Sojusz, Granger? – Rozdział 34

Mściwy charakter Minerwy McGonagall okazał się zbawienny zarówno dla Hermiony, jak i Severusa. Dodatkowe nocne dyżury, które dyrektor przydzieliła młodej nauczycielce w połączeniu z natłokiem obowiązków przed końcem semestru sprawiły, że zgodnie z życzeniem Minerwy para niemal w ogóle nie miała dla siebie czasu. Pierwszych kilka dni po niezręcznej interakcji w gabinecie Hermiony, Severus unikał większości posiłków, a te, na których się pojawiał, okazywały się krótkie i błahe. Obfitujące w wiele niewypowiedzianych emocji, urwanych spojrzeń i niekomfortowych uśmiechów. Mimo powszechnego założenia, że Severus Snape nienawidzi swoich uczniów, mężczyźnie zależało, aby jego studenci podchodzili do testów zdolni odpowiedzieć choć na jedno pytanie bez presji, że zostaną porównani do sklątki tylnowybuchowej. Chcąc odsunąć od siebie niepotrzebne w jego mniemaniu myśli o młodej gryfonce postanowił całą uwagę skupić na pracy, ponieważ w tym roku trafił mu się rocznik piąty, który podchodził do pierwszych, poważnych egzaminów, jakimi w Hogwarcie były SUMy.  

Hermiona cieszyła się, że w końcu w spokoju może odpocząć od krępującej obecności Snape’a i nieustannego udawania szczęśliwie zakochanej. Czuła, że tym razem było inaczej — tym razem to ona potrzebowała tego bardziej niż Severus. Potrzebowała chwili wytchnienia, gdzie nikt nie patrzył na jej uśmiech i czy wystarczająco dużo miłości widać w jej oczach. Potrzebowała móc usiąść sama ze swoimi myślami, nie będąc zmuszona ciągle zastanawiać się, czy nie wydała się przed którymś z nauczycieli, jak miało to miejsce z Aurorą. Potrzebowała odseparować się od Severusa, którego każdy jeden dotyk budził w niej nowe, nieznane emocje. 

Przypomniała sobie, jak kiedyś wyśmiała Rona, który nie wierzył, że człowiek może czuć naraz aż tyle emocji. Wtedy wydawało jej się to tak oczywiste. Takie błahe. Harry rozdarty pomiędzy tym co chce, a tym co powinien zrobić. Jeśli wtedy myślała, że wie jak to jest, to grubo się myliła. 

Każda komórka ciała buntowała się przeciwko temu uczuciu. 

Z każdego zakamarka podświadomości słyszała cichy krzyk “uciekaj”. 

Ale jednocześnie każdy centymetr jej ciała chciał być coraz bliżej niego.

Każde spojrzenie instynktownie kierowało się ku niemu. 

Była przerażona tym, co czuje. Dziękowała Merlinowi, że Minerwa jednak postanowiła się na niej zemścić i z niewypowiedzianą radością maszerowała na nocne dyżury mimo, iż duża część z nich przypadła jej w towarzystwie Anabelli Clark. Szybko jednak zrozumiała, jak to jest wpaść z deszczu pod rynnę. Kobieta nie dość, że stanowiła kompletne przeciwieństwo życiowych morałów Hermiony to w dodatku nie posiadała żadnych oporów w mówieniu młodszej koleżance, jak postępować w życiu. Karma, stwierdziła. Domyśliła się, że Severus miałby niezły ubaw, widząc, jak role szybko się odwracają. 

Trzy dni później była tak wykończona, że kiedy spotkała się z Aurorą, czarnoskóra nauczycielka nie potrafiła ukryć zaniepokojenia.

— Nie wyglądasz zbyt dobrze — skomentowała bez pardonu, kiedy kroczyły powoli opuszczonym korytarzem na siódmym piętrze. Marszczyła brwi i co chwilę zerkała na Hermionę, która tylko słabo zaśmiała się w odpowiedzi. O dziwo uwaga starszej czarownicy nie uraziła jej nawet w najmniejszym stopniu.

— Dzięki Merlinowi dziś piątek. To mój czwarty dyżur w tym tygodniu — odparła, owijając się szczelniej swetrem. Regulamin nie narzucał, aby nauczyciele sprawujący nocne dyżury wciąż mieli na sobie nauczycielskie szaty stąd większość z nich przywdziewała swoje zwykłe, wygodne ciuchy. — Minerwie ewidentnie nie jest w smak, że spotykam się z Severusem.

Hermiona skrzywiła się, kiedy usłyszała jak jej słowa brzmią wypowiedziane na głos, ale nie dała po sobie poznać, że samo wspomnienie o mężczyźnie ją dekoncentruje.

— Och tak, wciąż powtarza, że to wasze “randkowanie” nie skończy się dobrze dla nikogo — przytaknęła Aurora, posyłając gryfonce wymowne spojrzenie. Dotarły do klatki schodowej i powolnym krokiem skierowały się na niższe piętro. Hermiona wywróciła oczami, ale zaraz potem uśmiechnęła się pod nosem. 

— Nie rozumiem, jak przyjaciele mogą sobie tak źle życzyć — stwierdziła. Rozglądnęła się dyskretnie, a upewniwszy się, że nikt poza Aurorą jej nie usłyszy dodała: — Odchodząc już od faktu, że to wszystko gra, to powinna się cieszyć, że przyjaciel sobie kogoś znalazł.

— Wiesz, że Minerwa jest dość stereotypowa — odparła Aurora przyciszonym tonem. — Myślę, że dla niej największym problemem jest różnica wieku, a co za tym idzie, priorytetów. 

— Wbrew pozorom nie ma ich wcale tak wiele — mruknęła pod nosem Hermiona. Nie zwróciła uwagi, że jej ton przykuł spojrzenie czarnoskórej nauczycielki, która zmrużyła oczy, jednak nie skomentowała jej stwierdzenia. 

— Nie wiem, czy Minerwa w ogóle wie, jaka byłaby idealna kobieta dla Severusa.

Młoda gryfonka przystanęła i zmarszczyła brwi, nieco skonsternowana uwagą Aurory.

— A czy to przypadkiem nie jego trzeba by o to zapytać? Przecież to dorosły, rozsądny facet. — Zbyt późno zwróciła uwagę, że jej ton głosu zmienił oktawę, a teraz pobrzmiewał niezrozumiałą dla niej samej agresją. — Przepraszam.

Aurora, która również przystanęła i z wyraźnym zrozumieniem wsłuchiwała się w uwagi Hermiony, lekko przekręciła lekko głowę i przyjrzała się młodszej nauczycielce badawczo, jakby oceniając jej zachowanie.

— Prędzej czy później Minerwa oswoi się z tym faktem. Pytanie, czy nie stanie się to za późno. — Kobieta uniosła porozumiewawczo brew, a Hermiona zmarszczyła brwi. — Ile jeszcze zamierzacie to ciągnąć?

Hermiona zawahała się. Już dawno nie myślała o tym, że kiedyś to wszystko się skończy. Zniknie, upadnie niczym domek z kart. Szybko otrząsnęła się jednak i odparła:

— Nie ustaliliśmy dokładnej daty. Nie zacznę stażu wcześniej, niż przed końcem roku szkolnego.

Kobiety dotarły na czwarte piętro, gdzie zgodnie z ustaleniami miały się rozdzielić. Hermiona ponownie upewniła się, że są same i zanim odeszła, dodała:

— Nie mów mu póki co, że wiesz o wszystkim. Próbowałam go przekonać, ale…

Aurora skinęła głową, jakby Hermiona w ogóle nie musiała kończyć swojej wypowiedzi.

— Pewne rzeczy się nie zmieniają. — Wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, a Hermiona odetchnęła z ulgą. Zanim jednak zdążyła coś odpowiedzieć, Aurora dotknęła lekko jej ramienia i powiedziała cicho: — Jeśli będziesz chciała z kimś o tym pogadać, to wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Mrugnęła do Hermiony, po czym z uśmiechem na ustach odwróciła się i oddaliła się w głąb ciemniejącego korytarza. Młoda kobieta chwilę stała i obserwowała zmniejszającą się posturę, która wkrótce zniknęła za drzwiami jednej z sal. Nie rozumiała, czym się zdradziła i dlaczego zarówno dla Severusa jak i dla Aurory była jak otwarta księga. Nie miała absolutnie żadnych oporów, aby udawać najszczęśliwszą na świecie przed Anabellą, Minerwą czy Horacym. To ta dwójka miała niezwykłe zdolności niemal czytania jej w myślach.

Odwróciła się na pięcie i energicznym krokiem wspięła się po schodach na piąte piętro. Powoli przemierzała korytarze, sprawdzając klasy i schowki w poszukiwaniu błąkających się po zamku uczniów. Na jej nieszczęście noc przebiegała spokojnie — większość portretów spała w najlepsze, nawet przemiła cyrkowa artystka, która wisiała na klatce schodowej prowadzącej na szóste piętro od wschodniej strony. Zwykle zamieniała z nią dwa słowa, co dla młodej nauczycielki było przyjemną odskocznią od rozmów z innymi nauczycielami, jednak dziś nie było jej nawet w ramie. 

Zaczęła zastanawiać się, czy nie skorzystać z propozycji Aurory. Kobieta udowodniła, że jest godna zaufania i można powierzyć jej sekrety, a oferta rozmowy z kimś, komu można powiedzieć wszystko… była kusząca. Harry nie mógł poświęcić jej tyle swojego czasu, ile Hermiona potrzebowała, a ona z kolei tego od niego nie wymagała. Miała świadomość, że przyjaciel ma swoje życie, swoje problemy i swoje sprawy. Nie mógł ciągle poświęcać uwagi jej miłosnym rozterkom. Zresztą… Hermiona skrzywiła się. Obawiała się reakcji Harry’ego, gdyby po tym wszystkim wyznała mu, że chyba naprawdę poczuła coś do Snape’a. Choć nie chciała tego nazywać uczuciem — wciąż liczyła, że cokolwiek to było, minie szybko, a uczucia wydawały się zbyt stałe, zbyt huczne. Łudziła się, że to zwyczajna fascynacja mężczyzną, z którymi nie miała zbyt wiele interakcji. Była tylko kobietą, może po prostu jak zdrowa, normalna kobieta reagowała na obecność mężczyzny, bo dawno jej nie doświadczyła. Tak, stwierdziła. To zdecydowanie to. 

Będąc na siódmym piętrze, Hermiona instynktownie skręciła w dobrze znane miejsce. Mimo upływu lat i wbrew temu, że od dłuższego czasu była w Hogwarcie nauczycielem, wciąż na pamięć znała drogę do wieży Gryffindoru. Przystanęła przed portretem Grubej Damy, która pogrążona w głębokim śnie nawet nie drgnęła na dźwięk jej kroków. Hermiona uśmiechnęła się, przypominając sobie wszystkie wspomnienia, jakie wiązały się z tym miejscem. Pamiętała każdy szczegół wystroju pokoju wspólnego, obicie kanapy czy fakturę prześcieradła w sypialni. Każdy detal tego miejsca wyrył się w jej pamięci i powracał do niej powodując nikły uśmiech na ustach. 

Chciałaby móc tu wrócić. Nie myśleć o niczym, zająć się nauką, przygotowaniami do egzaminów, odprężyć się nad starą lekturą. Zmarszczyła brwi, przypominając sobie Virgo leżące na jej biurku. To ostatnie mogła sobie podarować. Sprawdziła ostatnie pomieszczenia na siódmym piętrze i odetchnęła głęboko. Teraz pozostawało jej spotkać się z Aurorą, a potem wreszcie będzie mogła udać się do siebie i w spokoju usiąść nad lekturą. 

Szybko jednak okazało się, że były to tylko płonne marzenia. Kiedy zbiegała szybkim krokiem ze schodów na czwarte piętro już z oddali usłyszała znajomy głos i przystanęła, przymykając lekko powieki. Zupełnie zapomniała, bądź wyparła z pamięci, że dzisiejszy dyżur przejmowały od nich Anabella i Pomona. I o ile na myśl o nauczycielce zielarstwa Hermiona miała ochotę się uśmiechnąć, o tyle kolejne spotkanie z profesor Clark mogło skończyć się źle. Bynajmniej nie dla Hermiony.

— Dobry wieczór — przywitała się, podchodząc do Anabelli i Pomony, które już czekały na nie pod rozwidleniem. Za ich plecami Hermiona dostrzegła prześwietlony, krótki korytarz ku Wieży Zegarowej, który rzucał mroczną poświatę na ich postacie. Wręcz idealnie, pomyślała. 

— Dobry wieczór — przywitała się przyjaźnie Pomona Sprout. — Spokojny obchód?

Hermiona skinęła głową i uśmiechnęła się do kobiety. 

— Nic nadzwyczajnego, ani żywej duszy — odparła. Spojrzała na Anabellę, która odziana w długą, ciepłą szatę ziewnęła słabo. — Sprawdziłam wschodnią część piątego, szóstego i siódmego piętra, a także korytarz pod wieżą astronomiczną i wejście na wieżę Gryffindoru. Aurora powinna zaraz do nas dołączyć.

— W takim razie ja od razu ruszę na zachodnią część — stwierdziła Anabella nieco sennym głosem. — Mam nadzieję, że nic się nie wydarzy, bo chciałabym móc szybko pójść spać, żeby się na spokojnie zacząć pakować.

Pomona posłała jej pytające spojrzenie. 

— Wyjeżdżasz?

Anabella westchnęła ciężko, zakładając szczupłe ramiona na piersi. Niepostrzeżenie do grona nauczycielek dołączyła Aurora, która skinęła na powitanie zmienniczkom i uśmiechnęła się pogodnie do Hermiony.

— Zgadza się — mruknęła niechętnie nauczycielka run. — Wiecie, ile musiałam się nagłowić, żeby przygotować moim studentom odpowiednią ilość pracy na czas mojej nieobecności?

Wzrok kobiety, nieco oskarżycielski i nieprzyjazny, skierował się w stronę Hermiony. Młoda kobieta nie do końca była pewna, czy rozumie o czym Anabella mówi. Szkolenia w Londynie miały rozpocząć się dopiero po świętach, zresztą Rolanda do tej pory nie wróciła, więc nie było mowy, aby Anabella się na nie wybierała. A do rozpoczęcia przerwy świątecznej dalej pozostawał tydzień.

— Czy przypadkiem nie wyjeżdżasz na szkolenie po przerwie świątecznej? — spytała Hermiona, unosząc lekko brew. 

— Przerwa rozpoczyna się już za tydzień — burknęła starsza czarownica. Hermiona i Aurora wymieniły porozumiewawcze, nieco pytające spojrzenia. Najwyraźniej dla każdej z nich tydzień oznaczał odmienny wyznacznik upływu czasu.

— Nie ma co dramatyzować — zaśmiała się w końcu Pomona, zanim którakolwiek z nich zdążyła się odezwać. — Tydzień to mnóstwo czasu, a z tego co pamiętam nie jesteś wpisana w grafik wyjścia do Hogsmeade. 

— Dokładnie — dodała Aurora, lustrując nieco pobłażliwym wzrokiem Anabellę. — Ileż rzeczy zabierasz ze sobą, zaledwie walizkę? Jedno popołudnie spokojnie wystarczy.

Profesor Clark wyraźnie nie była zadowolona faktem, iż starsze koleżanki nie podzielają jej zdania i nie wyłapały aluzji w jej wypowiedzi. Cmoknęła pod nosem i spojrzała przelotnie w stronę Hermiony.

— Co nie zmienia faktu, że nie musielibyśmy nigdzie jechać, gdyby niektórzy potrafili słuchać, co się do nich mówi — stwierdziła kąśliwie. Młoda gryfonka zmarszczyła brwi, a w jej spojrzeniu pojawiło się nieco agresji, kiedy dotarł do niej podwójny sens słów Anabelli. Choć nie mogła doszukać się w nich sensu, rozumiała, co implikuje starsza czarownica.

— Myślę, że jedyne pretensje można mieć w tej kwestii do Ministerstwa — rzuciła z krzywym wyrazem twarzy. Anabella pokręciła pobłażliwie głową, jakby zupełnie umniejszając uwadze Hermiony.

— Och, kochana, dobrze wiesz, że to nieprawda. Twój chłopak — skrzywiła się pod nosem — niestety psuje reputację całej kadrze nauczycielskiej Hogwartu.

Aurora zauważyła złość w oczach Hermiony, jednak Pomona po raz kolejny zareagowała szybciej. Nie była fanką wtrącania się w cudze spory, ale jeszcze mniej podobało jej się atakowanie kogoś, kto nie było obecny w dyskusji i nie mógł sam się bronić. 

— To już trochę koloryzowanie z twojej strony, nie uważasz? — spytała spokojnie, uśmiechając się do czarownicy łagodnie. — Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy winą za decyzje Ministerstwa obarczać kogokolwiek z nas.

— Ktoś musi być kozłem ofiarnym — stwierdziła Hermiona. Za wszelką cenę próbowała utrzymać ton w ryzach i nie dać po sobie poznać, że każde słowo Anabelli powoduje u niej białą gorączkę. Sądząc jednak po spojrzeniu Aurory, kompletnie poległa. 

— Nie broń go — mruknęła Anabella. — Prawda jest taka, że on jako jedyny może skorzystać na tych szkoleniach, a reszta z nas musi na nie uczęszczać w ramach solidarności. 

Hermiona poczuła, że ma dość. Nie samego faktu, że musi bronić imienia Severusa, bo zarówno Pomona jak i Aurora wydawały się podzielać jej zdanie. Była zmęczona tym, że ludzie wciąż źle traktowali Snape’a. Zawzięci w swoich ograniczonych poglądach wciąż prowadzili na jego temat jałowe dyskusje, zupełnie ignorując racjonalne argumenty.

— Najwyraźniej nawet Ministerstwo ma w tej kwestii inne zdanie, skoro to nie jego wysłało jako pierwszego — odparła butnie młoda gryfonka, unosząc jedną brew. — Poza tym, z całym szacunkiem, ale o jakiej solidarności mówimy? Teraz obwiniacie go winą za całe zło tego świata, a jak podopieczna profesora Slughorna zachodzi w ciążę, to lecicie do niego po pomoc?

Aurora i Pomona posłały Anabelli wyczekujące spojrzenie, a czarownica lekko rozchyliła usta, widząc złość w oczach Hermiony Granger. 

— Nie rozumiem, co to ma wspólnego… — zaczęła, ale Hermiona nie zamierzała pozwolić jej odpowiedzieć na pytanie. Na co i tak się nie zapowiadało.

— Zdecydowanie wolę spędzać czas w towarzystwie kogoś, kto szarga reputację całej kadry niż osób, które tę kadrę niszczą — dodała. Skinęła głową Aurorze i Pomonie, mrucząc pod nosem ciche “dobranoc”, po czym odwróciła się na pięcie i w pośpiechu oddaliła się od pozostałych. Czuła, jak adrenalina pulsuje w jej żyłach, pompując coraz więcej krwi do mózgu. Czuła rumieńce, które wykwitły na jej policzkach i skostniałe dłonie, które zbielały od zaciskania. Dopiero będąc za rogiem korytarza, poza zasięgiem wzroku Anabelli, Aurory i Pomony, Hermiona zwolniła. Przystanęła przy jednej z wielkich, gotyckich okiennic i opadła ciężko na murowany parapet. 

Nie była w stanie pojąć zawziętości Anabelli i skąd się ona brała. Czy wynikała zwyczajnie z braku sympatii do Severusa? Nawet jeśli, nie dawało jej to prawa do mówienia o nim w sposób, w jaki to robiła. Zwłaszcza, kiedy to Hermiona zmuszona była bronić jego honoru. 

Będąc na ostatniej prostej, Hermiona niespodziewanie usłyszała z oddali dźwięk łańcuchów. Rozglądnęła się dookoła, szukając źródła znajomego odgłosu wiedząc, że obecność Barona na niższych piętrach nie zwiastowała nic dobrego. Ostatnie, czego w tej chwili chciała to kolejna nieprzyjemne konfrontacja. Szybko ruszyła przed siebie, chcąc niepostrzeżenie dotrzeć do przedsionka, aby móc w spokoju dotrzeć pod swój gabinet. Z każdym krokiem miała wrażenie, że dźwięk stawał się coraz cichszy. Im dalej była, tym bardziej przytłumiony się stawał. Wchodząc do wysokiego holu, który przecinał wschodnią i zachodnią część korytarza Hermiona zdała sobie sprawę, że dźwięk ucichł na dobre. Obejrzała się za siebie i upewniwszy się, że Baron odleciał, niemal biegiem ruszyła przed siebie. Przecięła przedsionek, jednak nie zdążyła odetchnąć z ulgą, bo dosłownie za rogiem jak spod ziemi wyrósł przed nią Irytek.

Kobieta sapnęła zaskoczona, ale ku jej zdziwieniu, duch wyglądał na jeszcze bardziej przestraszonego niż ona sama. Odskoczył od niej i zlustrował bacznym spojrzeniem. Dalej miało w sobie złośliwe ogniki, ale tłamsiło je widoczne przerażenie.

— Proszę, proszę — sarknął cicho. — Nocne rendez-vous?

Hermiona zmierzyła go wrogim spojrzeniem, ale w jednej chwili zdała sobie sprawę, że tym razem to ona jest na dominującej pozycji. 

— Nic ci do tego, gdzie się wybieram — warknęła. — Ale zdawało mi się, że słyszałam łańcuchy.

Irytek wyraźnie skrzywił się i rozglądnął w obawie przed spotkaniem Krwawego Barona. W głowie Hermiony już rozkwitał plan, jak wykorzystać ducha, który do tej pory miał nad nią przewagę. Zamierzała odpowiedzieć mu jego własną bronią i zmanipulować tak, aby zatańczył do jej muzyki.

— Sranie w banie — zaklął poltergeist, ale widać było, że nie czuje się komfortowo w odsłoniętej części zamku. Podleciał do murowanego pala, który wspierał wysokie sklepienie i uczepił się go, wychylając ku przedsionkowi. Jego wzrok skanował otoczenie, a uszy wyraźne nasłuchiwały odgłosów ciągnących się za Baronem łańcuchów. 

— Wiem, gdzie jest Baron — powiedziała, modląc się, aby zabrzmiało to wiarygodnie. Oczywiście, że nie miała pojęcia dokąd odleciał duch Slytherinu. — Jeśli obiecasz, że mnie nie wydasz, ja nie wydam ciebie. 

Świadoma, jak dokładnie działają układy z Irytkiem Hermiona uniosła zachęcająco brwi i posłała Irytkowi wyzywające spojrzenie. Duch chwilę zastanawiał się nad jej propozycją, ale wtedy do ich uszu dobiegły przyciszone odgłosy obijającego się o siebie metalu.

— Przysięgnij — szepnął Irytek, podlatując bliżej Hermiony. Kobieta powstrzymała uśmiech i skinęła energicznie głową.

— Przyrzekam, nie wydam cię — odparła.

Złośliwy uśmieszek wypłynął na usta poltergeista, kiedy usłyszał słowa Hermiony. Zaraz jednak odwrócił się przerażony, gdyż odgłos brzęczących zawiasów nasilił się. W jednej chwili pisnął i odepchnął się ku sufitowi, aby zniknąć w czeluściach zamkowych murów. Młoda nauczycielka chwilę wpatrywała się w miejsce, gdzie zniknął, po czym szybkim krokiem popędziła ku schodom prowadzącym do Wielkiej Sali. Zbiegła po nich ii szybkim krokiem przecięła hol wejściowy. Nie podejrzewała, że Irytek będzie ją śledził, ale nie mogła być tego do końca pewna. Blefowała, żeby duch myślał, że przyłapał ją na nocnych odwiedzinach u Snape’a. Wiedziała, że taka informacja długo nie pozostanie wyłącznie w jego posiadaniu — zwłaszcza po tym, jak obiecał jej nie wydać. Teraz jednak nie pozostawało jej nic innego, jak kierowanie się prosto do jego gabinetu. 

Będąc już w lochach zawahała się. Czuła, że być może jest zbyt późno, aby męczyć go swoją obecnością. Zwłaszcza, że mężczyzna od kilku dni izolował się od wszystkich cały wolny czas poświęcając pracy. Z drugiej strony on sam kiedyś wypomniał jej, że pracoholizm to choroba. Usłyszała jednak pobrzękiwanie dobiegające z klatki schodowej i wiedziała już, że nie ma odwrotu. Baron wciąż kręcił się koło pierwszego piętra, więc jej powrót do siebie mógł skończyć się ponowną konfrontacją i wydaniem misternego planu. Powstałego naprędce, ale to nie miało większego znaczenia. Hermiona doskonale wiedziała co zrobić, aby osiągnąć swój cel.

Przystanęła pod drzwiami gabinetu Severusa i niepewnie zapukała. Z każdą sekundą coraz intensywniej kalkulowała w głowie, czy udałoby się jej niepostrzeżenie dotrzeć pod swój gabinet. Kilka długich sekund później rozległ się dźwięk odblokowywanego zamka i w drzwiach pojawił się Severus.

Wyglądał na szczerze zaskoczonego jej obecnością. Zmrużył na sekundę oczy, lustrując młodą gryfonkę bacznym spojrzeniem, po czym otworzył szerzej drzwi i bez pytania zaprosił ją do środka. Hermiona z ulgą przekroczyła próg, po raz ostatni rozglądając się przez ramię. Nie umknęło jej uwadze, że Severus nie miał na sobie obszernych szat, a zwyczajną, czarną koszulę i spodnie tego samego koloru. Mimo, iż widywała go czasami w takim ubiorze, to wciąż było to dla niej coś dziwnego. 

— Przepraszam za tę porę — zaczęła, zwracając się ku mężczyźnie. Obserwowała jak Snape w milczeniu rygluje drzwi i odwraca się, wciąż uważnie się jej przyglądając. — Sytuacja się tak potoczyła i…

— Usiądź — przerwał jej niespodziewanie, wskazując gestem na kanapę. Nie wyglądał na złego jej przybyciem, co kobieta odebrała jako dobry znak. Uśmiechnęła się słabo i przysiadła na miękkiej sofie, czując jak emocje odchodzą z niej jak powietrze z przebitego balona. — Dyżur z Anabellą?

Hermiona przytaknęła słabo. Oparła łokcie na kolanach i odetchnęła głęboko.

— Czwarty w tym tygodniu. Na szczęście tym razem tylko nas zmieniała — odparła. Podniosła wzrok, widząc kątem oka, że Severus wyciąga w jej kierunku dłoń i uśmiechnęła się, odbierając od niego szklankę z wodą. — Dziękuję.

Severus zajął miejsce na fotelu i rozsiadł się wygodniej. Dał kobiecie czas na ochłonięcie i nie zamierzał wyciągać z niej na siłę, jaki bieg wydarzeń sprawił, że wylądowała w jego gabinecie w środku nocy. Zerknął na zegarek i zdał sobie sprawę, że była już niemal północ. Kompletnie nie odczuwał upływu czasu podczas pracy, mimo, iż od kilku godzin praktycznie był weekend. Niestety — to pojęcie nie istniało w słowniku profesorskim, zwłaszcza, jeśli ktoś miał tyle na głowie, co Severus.

— Przerwałam panu pracę? — spytała niespodziewanie Hermiona, a zamyślony Snape podążył za jej wzrokiem w stronę biurka, gdzie leżały równo posegregowane pergaminy. 

— Naprawdę myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty w piątkowy wieczór? — odpowiedział również pytaniem. Nie musiała wiedzieć, że oderwała go od układania nowych pytań na egzaminy, bo zdecydowanie nie miał żalu, że przerwała mu to zajęcie. 

Zapomniał jednak, że Hermiona Granger wcale nie była tak nieuważna i obojętna, jak reszta towarzystwa, którym się otaczał. Kobieta uniosła wymownie brwi i machnęła głową w stronę drewnianego mebla.

— Zostawił pan otwarty kałamarz — mruknęła. Snape zerknął przez ramię i zorientował się, że miała rację. Jego usta wygięły się w kpiącym grymasie, kiedy ponownie zwrócił spojrzenie na Granger. — Coś pan kiedyś wspominał o pracoholizmie…

— Nie mam pojęcia, o czym mówisz — przerwał jej, a Hermiona słabo się uśmiechnęła. Uspokoiła się na tyle, że jej oddech nie był już płytki, a serce nie miało ochoty wyskoczyć z piersi. Choć nadal czuła drganie w mięśniach ud, jak zawsze, kiedy była zdenerwowana. Odstawiła szklankę na przeszklony stolik i ułożyła dłonie na nogach, chcąc nieco zamaskować ich drżenie. — Jeśli potrzebujesz czegoś mocniejszego, wystarczy poprosić.

Kobieta podniosła wzrok i zauważyła, że Severus przygląda się jej uważniej. 

— Alkohol nie jest rozwiązaniem na tak błahe problemy — odparła nieco kpiąco. Z ulgą i radością zauważyła, że mężczyzna tak jak ona nie spożywał alkoholu. Liczyła, że pamiętał o zaleceniach lekarza w tej sprawie i naprawdę był tym dorosłym, rozsądnym facetem, za jakiego go miała. 

— Brednie — żachnął się Snape. — Jest rozwiązaniem na wszystkie problemy.

Z kwaśnym wyrazem twarzy obserwował, jak na usta młodej kobiety wypływa kolejny, szerszy uśmiech. Uspokajała się, widział to w jej oczach. Jeśli żartobliwe uwagi na temat alkoholu miały temu pomóc, to nie było najgorsze poświęcenie z jego strony. 

— Może ma pan rację. Przynajmniej nie musiałabym słuchać wywodów Anabelli zupełnie trzeźwa — mruknęła Hermiona. Snape zmrużył oczy i rozsiadł się głębiej w fotelu. Ułożył ramiona na podłokietnikach, a prawą nogę przełożył przez lewą i cierpliwie odczekał, aż kobieta wyrzuci z siebie wszystko, co leżało na jej sercu. — Wyobraża pan sobie, że jej zdaniem to nasza wina, że musimy uczestniczyć w szkoleniach z Ministerstwa? W zasadzie pana wina, bo nie ma pan podejścia do uczniów. — Hermiona prychnęła zeźlona, co Snape skwitował tylko niemal niewidocznym uniesieniem brwi. — Jej się chyba wydaje, że Minerwa ma jakąś moc sprawczą i chcąc się na panu odegrać wysyła nas wszystkich do Londynu. W ramach solidarności. Co za bzdury!

Mężczyzna z rosnącym zafascynowaniem słuchał słów swojej rozmówczyni, a z każdym zdaniem jego oczy coraz mocniej się mrużyły. Dawno nie widział jej tak poirytowanej. Przeszło mu nawet przez myśl, że być może nie powinien był jej od siebie izolować pod pretekstem pracy. Kilka razy już podkreśliła, że nie ma nikogo w zamku, z kim mogłaby porozmawiać, a w końcu to on wciągnął ją w układ, który teraz w dużej mierze spoczywał na jej barkach. Nie wiedział, czy to co poczuł można było nazwać wyrzutami sumienia — ale w pewien sposób poczuł się odpowiedzialny za jej frustrację. Kobieta jednak niespodziewanie podciągnęła nogi pod uda, a w jej oczach pojawiła się bardziej entuzjastyczna iskierka.

— Jedyne co ci może przynieść słuchanie tej wariatki to porządny ból głowy — odparł Snape, posyłając Granger kwaśne spojrzenie. — Choć ciężko nie przyznać jej racji.

Hermiona jakby zupełnie zignorowała słowa Severusa Snape’a, co samo w sobie było dla niego ideą niezwykle abstrakcyjną. Kobieta pokiwała pobłażliwie głową i machnęła dłonią, jakby każąc mu milczeć.

— Pan ma swoje zdanie, ja mam swoje. Grunt, że z całej tej farsy wyszło coś dobrego.

— A mianowicie? — spytał Snape. 

Sam przed sobą udawał, że nie ciekawi go, co znów udało się Granger wywinąć. Jej entuzjazm sugerował, że jest z siebie całkiem zadowolona, a wiedział doskonale, że kobieta nie należała do próżnych. 

— Zawarłam układ z Irytkiem — odparła dumna Hermiona. Snape pochylił się nieco do przodu i uniósł wysoko brew, obserwując jak kącik ust kobiety wygina się w uśmiechu. — Niech pan spyta jaki.

— Sądząc po twoim pawim zachowaniu spodziewam się najgorszego — mruknął.

Hermiona wywróciła oczami i przysunęła się bliżej na kanapie. 

— Obiecałam, że nie wydam go przed Baronem jeśli on nie powie nikomu, że odwiedzam pana po nocach — odparła. Z nadzieją w oczach obserwowała Severusa, który uważnie ważył jej słowa. W dłoni wciąż obracał szklankę z wodą, a słysząc jej słowa, na moment porzucił tę czynność. Szybko dotarło do niego, dlaczego Granger jest z siebie taka zadowolona. I musiał przyznać, że całkowicie zasłużenie. — Wiem, co chce pan powiedzieć.

Severus Snape spojrzał na nią jak na wariatkę. 

— Jesteś obłąkana — stwierdził, wskazując na nią dłonią, w której trzymał szklane naczynko. Hermiona wybuchnęła cichym śmiechem, zakrywając usta dłonią. Mięśnie na całym ciele rozluźniły się, a przyjemne fala odprężenia rozlała się od karku wzdłuż kręgosłupa kobiety. Posłała mężczyźnie rozbawione spojrzenie i uniosła wyżej szklankę, papugując jego gest.

— Za to należy się przynajmniej piętnaście punktów dla Gryffindoru — stwierdziła nonszalancko. 

Mężczyzna prychnął, kręcąc pobłażliwie głową. 

— A od kiedy to za szaleństwo należą się nagrody? — spytał, a Hermiona spojrzała na niego wymownie. 

W momencie dotarło do niego, co ma na myśli. Nie powiedziała tego na głos, a on nie zamierzał za nią tego dodawać, bo doskonale rozumiał jej wyraz twarzy. Oboje wiedzieli, że jest jedna odpowiedź na jego pytanie. Szaleństwo przypłacone nagrodą działo się właśnie teraz — była uczennica, niemal dwadzieścia lat młodsza od niego siedziała z podkulonymi nogami na jego kanapie o północy udając, że przyleciała na schadzki. 

Gdyby ktoś zasugerował podobną rzeczy któremukolwiek z nich rok temu — Severus najprawdopodobniej wyśmiałby go i nie zostawił suchej nitki, a Hermiona stwierdziłaby, że mocno uderzył się w głowę i powinien odwiedzić szpital. Najlepiej psychiatrę. 

— Powinnam już iść — powiedziała nagle Hermiona. Dopiła ostatni łyk ze szklanki, jednak zanim zdążyła odstawić ją na stół, ku jej zaskoczeniu naczynie ponownie się napełniło. Kobieta spojrzała na Severusa, który jedynie zmrużył oczy.

Nie powiedział ani jednego słowa. Nie chciał prosić, aby została, ale też nie chciał, żeby wychodziła. Zwyczajnie lubił jej towarzystwo. Lubił to, jak jej obecność wpływała na jego nerwy i samopoczucie. Może był egoistą. Może myślał tylko o sobie. Ale nie czuł się wcale źle z tą myślą.

Zwłaszcza, kiedy na ustach Hermiony pojawił się nikły uśmiech.

Nie powiedziała ani jednego słowa. Choć miała ich wiele na języku, żadne nie miało odwagi przejść przez jej gardło. Nie chciała wychodzić, bo podobało jej się, jak jego obecność odprężała jej zszargane po całym tygodniu nerwy. Choćby miałaby siedzieć i milczeć, to chciała robić to obok niego. Nawet jeśli była to najbardziej egoistyczna pobudka, o jaką mogła się podejrzewać. 

— Myślę, że Irytek już dawno znalazł sposób, żeby ulotnić się przed Baronem — mruknęła. Snape prychnął pod nosem, sięgając po swoją szklankę z wodą. 

— Ostrożności nigdy za wiele — odparł. Zmarszczył brwi, a Hermiona przyglądnęła mu się uważniej. Widziała, że to nie koniec, a za zachowaniem Snape’a krył się jakiś motyw. Nie spodziewała się jednak tego, co miała zaraz usłyszeć. — Jestem skłonny pójść na kompromis.

Merlin jeden wiedział, ile kosztowało go wypowiedzenie tych słów. Chociaż doskonale wiedział, że Hermiona miała rację, on wolał szukać wymówek, dlaczego nie chce przystać na jej plan. Zrozumiał, że “stary” Snape przemawiał przez niego ze zwykłego przyzwyczajenia. Aspołeczny, trzymający wąski, niemal nieistniejący krąg znajomych i niecierpiący tłumnych uroczystości. Zawzięty w swoich racjach i przekonaniach. Tylko, że nie mógł nim być. Musiał pozwolić się ukształtować “nowemu” Snape’owi, który dla swojej ukochanej będzie w stanie wytrzymać kilka godzin w Norze w otoczeniu rudego gąszcza głów, z których właściciel każdej z nich krzyczy głośniej niż inni. Snape’owi, który nie będzie hipokrytą i przez wzgląd na przeszłość nie będzie oceniał swojej matki, skoro nie chce, aby inni robili tak w stosunku do niego. Jeśli ich plan miał zadziałać, coś musiało się zmienić.

— Mówi pan poważnie? — Hermiona wyglądała na równie zaskoczoną, co szczęśliwą. Jej oczy wyglądały teraz jak dwa galeony, a kąciki rozchylonych ust lekko wyginały się ku górze. 

Snape posłał jej kpiące spojrzenie. Przez myśl przeszło mu, że jeszcze może powiedzieć “nie”. Widząc radość Granger szybko jednak zrozumiał, że to nie wchodzi w grę.

— Zamknij usta, bo wyglądasz jak niedorozwinięta mandragora — odparł, na co Hermiona uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Nigdy tego nie rozumiał i nie liczył, że kiedyś będzie mu to dane.

— Nie spodziewałam się takiej decyzji — przyznała kobieta. — Zwłaszcza biorąc pod uwagę opcje, jakie mieliśmy.

— W tym tkwi haczyk, Granger. Jestem w stanie zgodzić się na jedną z nich. Decyzję którą pozostawiam tobie — stwierdził Severus. 

Hermiona chwilę debatowała nad jego słowami, ale po chwili przytaknęła głową. Kosmyk jej włosów wyrwał się ze schludnego upięcia, a kobieta na próżno próbowała wcisnąć go z powrotem pod spinkę. Westchnęła cicho, po czym sięgnęła za głowę i szybkim gestem rozpuściła włosy. Ulga, jaką poczuła po całodziennym spinaniu takiej ilości włosów była nie do opisania. 

— Wczuł się pan w rolę — odparła w końcu, a Severus uniósł pytająco jedną brew. — Dzieli pan udręki na dwoje. 

Dziękował Merlinowi, że kobieta w tej chwili nie zwracała na niego uwagi. Odłożyła na stolik czarną spinkę do włosów, a kiedy pochylała się, reszta włosów opadła przez jej ramię. Zagarnęła te po lewej stronie i wcisnęła je za ucho, odsłaniając linię żuchwy, która przy rozpuszczonych włosach wygląda zupełnie inaczej. Dlaczego wcześniej nie zwracał na to uwagi? Wróć. Dlaczego teraz zwrócił na to uwagę? Blade światło, jakie dawał niewielki żyrandol uwieszony pod sufitem, rzucało cień na jej twarz, która dawno temu straciła nastoletnie rysy. Krótki, zadarty nos marszczył się, kiedy kobieta nad czymś myślała, a podbródek cofał lekko, kiedy była przygnębiona. Głęboko osadzone oczy wodziły z bystrym wyrazem wszędzie, gdzie się dało, a kiedy zatrzymywały się dłużej na czymś wartym uwagi, rozszerzały się lekko. Uwydatniały się również kości policzkowe, kiedy uśmiechała się, rozchylając lekko wargi w zachwycie. A każdy taki gest uwypuklał lekkie wgłębienia na policzkach. 

Na szczęście poza fizycznym aspektem miała inne, ważniejsze dla Severusa zalety. Nie była tak irytująca jak kiedyś i lepiej znosił jej towarzystwo, niż innych ludzi. 

— Obie opcje są na równi beznadziejne — stwierdził w końcu. Oderwał wzrok od kobiety, która poprawiła się na kanapie. — A odpowiedzi na pytanie, która jest mniej uciążliwa nie ma.

— Jest pan strasznym pesymistą — odparła Hermiona. Niespodziewanie z jej gardła wyrwało się słabe ziewnięcie, które szybko zamaskowała dłońmi. W jej oczach zebrały się łzy, które starła wierzchem dłoni. — Jeśli to dla pana taki problem, możemy zostać w zamku. Nie musi pan nawet stąd wychodzić.

Snape posłał pytające spojrzenie kobiecie, która wymownie uniosła ramiona.

— A gdzie twoja asertywność, Granger? — zakpił. — Dopiero co wydzierałaś się na Anabellę, a teraz zmieniasz zdanie jak chorągiewka?

Hermiona odchyliła głowę, śmiejąc się pod nosem i oparła jej tył na zagłówku kanapy. Zapatrzyła się melancholijnie w sufit, obserwując kamienne sklepienie i żłobienia pomiędzy palisadami. 

— Powiedział pan na samym początku, że nie zrobi niczego, co miałoby uwłaczyć mojej godności — zaczęła cicho, lekko przechylając głowę w stronę mężczyzny. — Że jeśli będzie coś, na co nie będę się godzić, to przegadamy ten temat.

— A potem zrobiłem coś, na co się nie zgodziłaś — przerwał jej Snape. Hermiona wyprostowała się powoli, obserwując, jak wzrok mężczyzny staje się poważniejszy. Ona jednak nie zamierzała wracać do tamtej sytuacji, choć obawiała się, że jej organizm zbuntuje się i tym razem. Na wspomnienie ich pierwszego “pocałunku” lekko się wzdrygnęła. 

— Powtórzę się, chociaż bardzo nie lubię tego robić — dodała Hermiona, uśmiechając się pod nosem nieco kpiąco i przeciągając sylaby. Snape prychnął, słysząc, jak kobieta ewidentnie się z niego nabija. — Intencja była słuszna. 

— Ważne, żeby przynosiła określone skutki — wtrącił Severus. 

I to jeszcze jakie, dodała w myślach Hermiona. Nieświadomie zacisnęła usta w wąską linię, nagle przypominając sobie tamto wydarzenie, jakby dopiero co się stało. Otrząsnęła się jednak, nie chcąc, aby mężczyzna zauważył jakąkolwiek zmianę w jej zachowaniu. Przysunęła się nieco bliżej niego i pochyliła, opierając łokcie na udach. 

— Proponuję kompromis kompromisu — oznajmiła po chwili. Mężczyzna obserwował ją w ciszy, dając czas na wyjaśnienie, co dokładnie chodziło jej po głowie. — Pojedziemy do Nory, ale jeśli w którymś momencie będzie pan chciał wrócić, nie będę mieć nic przeciwko.

— Nawet jeśli stanie się to zaraz po przywitaniu się ze wszystkimi? — spytał Snape, a Hermiona posłała mu bardzo wymowne, pobłażliwe spojrzenie. Mężczyzna prychnął, ale skinął głową i dodał: — Brzmi rozsądnie.

Twarz Hermiony ponownie rozświetliła się od uśmiechu, a zaraz potem z jej gardła wydostało się kolejne, tym razem silniejsze ziewnięcie. Snape miał ochotę parsknąć śmiechem, jednak powstrzymał się, widząc jak kobieta układa głowę ponownie na zagłówku. Zdążył zauważyć, że jej oczy stawały się coraz cięższe. Spojrzał na zegarek, który wskazywał kwadrans przed pierwszą i potarł lekko ramię, które co jakiś czas drżało od chłodu. 

Wstał i podszedł w stronę kominka. Jednym machnięciem różdżki rozpalił palenisko, które rozżarzyło się ciepłymi, dającymi komfort płomieniami. Kiedy się odwrócił dostrzegł, że Granger opadła nieco bardziej bezwładnie na oparcie kanapy. Jej oczy były przymknięte, a klatka piersiowa poruszała się równomiernie sugerując, że kobieta bezceremonialnie i bezpardonowo zasnęła. Snape chwilę obserwował ją bez słowa, wcisnąwszy jedynie dłonie do kieszeni spodni. 

Nie spodziewał się, że ten wieczór tak się skończy. Nie miał obycia w tak prozaicznych, przyziemnych sytuacjach i nie za bardzo wiedział, co ma teraz zrobić. Zmrużył oczy, przypatrując się aureoli loków rozsypanych wokół spokojnej twarzy kobiety po czym odwrócił się na pięcie i przeszedł do części sypialnianej. Otworzył drzwi szafy ustawionej w rogu pomieszczenia i chwilę szperał w jej odmętach. Znalazł to, czego szukał i po chwili wrócił do salonu, lewitując za sobą ciemnogranatowy koc. Machnął różdżką, a materiał rozprostował się i ułożył delikatnie na ciele Hermiony, która podciągnęła nogi wyżej, niemal pod brodę. Snape zmarszczył brwi, bo pozycja ta nie wyglądał na zbyt wygodną. Nie zamierzał jednak jej budzić — przykrycie kobiety kocem to był szczyt człowieczeństwa, na jaki był w stanie się tej nocy zdobyć. 

Przysiadł z powrotem za biurkiem i sięgnął po list ukryty pod jednym ze stosików. Chwilę obracał kopertę w dłoniach, wodząc wzrokiem po literach, które układały się w jego imię i nazwisko. 

Whitlock nalegał, aby Severus stawił się w Mungo na dodatkowych badaniach. Uzdrowiciel, mimo niezbyt sympatycznego podejścia Snape’a przy ich pierwszym spotkaniu, najwyraźniej przejął się jego losem. Zaproponował nawet, że po przeprowadzeniu pełnej diagnostyki w szpitalu zabierze go do swojej prywatnej kliniki, gdzie ma o wiele bardziej dokładny i profesjonalny sprzęt. Mężczyzna długo wahał się z odpowiedzią, wiedząc doskonale, że taka propozycja wiązała się z czymś, czego Severus niestety nie posiadał w nieograniczonych zapasach. Pieniędzmi. Nie był biedny, nie był nawet trochę biedny. Nauczycielska pensja wystarczała mu w zupełności, aby prowadzić dostateczne życie na poziomie. Jednak choroba, a co za tym szło brak możliwości warzenia eliksirów, pozbawiły go dodatkowego źródła dochodu, które od lat stanowiły pokaźną część jego przychodu. Nie sądził, że kiedyś będzie musiał się tym martwić. Nie myślał nawet o tym, czy tego chciał. Dziękował sobie, że nie był ani rozrzutnym, ani rozpustnym typem. Oszczędności być może były w stanie pokryć badania i leczenie, które oferował Whitlock. Wiedział jednak, że wtedy wyczerpałby wszystkie zapasy, które dawały mu jakiekolwiek poczucie spokoju i stabilności.

Podniósł spojrzenie na śpiącą Hermionę. Wciągnął ją do swojego żałosnego życia, a potem miał pretensje, że chce mu pomagać. Zaprosił ją do współpracy wiedząc doskonale, że to on będzie tym, który nie umie pójść na kompromis. Nawet dziś udowodnił, że to ona była dojrzalsza od niego. Jeśli nie dla siebie, powinien to zrobić dla niej. Hipokryzja nie była jego ulubioną cechą charakteru i po raz pierwszy Severus stwierdził, że ma jej dość. Granger miała rację. Być może to starość, być może był już słaby. A być może to ona. Ona i jej radość życia, która tak kontrastowała, kiedy ze sobą przebywali. Nawet jeśli to wszystko było tylko kłamstwem.

Severus westchnął przeciągle i sięgnął po czysty arkusz pergaminu. Zamoczył pióro w kałamarzu, podejmując decyzję, której sam nie wiedział, czy będzie żałował. Nakreślił zwięzłą odpowiedź bez specjalnych grzeczności i złożył kartkę na pół, wciskając ją do koperty, która przygotowana leżała na jego biurku już od tygodnia. Wyrzucając sobie, że jak zły wpływ na jego własną asertywność miała Granger, odłożył list obok stosu egzaminów, a następnie wstał i zamknął się w swojej sypialni. Mimo, iż nie był w stanie zasnąć, nie chciał przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. I tak nie potrafiłby się skupić, a jego wzrok zapewne wciąż i wciąż wodziłby w stronę kanapy.

Przeklęta Granger i jej przeklęte loki, zaklął w myślach.

Rozdziały<< Sojusz, Granger? – Rozdział 33Sojusz, Granger? – Rozdział 35 >>

Hachi ✨

Nieuleczalna fanka Pottera, zakochana w Sevmione. Wolne pisanie to moja pasja. Jeśli oczekujecie nowego rozdziału codziennie, to zły adres. Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań bez mojej zgody. wattpad: https://www.wattpad.com/user/HachiYuuko blogspot: (tylko stare opowiadania) https://acciosevmione.blogspot.com/

Ten post ma 4 komentarzy

Dodaj komentarz