym razem to Hermiona się zaśmiała.
— To byłaby tragedia. Pewnie całą noc ktoś kręciłby się nam pod drzwiami — stwierdziła. Odwróciła spojrzenie, wpatrując się w buszujące po palenisku płomienie, które pożerały drewno stojące na jego drodze. Kominek dawał względne poczucie ciepła, zwłaszcza, kiedy pochylało się ku niemu i wystawiało dłonie w pobliże ognistych języków.
— Jedną kolację zniosłem, ale śniadania nie dałbym rady — stwierdził Snape. Ciężko było się z nim nie zgodzić. Hermiona oparła się wygodniej na kanapie, ciesząc zmysły spokojem i cichym trzaskaniem pękającego drewna. Przymknęła oczy, dając wytchnienie zmęczonym powiekom i uśmiechnęła się pod nosem.
Nie czuła zupełnie potrzeby, żeby miała cokolwiek mówić. Cisza z nim była tak przyjemna, tak odprężająca, że kobieta na dłuższą chwilę zapomniała gdzie się znajduje. Jej umysł nagle stał się pusty — dźwięki echa przeszłości zniknęły, dając Hermionie chwilę wytchnienia. W końcu była tylko ona. Sama we własnej głowie.
Szczęśliwa, że może na moment odetchnąć Hermiona otworzyła oczy i zerknęła na Severusa. Odszukała jego ciemne oczy, które utkwione były w palenisku i uniosła kącik ust. Nie wiedziała co — elegancki strój, sposób, w jaki siedział czy może w jaki poruszał dłońmi — coś jednak przykuło jej uwagę. Nie pozwoliło odwrócić wzroku. Kobieta uchyliła usta, wiedząc, że jeśli Snape ją przyłapie, zrobi to w absolutnie najgorszym możliwym momencie. Zrozumiała jednak szybko, że było jej to absolutnie obojętne.
— Byłam strasznym wrzodem na dupie, kiedy zaczęliśmy to wszystko — powiedziała nagle. Zmarszczyła brwi, nie do końca rozumiejąc skąd wzięła się w niej nagła potrzeba rozmowy. Snape również zmarszczył brwi, zaskoczony tym, co usłyszał. Chciał jednak wiedzieć, co jeszcze Granger ma mu do powiedzenia. — Przepraszam.
Nie, pomyślał. Zdecydowanie nie tego się spodziewał.
— A przypomniałaś sobie o tym, ponieważ…?
Severus uniósł brew, zerkając pytająco na swoją towarzyszkę. Uśmiechała się słabo, przekrzywiając lekko głowę w kierunku oparcia. Była zmęczona. Zbyt dobrze naoglądał się jej, żeby tego nie zauważyć.
— To, co powiedziałeś… — zaczęła, odwracając spojrzenie ku palenisku. — O tym, że wasza relacja jest taka, jaką oboje chcecie, żeby była. — Zawahała się, ale Snape nie przerwał jej, czekając cierpliwie, aż zbierze słowa. — Faktycznie niepotrzebnie pchałam się do twojego życia.
Mała hipokrytka, pomyślał mężczyzna. Prychnął, posyłając Granger krzywe spojrzenie.
— Próbowałaś naprawić coś, co nie wymagało naprawy — odparł. Sam nie wiedział właściwie po co. Dlaczego chciał kontynuować rozmowę, w dodatku się w nią angażując? To ona. Zerknął na Hermionę, marszcząc przy tym brwi. Była taka… spokojna. Koiła nerwy. Łagodziła ból.
— Miałam dobre intencje — stwierdziła kobieta, uśmiechając się półgębkiem. Oparła tył głowy na oparciu kanapy, czując, że jej ciało powoli poddaje się senności. — Po prostu… chyba nie ciebie chciałam ratować.
— Kogo w takim razie chciałaś ratować?
Zadrżała, słysząc jego pytanie.
— Siebie — szepnęła, otwierając oczy i patrząc prosto w sufit. Poczuła ogromną, przeraźliwie suchą gulę w gardle, jednak nie dała poznać, że cokolwiek się z nią działo. Nie zdradziła się płaczem, który stłumiła w piersi ani drżącymi dłońmi, które wcisnęła pod uda. — Myślałam, że skoro ja czegoś pragnę, to ty pewnie też musisz…
Dopiero wypowiedziawszy je na głos zrozumiała, jak dwuznaczne okazały się jej słowa. Severus domyślił się jednak, o czym mówi kobieta i zmarszczył brwi. Co ukrywasz? Co zrobiłaś?
— Czego pragnęłaś? — zapytał, a jego głos okazał się o wiele bardziej zachrypnięty, niż podejrzewał.
Hermiona odwróciła głowę, posyłając mu spojrzenie, które sugerowało, że czegoś się boi.
— Chciałam zrobić dla ciebie to, czego nie umiałam zrobić dla siebie. — Hermiona spuściła spojrzenie, przyglądając się swoim dłoniom. Mocno zaciskała palce, czując drętwienie mięśni. — Naprawić twoją rodzinę.
Severus zmarszczył brwi, przyglądając się tężejącym mięśniom przy ustach kobiety i drgającym nerwowo nozdrzom. Nie wiedział, czy chce zadać pytanie, które pojawiło się w jego głowie. Nie był pewien, czy ona jest gotowa na nie odpowiedzieć.
— Co się stało z twoimi rodzicami, Granger? — spytał, obserwując jak na twarz Hermiony wypływa przerażenie. Podniosła na niego wielkie oczy, w których od razu rozpoznał znajomy wyraz — winę.
Kobieta zadrżała, czując skurcz w żołądku. Wiedziała, że przyszedł moment, w którym nie może dłużej być hipokrytką. Ona, w przeciwieństwie do Snape’a, potrzebowała wyrzucić z siebie emocje od czasu do czasu. Dlaczego nie czuła strachu?
— Wiem, że miałam tego nie mówić, ale to długa historia — stwierdziła kobieta nieco zaczepnym tonem, który zaskoczył Severusa. Po jej pierwszej reakcji spodziewał się odtrącenia, ale Hermiona najwyraźniej potrzebowała tego bardziej, niż była skłonna przyznać. — Naprawdę chcesz ją usłyszeć?
Chciał? Trochę. Ale jeśli to było to, czego ona potrzebowała, był skłonny się poświęcić.
— Zważ, że to ja pierwszy zadałem pytanie — mruknął wymownie.
Kobieta uśmiechnęła się, licząc, że uśmiech doda jej otuchy, aby mogła powiedzieć Severusowi prawdę o tym, co stało się z jej rodzicami. Była gotowa mu to wyjawić już od jakiegoś czasu. Zdała sobie sprawę, że z jakiegoś powodu chciała, aby o tym wiedział. Z jakiegoś powodu nie obawiała się, że akurat on ją wyśmieje. Poczuła się źle, że ufała mu bardziej niż przyjaciołom.
— To się zaczęło jeszcze przed wojną — zaczęła cicho. Oparła łokcie na udach i pochyliła się do przodu, splatając palce dłoni przed sobą. — Kiedy wiedziałam już, że trzeba będzie znaleźć i zniszczyć wszystkie horkruksy, musiałam znaleźć sposób, żeby rodzice byli bezpieczni. Nie mogłam pójść z Harrym dopóki oni… — Kobieta zawahała się, czując kolejny skurcz w żołądku. — Musiałam znaleźć sposób, żeby ich chronić.
— Przed śmierciożercami — dodał Snape nieco machinalnie.
Hermiona posłała mu krzywe spojrzenie, marszcząc dość mocno brwi. Skinęła głową, odganiając od siebie nieprzyjemne wspomnienia.
— Nie chodziło tylko o to, żeby rodzice mnie przed nimi nie wydali — powiedziała nagle kobieta, przełykając ślinę. — Chciałam, żeby ich w ogóle nie znaleźli.
— Ukryłaś ich? — spytał Severus, zerkając na nią z ukosa. Nie spodziewał się zobaczyć na jej twarzy uśmiechu.
— Coś w tym stylu — odparła. Uśmiech zbladł w przeciągu sekundy, która trwała dla mężczyzny zdecydowanie zbyt długo. Intrygowała go paleta emocji, jaka malowała się na twarzy Hermiony. — Uznałam, że ukrycie ich gdzieś daleko, na innym kontynencie, będzie zdecydowanie bezpieczniejsze niż chowanie ich w jakichś bunkrach czy na wsi.
Snape prychnął, słysząc zarówno jej słowa jak i ton, jakim je wypowiedziała. Hermiona posłała mu rozbawione spojrzenie, w którym jednak czaił się smutek. Powoli, ale sukcesywnie przejmował zarówno jej wzrok jak i głos, który z każdą chwilą łamał się coraz bardziej. Kobieta próbowała jednak zachowywać pozory, żeby nie rozkleić się od razu przy początku historii.
— I co wymyśliłaś?
Snape zauważył, że Hermiona wcisnęła drżące dłonie pomiędzy skrzyżowane uda, a spódnica opięła jej nogi, dość wyraźnie uwydatniając szczupłe kolana.
— Że dam im zupełnie nowe życie — powiedziała. Słysząc gorycz i przenikliwą tęsknotę w jej głosie, mężczyzna zmarszczył brwi, ponownie kierując na nią spojrzenie ciemnych oczu. — Wymazałam siebie z ich pamięci i wmówiłam im, że chcą wyjechać do Australii. Że to ich marzenie. Życiowy cel. — Jej głos nagle stał się niesamowicie spokojny. Pusty. Młoda kobieta zamrugała kilka razy, oddychając głęboko i spojrzała na Severusa, odnajdując jego oczy. — Wynajęłam mężczyznę, który miał załatwić wszystkie formalności i nowe tożsamości dla rodziców. Wendell i Monika Wilkins — prychnęła, spuszczając spojrzenie. Jej wargi zacisnęły się, tworząc prostą linię. Dłuższą chwilę składała słowa, ale Snape nie zamierzał jej popędzać. Widział, że możliwość zwierzenia się działa na nią dobrze. — To był taki dobry plan… — szepnęła.
— Więc co się stało? — zapytał mężczyzna, unosząc brew. — Nie odnalazłaś ich po wojnie?
Hermiona zaśmiała się pod nosem nieco nerwowo, a nieco pobłażliwie.
— Och, odnalazłam — odparła. Uśmiech chwilę majaczył na jej wargach, które spuchły i poczerwieniały od mocnego zaciskania. — Choć nie było to łatwe. — Prychnęła pod nosem, kręcąc głową, jakby karciła się w myślach. — Właściwie to nic tam nie było łatwe. — Severus zmrużył oczy, wyczuwając gorycz w jej słowach. — Ten facet bardzo dobrze ich ukrył. Specjalnie umówiliśmy się, że nie będę wiedzieć, gdzie ich skieruje w razie… — Hermiona zawahała się. — W razie, gdybym została złapana nic im nie groziło. Kiedy po wojnie chciałam go odnaleźć, żeby powiedział mi gdzie są… Okazało się, że przestał być kontaktem. Co uczyniło odnalezienie ich nie lada wyzwaniem, możesz sobie zresztą wyobrazić — dodała nieco wymowniejszym tonem. Uniosła brew, posyłając Severusowi kwaśny uśmiech.
— Ile ci to zajęło? — spytał zaciekawiony mężczyzna. Tym razem to Hermiona zmarszczyła brwi. Nie była to reakcja, której się spodziewała, ale i nie była zawiedziona.
— Ponad półtora roku — wyznała. Uśmiechnęła się gorzko i dodała wymownym tonem: — Znalazłam ich tuż przed świętami, ponad rok po wojnie.
Severus zaczynał powoli zrozumieć korelacje pomiędzy rodzicami kobiety, świętami i tym, dlaczego ten okres wywoływał w niej tyle emocji.
— Więc dlaczego nie przywróciłaś im pamięci?
Domyślił się, że tego nie zrobiła. Domyślił się, że wydarzyło się coś, co było powodem, dla którego Granger musiała teraz się ratować od samotności, zamiast spędzać czas z rodziną.
— Nie umiałam — wyszeptała kobieta. Severus odnalazł jej spojrzenie w porę, aby spostrzec kilka łez, które przetoczyły się po jej policzku. Trzęsła się lekko, jakby płomienie w kominku nie dawały wystarczająco ciepła. — Kiedy znalazłam ich dom, była tam tylko mama. Nie usłyszała mnie, próbowałam… — Hermiona sapnęła cicho, marszcząc brwi. — Zaklęcie nie zadziałało. — Podniosła na niego zmęczone spojrzenie, a kiedy przymknęła powieki kilka kolejnych łez wyryło się w jej zaczerwienionych policzkach. Nadal była wyjątkowo spokojna, jakby łzy były fałszywe. — Nie wiem, co zrobiłam nie tak.
— To nie są proste zaklęcia — mruknął Snape, widząc, że smutek powoli zaczyna przejmować kontrolę nad Hermioną. — Dlaczego nie poprosiłaś o pomoc?
Dlaczego drążysz dziurę? Nie spodziewała się, że Snape będzie chciał angażować się w rozmowę do tego stopnia. Zamiast przyjąć jej krótką wersję, mężczyzna wypytywał o detale zupełnie jakby zapomniał, jak to ona zachowywała się w ten sposób. No tak, pomyślała. W końcu oboje jesteśmy hipokrytami.
— Nic nie rozumiesz — szepnęła. Zmarszczyła brwi, posyłając mu dość waleczne spojrzenie. Oczekiwał od niej dość prywatnego wyznania, jednak chyba nie był tego świadomy. — Myślałam, że umiem to zrobić sama… Myślałam, że dam radę.
Rozumiał. Kiedy dotarło do niego, że to zranione ego stało za dystansem, który wciąż nawiedzał Hermionę we wspomnieniach, zmrużył oczy i przyjrzał się jej uważnie. Zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że przerost ambicji potrafi człowieka kompletnie zniszczyć.
— Nie musisz czuć się zobligowana, żeby umieć to zrobić — powiedział Snape. Kobietę zaskoczyła pewność, z jaką się odezwał. Patrzył na nią nieco ostro, karcąco. — Są na tym świecie ludzie zdolniejsi od ciebie, Granger, i nie ma co się oszukiwać, że jest inaczej. Ale to nie oznacza, że to coś złego. Bo dla kogoś to ty będziesz tą osobą, która jest zdolniejsza.
Długą, naprawdę długą chwilę zajęło Hermionie pełne zrozumienie wszystkiego, co powiedział Severus. Nie pamiętała, kiedy ostatnio słyszała od niego tyle słów w jednej wypowiedzi, ani kiedy Snape nabył sobie prawo do udzielania jej porad. Zirytowała ją nieco jego hipokryzja i to, że mężczyzna nie traktuje tego jako wady.
— Dlatego spróbowałam jeszcze raz — odparła Hermiona. Posłała mężczyźnie wymowne spojrzenie i uchyliła usta, nie mówiąc jednak ani słowa. Cierń, który do tej pory uwierał jej wnętrzności poluzował się, dając nieco wytchnienia. — Za drugim razem było jeszcze gorzej — zaśmiała się kobieta cicho, jednak był to wyjątkowo gorzki, nieprzyjemny śmiech. — Nie dość, że zaklęcie nie wyszło to omal nie skończyło się wezwaniem mugolskiej policji.
Snape uniósł brew i uchylił lekko wargi ze zdziwienia. Nie taką wersję wydarzeń wyobrażał sobie usłyszeć. Granger zaskakiwała go na każdym kroku — prawdziwy, świąteczny cud.
— Prawdziwa kryminalistka z ciebie — prychnął, a Hermiona uniosła kącik ust w odpowiedzi. Posłała mu smutne, załzawione spojrzenie, czując, że zmęczenie, emocje i natłok wrażeń wycisnęły z niej resztki energii. Nie miała sił dłużej udawać.
— Tak bardzo chciałam, żeby się udało — szepnęła. — Nie myślałam o niczym innym. Stwierdziłam, że za trzecim razem musi się udać. — Oczywiście tak się nie stało. Snape zmarszczył brwi, wiedząc dokąd zmierza ta historia. Czuł coś na kształt współczucia względem młodej kobiety. Sposób, w jaki wypowiadała się o rodzicach, przemożna tęsknota i pustka w głosie sprawiały, że mógł się niemal zżyć z jej emocjami. Poczuć je jak na dłoni. — To było cholerne Boże Narodzenie — powiedziała dość agresywnie Hermiona, przyciągając uwagę Severusa. — Nie mogłam im tego zrobić w Boże Narodzenie.
— Nie mów mi, że poddałaś się przez sentyment? — zapytał, doskonale wiedząc, jaka jest odpowiedź.
— Nie — odparła kobieta. — Nie do końca. — Snape zmarszczył brwi, zerkając na nią z ukosa i posłał jej wyczekujące spojrzenie. — Nie chciałam… dawać i odbierać im czegoś tak istotnego. Czułam, że nie mam prawa. — Orzechowe oczy podniosły się na niego przerażone. Nie zrozumie, myślała. Była pewna, że dała zbyt duży kredyt zaufania Severusowi Snape’owi i zaraz przekona się, że on naprawdę nie traktuje jej jak poważnej, dorosłej kobiety.
— Robiłaś to dla ich dobra, Granger — powiedział. — Masz pełne prawo odzyskać to, co straciłaś na rzecz wojny.
Poczuła ciężką łzę spływającą z jej nieruchomego oka. Nie mogła się poruszyć, powiedzieć ani słowa. Poczuła na wargach słony smak, ale nie poruszyła się ani o milimetr, wpatrując się bez słowa w Severusa.
On również nic nie dodał. Nie wiedział skąd pojawiła się w nim chęć powiedzenia kobiecie tego, co sądzi. Czy to współczucie, które poczuł wcześniej czy to zwyczajny, ludzki odruch; cokolwiek to nie było sprawiało, że chciał pomóc jej zrozumieć, że ma prawo podjąć decyzję, jaką chce. Nie musi czuć z tego powodu wyrzutów sumienia.
— Czasem do nich jeżdżę — mruknęła cicho Hermiona. Uśmiechnęła się pod nosem, przyglądając się tańczącym płomieniom w palenisku. — Siedzę pod oknem albo chodzę za nimi na spacery.
Skrzywiła się, słysząc, że brzmi okropnie.
— Bawisz się w stalkera? — zakpił Severus, przyprawiając młodą kobietę o cichy śmiech. Zdał sobie sprawę, że tęsknił za tym dźwiękiem.
— Tak to brzmi, ale nie — odparła rozbawiona Hermiona. Zanim jednak zdążyła coś dodać jej twarz spoważniała, a brwi zmarszczyły się, kiedy coś przyszło jej do głowy. — Lubię po prostu być blisko nich. Wyobrażać sobie, że jestem z nimi.
— Nie wolałabyś z nimi po prostu być? — zapytał Snape dość niespodziewanie, a Hermiona prychnęła, rozżalona, że traktuje ją jak dziecko. Jakich opcji spodziewał się, że nie wykorzystała?
— Nie dam rady — powiedziała stanowczo. — Poza tym czuję, że nie mam prawa. To ich życie, oni nie prosili się o bycie częścią wojny. Ja tak. — Ponownie zamilkła na moment, marszcząc brwi w stanowczym wyrazie. — Czuję, że nie mam prawa angażować ich w coś, co ich nie dotyczy.
Severus milczał dosłownie sekundę. Nie zgadzał się z nią i widział, że ona sama chciałaby coś z tym zrobić. Bała się jednak, że wyrządzi więcej szkód niż dobrego — co doskonale rozumiał znając ambicje i przerośnięte ego Hermiony Granger.
— Dotyczy, bo jesteś ich córką — odparł. Nie zamierzał dodawać nic ckliwego, chociaż widział, że kobieta jakby na to czekała. Uśmiechnęła się, słysząc słowa Severusa i kiedy nie powiedział nic więcej, odchyliła głowę do tyłu.
— Chciałabym znów poczuć, co to znaczy — powiedziała cicho. Zacisnęła usta w cienką linię i dodała: — Tęsknię za nimi, Severusie. — Słysząc swoje imię, mężczyzna zesztywniał. Sam się wrobił w rozmowę z nią, sam chciał wiedzieć, co stało za jej zachowaniem. Po prawdzie historia Granger zaskoczyła go i zdecydowanie nie sprawiała, że uważał czas jaki jej poświęcił za zmarnowany. Owszem, niespecjalnie umiał pomóc Hermionie ani nie wiedział, jak pocieszyć ją w jej trudnej, emocjonalnej sytuacji. W jego głowie natomiast pojawił się bardziej praktyczny, przyziemny plan. Jeśli wszystko, co ją powstrzymywało to jej własna niekompetencja to Snape nie czuł się źle z tym, że znalazł rozwiązanie jej problemu. Potencjalnie, rzecz jasna. Szczegóły i detale musiałby dogadać z odpowiednimi ludźmi. Zawahał się, zastanawiając się, czy chce oferować Hermionie coś, co może się nie wydarzyć. Dawać złudną nadzieję. — Myślałam, że skoro ja tak bardzo pragnęłam odzyskać swoją rodzinę, to ty pewnie też… Przepraszam. Pomyliłam się.
Miał ochotę zaśmiać się jej prosto w twarz, jednak wiedział, że nie wypada mu tego robić. Nie pomyliła się. Po prostu przeceniła siłę, z jaką każde z nich tego pragnęło.
— Nie masz za co przepraszać — powiedział Snape. — Za łzy też. — Widział ulgę wstępującą w jej oczy i uśmiech, pełen wdzięczności i wzruszenia. Nie miał pojęcia, co jego błahe słowa znaczyły dla Hermiony, która właśnie zrozumiała, że podjęła słuszną decyzję powierzając swój sekret Severusowi Snape’owi. Obawiała się tego do ostatniego momentu, a on, wbrew oczekiwaniom, nie zostawił jej samej, kiedy go potrzebowała. Spełnił oczekiwania i nie zawiódł jej nadziei. — I nie byłaś takim wrzodem na dupie, jak myślisz — dodał nieco niespodziewanie.
Hermiona zaśmiała się wesoło, a Snape zmarszczył brwi, słysząc ten dźwięk.
— Obiecałam ci, że cię do siebie przekonam — przypomniała zaczepnie, unosząc wymownie brew. Zerknęła ponownie w stronę paleniska, czując, że cierń oplatający jej serce niemal zupełnie zniknął, nie krępując żadnych emocji ani myśli. Była wolna. Dzięki Severusowi w końcu mogła odetchnąć z ulgą.
— Marnie ci to wychodzi — prychnął mężczyzna.
Hermiona zawtórowała mu, nie odpowiadając ani słowem. Nie czuła takiej potrzeby. Cisza z nim była wystarczająca. Po emocjach i natłoku towarzystwa w ciągu ostatnich dni, zarówno ona jak i jej towarzysz marzyli o chwili spokoju i odpoczynku. Własne towarzystwo okazało się lekarstwem dla obydwojga, a pod koniec dnia Snape musiał przyznać, że poza sojuszem i ich „związkiem”, Hermiona była naprawdę dobrym towarzyszem dnia codziennego. Szybko nauczyła się granic strefy komfortu, jaką mężczyzna narzucił i ustaliła swoje, będąc jednak gotowa na poszerzanie ich, jeśli i on był na to chętny.
Kobieta zdała sobie sprawę, że to przez niego podjęła decyzję, żeby w ogóle cokolwiek powiedzieć. Gdyby mu nie ufała, nigdy nie dowiedziałby się prawdy. Gdyby nie wierzyła, że zrozumie jej motywację, nigdy nie powiedziałaby mu o swojej decyzji. Nawet jeśli był tylko namiastką bliskiej osoby to chciała, żeby dalej nią był. Potrzebowała tego. Chciała tego.
Aż się wzruszyłam, ale w sumie to sama prawda.Wróć do czytania
której ta nawet nie zdążył złożyć -> zdążyłaWróć do czytania
I to jest rozmowa, która wręcz aż się prosi o bycie podsłuchaną 😀Wróć do czytania