Sojusz, Granger? – Rozdział 29

Kilka zdecydowanie za długich sekund zajęło Hermionie przypomnienie sobie, gdzie się znajduje. Roześmiała się, błagając w myślach Merlina, aby nie zabrzmiało to nerwowo. I, oczywiście, skutek był zupełnie odwrotny.

— Słucham? — spytała, próbując grać głupią, naiwną nastolatkę. Jakby ktokolwiek miał w to uwierzyć, pomyślała. 

— Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że ta cała gra przychodzi ci bez trudu — odparła bez krępacji Aurora. Jej ciemne oczy wciąż lustrowały Hermionę, która nagle poczuła uderzenie gorąca, jakby przeniosła się na pustynię. Bez wody, bez żadnej osłony. Wystawiona na palące spojrzenie swojej rozmówczyni poczuła, że zaczyna się topić, a pot ścieka cienkimi strużkami po jej plecach, mocząc włosy na karku. Desperacko próbowała znaleźć wyjście z tej kłopotliwej sytuacji, ale jej umysł nie raczył z nią współpracować. Wstała, podchodząc szybko do okna, co dało jej kilka sekund z dala od wzroku Aurory i nabrała powietrza do płuc. Pozwoliło to uspokoić się na tyle, że powoli w jej głowie pojawiał się zarys planu awaryjnego. Którego — znów — nie przewidzieli. Geniusze, prychnęła w myślach.

— Przykro mi, że sugerujesz coś tak okropnego — mruknęła pod nosem, próbując brzmieć na urażoną. — Rozumiem, że stajesz po stronie Minerwy i tobie również nie jest w smak nasz związek, ale żeby sugerować coś tak… okropnego…

Skrzypnięcie fotela przerwało jej monolog. Hermiona spojrzała wojowniczo na ciemnoskórą nauczycielkę, która wciąż unosząc brew, podeszła do niej i spojrzała jej prosto w oczy.

— Masz rację. To, co zrobiliście jest okropne. — Cholera, jakim cudem to na nią nie działa?, myślała gorączkowo Hermiona, czując, że jej dłonie pocą się jak szalone. — Ale to pierwsza interesująca rzecz, jaka od dawna dzieje się w zamku.

Amnezja.

Niedowierzanie. 

Szeroko otwarte usta.

Po raz kolejny, wyjątkowo tępy wyraz twarzy.

Severus byłby dumny.

— To, co sugerujesz jest niedorzeczne… — zaczęła, na co Aurora roześmiała się weselej i poklepała ją matczynym gestem po ramieniu. Zaskoczona i do granic możliwości spięta Hermiona wodziła wzrokiem za starszą czarownicą, która zaczęła przechadzać się po jej gabinecie i rozglądała się zaciekawionym wzrokiem po jego wnętrzu.

— Minerwa lata temu nastąpiła mi na odcisk, a od tamtego czasu tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że karma do każdego kiedyś powróci. — Aurora wydawała się rozbawiona i jednocześnie tak przeraźliwie pewna siebie, że Hermiona miała wrażenie, jakby tę pewność wysysała z jej ciała. Kiedy ponownie ich spojrzenia się skrzyżowały, przełknęła ślinę, nie będąc w stanie nic powiedzieć. — Dlatego doskonale rozumiem, dlaczego to robicie. I muszę przyznać, wychodzi wam to świetnie. Ale cóż, cienia nie przechytrzysz.

— Nie rozumiem — mruknęła młoda gryfonka, marszcząc brwi i zakładając ramiona na piersi. Nie widziała już sensu kłamania, a i nie podejrzewała czarownic o spisek. To nie było w stylu Aurory. Podobnie jak robienie komuś na złość, podpowiedziała czujna podświadomość. 

— Popełniliście jeden zasadniczy błąd. Zwracaliście uwagę na to, co widać. A mnie… — Kobieta zaśmiała się urywanie pod nosem. — Cóż. Łatwo jest mnie przeoczyć, zwłaszcza w ciemnych zaułkach.

Profesor Sinistra posłała młodszej kobiecie wymowne spojrzenie, uśmiechając się zachęcająco. 

— Od dawna wiesz? — spytała w końcu Hermiona, unosząc wyżej brodę. 

— Od jakiegoś czasu. Pierwszy raz sama się podłożyłaś, nazywając go przy mnie profesorem. Wtedy już czułam, że coś mi w tym wszystkim śmierdzi, ale nie miałam dobrych podstaw, żeby coś z tym robić. — Aurora wydawała się niemal dumna z siebie, że może w końcu przedstawić komuś swoje podejrzenia, które właśnie okazały się prawdą. — Uznałam, że skoro zwracacie uwagę, aby zachowywać się jak para przy uczniach, przy reszcie nauczycieli, to warto będzie was poobserwować bardziej prywatnie.

Choć zabrzmiało to źle, Hermiona nie poruszyła się ani o milimetr, ani nie odezwała ani słowem. Co wyraźnie frasowało starszą nauczycielkę, która zmarszczyła usta i dodała:

— Poza tym słyszałam waszą kłótnię przed twoimi drzwiami. 

Gryfonka przymknęła oczy i wypuściła wstrzymywane powietrze. Czuła, że zawiodła. Oboje zawiedli. Jak mogli nie zorientować się, że Aurora coś podejrzewa? Jak Snape, tak wielce obnoszący się ze swoimi zdolnościami obserwacji, nie zauważył, że ktoś ich śledzi?

— I co teraz? — spytała Hermiona, zerkając na starszą czarownicę niepewnie. — Zamierzasz nas wydać Minerwie?

Kolejny wesoły śmiech Aurory jeszcze mocniej zdezorientował Hermionę. Zupełnie już nie rozumiała jej zachowania i czuła, że powoli nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Oparła się o parapet i przysiadła na nim, odciążając drżące jak galareta uda.

— Chcę wam pomóc — zaoferowała profesor Sinistra. — Pomóc w utarciu nosa Minerwie, w zrobieniu prawdopodobnie największego dowcipu, jaki ta szkoła widziała.

Hermiona przez chwilę wpatrywała się jak zahipnotyzowana w oczekującą odpowiedzi kobietę. Zamrugała kilkukrotnie upewniając się, że to nie żaden sen.

— Wiesz, że po wszystkim nikomu nie będzie do śmiechu. Nie taki jest powód tego, co zamierzamy zrobić — wyjaśniła w końcu. Miała świadomość, że po raz kolejny naraża się Snape’owi, że po raz kolejny zawodzi jego zaufanie. I zdawała sobie sprawę, jak trudno będzie jej je odzyskać, kiedy już wszystko wyjdzie na jaw. Czego była bardziej niż pewna. Zwłaszcza po rozmowie z Aurorą.

— Wtajemnicz mnie — poprosiła kobieta. — Wtajemnicz i pozwól sobie pomóc. 

— Profesor Snape nie będzie chciał, żeby cię w to wciągać. — Hermiona przygryzła wargę, zastanawiając się co robić. Bardzo chciała, aby Aurora im pomogła. Bardzo chciała mieć choć jednego sojusznika tu, na miejscu, w Hogwarcie. Harry i tak miał wiele swoich spraw na głowie. — Jesteś w stanie się przed nim nie zdradzić?

— Łatwiej będzie, jeśli od razu mu o tym powiesz. Razem być może wpadniemy na jakieś ciekawe pomysły.

— Póki co wszystko idzie dobrze. Bo idzie, prawda? — spytała Hermiona, podnosząc się z parapetu. — Minerwa jest wściekła.

— Cóż, wściekła to mało powiedziane — stwierdziła Aurora, wzruszając ramionami. — Narzekała, że jesteście strasznie uparci i że to wszystko źle się skończy.

— Nie dla nas — odparła pod nosem gryfonka. — My będziemy stać i patrzeć, jak świat płonie.

— Widzę, że przebywanie ze Snape’em zaczęło przynosić pierwsze efekty — zaśmiała się Aurora. Hermiona uśmiechnęła się krzywo, rozluźniając mięśnie na tyle, że jej serce z powrotem zaczęło bić w normalnym rytmie. — Jaki w ogóle macie plan? Bo wiesz… Z każdym kolejnym dniem ludzie coraz bardziej się przyzwyczajają, że jednak ze sobą jesteście. I w pewnym momencie nie będzie to w nich wzbudzać takich emocji, jak na początku.

— Póki co dajemy im się do tego przyzwyczaić — wyjaśniła Hermiona. Wciąż zastanawiała się nad tym, co powiedzieć Aurorze i czy przypadkiem kobieta nie poleci do Minerwy i nie wyda ich. Albo co gorsza, nie podpowie jej zemsty. Kobieta zauważyła jej wahanie i podeszła kilka kroków do przodu, uśmiechając się zachęcająco.

— Naprawdę nie musisz się mnie obawiać. Minerwa jest typem osoby, który czasem swoim zachowaniem sprowadza na siebie kłopoty, zwłaszcza, kiedy następuje na odcisk niewłaściwym osobom. Zemsta Severusa to i tak błaha rzecz, w porównaniu z tym, co mogło ją spotkać za takie traktowanie.

— Wiem — przyznała Granger. — Szczerze? Byłam w szoku, kiedy zagroziła, że wyrzuci go ze szkoły.

— To nie pierwsza taka kłótnia. Severus usłyszał od niej wiele gorszych rzeczy — wyznała Aurora. Zauważyła ciekawskie spojrzenie panny Granger i brwi, które zmarszczyły się tworząc cienką linię przebiegającą wdłuż czoła. — Nie zawracaj sobie tym głowy. Najważniejsze, żeby dostała to, na co sobie zapracowała.

Jeśli Aurora myślała, że tak łatwo spławi kogoś, kto zawsze drążył dziury, to grubo się przeliczyła. Hermiona zrobiła krok w jej stronę i uniosła brwi. 

— Co takiego Minerwa zrobiła Severusowi? — spytała poważniej. Profesor Sinistra zmierzyła ją spojrzeniem, a jej usta na ułamek sekundy się rozchyliły, jakby już zamierzała coś powiedzieć. Zamknęła je jednak, kręcąc głową energiczniej. 

— To nie jest moja sprawa — odparła o wiele ciszej. — Jeśli chcesz wiedzieć, sama go spytaj.

— Przecież w życiu mi tego nie powie — zaprotestowała żywo gryfonka. — Nie wiesz, jaki on jest? 

Aurora pokręciła lekko głową.

— Naprawdę, nie chcę mieszać się do ich spraw. 

— Ale do naszych już tak? — odcięła się natychmiast Hermiona, widząc, że starsza czarownica powoli rozchyla usta. — Próbowałam ostatnio cokolwiek z niego wyciągnąć. Stwierdził, że jestem wścibską gówniarą.

— A czego się spodziewałaś? — westchnęła Sinistra, siadając na jednym z miękkich foteli. — Severus nie bez powodu tego nienawidzi.

Hermiona z zaciekawieniem wypisanym na twarzy przysiadła się obok czarownicy i wysłuchała ze skupieniem wszystkiego, czego ta wcześniej nie chciała jej opowiedzieć. 

— Nie wiem, jakim cudem oni jeszcze się przyjaźnią. Nikt chyba nigdy nie odważył się na tyle wejść z butami w jego życie, co Minerwa. Dlatego był na ciebie taki wściekły, że mieszasz się w sprawy jego matki.

— A co ona ma z tym wszystkim wspólnego? — spytała zaskoczona Hermiona. Nie spodziewała się zupełnie, że zachowanie Severusa mogło mieć drugie dno i że Aurora cokolwiek wie na ten temat. Sądziła, że mężczyzna po prostu nie lubi, jak się ingeruje w jego życie prywatne.

— Znasz w ogóle historię jego rodziców? — Niespodziewane pytanie Aurory spowodowało, że Hermiona była w stanie tylko pokręcić głową przecząco. — Jego ojciec… Cóż, ponoć nie należy do ludzi wybitnie towarzyskich. Ani ludzkich. Ale to wiem tylko z opowieści, więc nie będę powtarzać niepotwierdzonych plotek. Ale jego matka… To zupełnie inna historia. — Kobieta wyglądała na wręcz przygnębioną samym wspomnieniem matki Severusa, którą musiała znać, a przynajmniej takie wrażenie odniosła Hermiona. Jej ton głosu przybrał niesamowicie melancholijną barwę, a gdzieś pod tym czaił się smutek. — Swego czasu dość mocno przyjaźniła się z Minerwą, ale nie mam pojęcia, jak to się zaczęło. Widywały się regularnie, można powiedzieć, że były dla siebie jak siostry. Dopóki Minerwa nie chciała jej pomóc. Ubzdurała sobie, że Eileen zamiast żyć w zrujnowanym małżeństwie powinna wieść spokojne życie, najlepiej u boku kogoś innego. I nie docierały do niej protesty, ani żadne argumenty. 

— Jestem w stanie sobie to wyobrazić — mruknęła pod nosem Hermiona.

— Właściwie… — Aurora zamilkła, wykrzywiając wargi w grymasie. — Trochę ją rozumiem. Jak każdy ma swoje powody, tylko czasem niesłusznie przypisuje je też innym. 

— Co masz na myśli?

— Była kiedyś mężatką, wiedziałaś? — Aurora uśmiechnęła się zdawkowo, kiedy oczy Hermiony otworzyły się szerzej ze zdumienia. — Mam wrażenie, że od tego wszystko się zaczęło. Jej pierwszy narzeczony był mugolem i była zmuszona go porzucić, a kiedy sądziła, że poukładała sobie życie i na nowo odnalazła szczęście, znowu została sama. Jej mąż zmarł krótko po ślubie.

— Nie miałam pojęcia… 

Hermiona złączyła dłonie na udach. To zmieniało postać rzeczy, choć nie usprawiedliwiało zachowania Minerwy. Wciąż jednak nie wiedziała, jaki ma to związek z rodziną Snape’ów. 

— Cóż, ciężko się mówi o rzeczach, które nas bolą — przyznała czarnoskóra nauczycielka. Panna Granger miała ochotę prychnąć, kiedy zdała sobie sprawę, że jej słowa właściwie stawiają ją w złym świetle. Taka była przykra prawda, a ona nie uszanowała jej, kiedy chciała zmusić Snape’a do rozmowy z matką. W końcu widziała, że nie ma na to ochoty. Co ją w ogóle napadło? — W każdym razie odnoszę wrażenie, że przez to Minerwa postawiła sobie za punkt honoru pomóc przyjaciółce. Szlachetny gest, jednak jak się pewnie domyślasz, marny skutek.

— Minerwa rozbiła małżeństwo matki Snape’a? — spytała zniecierpliwiona Hermiona, czując, że taki jest finał tej opowieści. I choć nie dziwiło jej to, nie potrafiła do końca w to uwierzyć. Dlatego pokręciła z niedowierzania głową, kiedy Aurora słabo przytaknęła.

— Może rozbiła to za dużo powiedziane. Ale doprowadziła do tego, że Eileen została sama. 

— Ale przecież nie zrobiła tego celowo, prawda? Nie byłaby zdolna sprowadzić na przyjaciółkę takiego losu. To nieludzkie.  

— Nie podejrzewała, że może do tego doprowadzić. Tego akurat jestem pewna. Minerwa nie jest złym człowiekiem, ale upór, z jakim czasem chce postawić na swoim prowadzi do takich właśnie nieszczęść. 

Hermiona zaśmiała się gorzko, przyciągając uwagę Aurory. Kobieta zmarszczyła brwi, nie wiedząc, co tak nagle rozbawiło młodą gryfonkę.

— Skąd ja to znam — wyjaśniła Hermiona. Zaczynała powoli rozumieć zachowanie Severusa i pierwszy raz pomyślała, że zdecydowanie to ona w tym przypadku powinna przeprosić. W końcu nie robił jej na złość, a zwyczajnie bronił się przed ponownym wejściem w jego życie. Wiedział, jak to się skończy. Jednego jednak nie rozumiała. Zmarszczyła brwi i spytała poważniej: — Ale… skoro ojciec Severusa był takim złym człowiekiem jak twierdzisz, dlaczego Snape ma za złe matce, że go w końcu zostawiła? W końcu, bądź co bądź, życie w nieudanym małżeństwie jest chyba gorsze niż samotność.

— Pod warunkiem, że nie nazywasz się Eileen Prince — odparła posępnie Aurora. — Ona kochała swojego męża, nawet wtedy, kiedy on ją znienawidził. Chciała ratować to małżeństwo do samego końca, takie przynajmniej odnoszę wrażenie. 

— Nie chciała zostać sama — mruknęła Hermiona. 

Poczuła, że zimny pot oblewa jej plecy skryte pod nauczycielską szatą. Nie dość, że była winna to w dodatku po raz kolejny nadużyła zaufania Snape’a. Nie miała nawet słów, którymi mogłaby zacząć go za to przepraszać. Znienawidziłby ją. Sama myśl o tym, jak mężczyzna zacząłby ją traktować po odkryciu prawdy wywołała u panny Granger drżenie dłoni. Nie, pomyślała. Jeszcze nie teraz. Wszystko w swoim czasie. 

~

Severus Snape zerknął na zegar i jęknął w duchu, widząc, że jego ostatnie zajęcia dobiegają końca. W normalnej sytuacji prawdopodobnie westchnąłby z ulgą, że może oddać się w samotności jakiejś lekturze albo zwyczajnie posiedzieć przed kominkiem. Ten wieczór jednak zapowiadał się o wiele mniej interesująco.

— Schowajcie różdżki i usiądźcie — polecił grupie przestraszonych pierwszoroczniaków, którzy ćwiczyli w parach zaklęcie rozbrojenia. Kiedy gwar odsuwanych krzeseł opadł, mężczyzna rozejrzał się po sali z pogardliwą miną. — Sklątki tylnowybuchowe mają tendencję do wykazywania spontanicznej inteligencji. Co czyni je o wiele bardziej ambitnymi studentami niż waszą grupę. Perkins.

Wywołana uczennica podniosła przerażone spojrzenie na nauczyciela, który wykrzywił usta w grymasie i sięgnął znużony po jej esej. 

— Stopa długości. Same brednie — wyliczał Snape znużonym tonem. Nie byłby skłonny dać za tę pracę Trolla, ale wiedział jednocześnie, że jego zły humor nie może stać się przyczyną braku obiektywizmu. A panna Perkins coś tam w końcu napisała. — Nędzny.

Oczy dziewczynki zaszły łzami, jednak w sali nadal panowała grobowa cisza. Nikt nie odważył się nawet spojrzeć na siedzącą w środkowym rzędzie blondynkę. 

— Rozczarowałaś mnie, Perkins — skomentował w końcu Snape, machając dłonią, aby podeszłą odebrać pracę. Kątem oka zauważył, że niski ślizgon siedzący zaraz za nią zerknął na kolegę z ławki i uśmiechnął się kpiąco. — A ty zetrzyj ten uśmieszek z twarzy, Puddlemore, nie wykazałeś się większym intelektem. Prawdę powiedziawszy, Perkins okazała się najmniej nędzna z was wszystkich. Na następne zajęcia chcę widzieć dwa razy dłuższą pracę, a jeśli znowu wykażecie się tak bezczelnym brakiem choćby znikomego rozumowania, osobiście dopilnuję, abyście mnie popamiętali. Vincent.

Wywołał po kolei każdego ucznia i wręczył mu pokreśloną pracę z komentarzami, których był pewien, że żaden z nich nie przeczyta. Łudził się jednak, że znajdzie się w tłumie ktoś choć w procencie tak ambitny jak Granger czy Andrews. Cenił takie podejście. Jego humor na chwilę się poprawił, jednak kiedy w sali zapadła cisza zrozumiał, że nie może przeciągać swojej przerwy w nieskończoność. Będzie w końcu zmuszony zawitać do skrzydła szpitalnego i był pewien, że Minerwa znalazłaby sposób, aby znaleźć go w najciemniejszym zaułku zamku. Zebrał swoje rzeczy i uprzątnął biurko, niechętnie ruszając w drogę. Czuł się jak skazaniec, który kroczy ku szubienicy. Jak idiota, który na końcu będzie w stanie tylko posłać wymowne spojrzenie wszystkim, którzy próbowali wmówić mu, że się myli.

Poppy czekała na niego w pogrążonym w półmroku pomieszczeniu, którego tego wieczora nie okupował żaden uczeń. Ambulatorium wydawało się zupełnie innym miejscem, kiedy na żadnym z łóżek nie leżał poturbowany uczeń. 

— Spokojny wieczór? — rzucił na powitanie, kiedy przekroczył bezszelestnie próg szpitala. Pielęgniarka posłała mu zaskoczone spojrzenie, uśmiechając się pod nosem.

— Dopilnowałam, żeby nikt nam dzisiaj nie przeszkodził. Jesteś sam? — spytała, zerkając ponad jego ramieniem na zamknięte drzwi. — Hermiona do nas nie dołączy?

— Jestem już dużym chłopcem, Poppy, myślę, że poradzę sobie sam — zakpił Snape, posyłając jej wymowne spojrzenie.

— Wy i wasza męska duma — prychnęła czarownica. — Wyjaśnisz mi to pewnego pięknego dnia.

— Nie ma czego wyjaśniać. Każdy dba o swój interes — mruknął Severus. 

Dłonie, które spoczywały w kieszeniach spodni zacisnęły się lekko na wzmiankę o gryfonce. Nie powinien był jej tak traktować. Nie zasłużyła sobie na to, żeby wyżywał na niej swoją złość. Chociaż sama się o to prosiła, mężczyzna zaczął odczuwać coś, co w pewnym stopniu przypominało wyrzuty sumienia. I to na tyle silne, że gotów był iść do niej i naprawić swój błąd. Zanim jednak zdążył się na to zdobyć, drzwi skrzydła się otworzyły. Minerwa w towarzystwie wysokiego, niezbyt atrakcyjnego czarodzieja z siwizną na jajowatej głowie podeszła do Severusa, uśmiechając się zdawkowo.

— Severusie, poznaj proszę Hugh Whitlocka. Doktor Whitlock zajmuje się klątwami czarnomagicznymi w Mungo. — Mężczyzna wyciągnął dużą, owłosioną na wierzchu dłoń w stronę Severusa, który zmierzył go wzrokiem i nie odzywając się ani słowem, przyjął gest. — A to jest właśnie mój przyjaciel, o którym wspomniałam w liście. Profesor Snape jest zasłużonym bohaterem wojennym i cennym nauczycielem w naszej szkole. Chcielibyśmy, żeby powrócił do pełnej sprawności fizycznej.

Jasnozielone tęczówki Whitlocka zlustrowały postać Severusa, który stał w miejscu niewzruszony. Na oko wyglądający na pięćdziesiąt lat czarodziej wzbudzał zaufanie, nawet Snape musiał to przyznać. Jego wąskie, pomarszczone usta ciągle rozciągnięte były w nikłym uśmiechu, a głowa kiwała się raz po raz, kiedy Minerwa tłumaczyła stan zdrowia Severusa. Który czuł się powoli jak dziecko przyprowadzone do lekarza przez nadopiekuńczą matkę.

— Chciałbym obejrzeć tę ranę, jeśli nie ma pan nic przeciwko — stwierdził w końcu Whitlock, wskazując Snape’owi sąsiednie łóżko. Zanim jednak ciemnowłosy nauczyciel usiadł na wskazanym miejscu, posłał Minerwie cięte spojrzenie.

— Poradzę sobie — warknął pod nosem, wściekły, że musi się powtarzać. Kobieta skinęła głową i opuściła pospiesznie pomieszczenie, kiwając głową do Poppy, która poszła w jej ślady. Kiedy mężczyźni zostali sami, Severus spojrzał powoli na uzdrowiciela. — Z góry uprzedzam, że byłem już poddawany badaniom. Nie wykazały nic, czego sam bym nie wiedział.

— Jeśli dobrze zrozumiałem, kontaktował się pan z lekarzem przeszło trzy lata temu, zgadza się? — Medyk uśmiechnął się kwaśno, kładąc na łóżku swoją ciemnobrązową torbę. — Magomedycyna poszła do przodu, panie Snape. Proszę nie być takim sceptykiem.

— Minerwa chyba nie uprzedziła pana, kogo bierze pan jako swojego pacjenta — sarknął Severus, siadając na skraju łóżka szpitalnego. Whitlock prychnął pod nosem, zupełnie lekceważąc jego niemą groźbę. 

— Jak się pan pewnie domyśla w moim zawodzie rozdrażnieni pacjenci to chleb powszedni. Proszę ściągnąć koszulę — polecił. Zaczął grzebać w swoim przyborniku, dając Severusowi kilka chwil na rozpięcie szat, co okazało się zaskakująco trudnym zajęciem. Nie wiedział, po co dokładnie wciąż trzymał się tego samego surdutu zapinanego na milion guzików. Jego dłonie nie radziły sobie z nimi tak sprawnie, jak kiedyś i dopiero próbując je rozpiąć pod czujnym okiem uzdrowiciela, Snape poczuł, że potrzebuje zmiany. — Nie wygląda to tragicznie — skomentował Whitlock, kiedy w końcu jego oczom ukazał się nagi tors Snape’a. Przyjrzał się uważniej plamie na klatce, oceniając jej stan zewnętrzny. Uciskał palcami kolejne miejsca, wypytując czy cokolwiek boli, a Snape wywrócił oczami. Nie zamierzał się jednak odzywać do czasu, kiedy usłyszy diagnozę. Której, jak się domyślał, uzdrowiciel nie będzie w stanie postawić. — Przypnę to panu to klatki, co nieco zapiecze. Jeśli będzie to uciążliwe uczucie, proszę powiedzieć. 

— Niech mnie pan zaskoczy — mruknął Snape pod nosem. Poczuł zimny metal, który zetknął się z jego skórą i drgnął, czując niemal niewyczuwalny impuls. Wokół jego ramienia wytworzyło się małe, zamknięte pole magnetyczne, rzucające nikłą, niebieską poświatę dookoła. Impuls stawał się silniejszy z każdą chwilą i powodował drżenie całego ramienia, które ciemnowłosy mężczyzna starał się maskować zaciskaniem szczęki. Wpatrywał się przed siebie, czekając, aż uzdrowiciel w końcu zabierze głos, co nie wydarzyło się przez dobrych kilka minut. Monitorował na małym, kwadratowym wyświetlaczu stan Snape’a, który nawet nie zamierzał pytać, co takiego uzdrowiciel robi. Wiedział, że to i tak nic nie da. 

— Proszę się położyć i wyciągnąć ramię w górę — polecił Hugh. Odczepił urządzenie od klatki Severusa, a kopuła zniknęła z cichym pyknięciem. Jego brwi dosłownie na ułamek sekundy ściągnęły się ku sobie, kiedy przyglądnął się odczytowi z ostatniej chwili. Zerknął jednak na Snape’a, a widząc, że ten nie wykonał polecenia i wciąż wpatruje się w niego natarczywym wzrokiem, uśmiechnął się kwaśno. — Zna pan pojęcie współpracy? — spytał, przekręcając lekko głowę. Siwe włosy opadające na jego czoło zafalowały pod wpływem tego ruchu, a łysa część czaszki stała się nagle jeszcze bardziej widoczna. Zaczął uciskać przedramię Snape’a, kierując się ruchami w stronę ramienia, coraz mocniej naciskając silnymi palcami na zszargane mięśnie. Widząc grymas na twarzy pacjenta Whitlock zmarszczył brwi, ale nie przerwał badania. Dopiero kiedy jego dłoń zacisnęła się nad obojczykiem, westchnął zrezygnowany i cofnął się o krok. — Rozumiem, że jest pan uprzedzony i to z pewnością nie tylko do magomedycyny. Ale jeśli nie da pan się dokładnie zbadać, stanie się jedna z dwóch rzeczy. — Widząc, że przyciągnął uwagę znudzonego do tej pory Severusa, dodał: — Umrze pan niespodziewanie albo w cierpieniach. 

Snape zmrużył oczy. Nie spuszczał ciętego spojrzenia z magomedyka, sam przed sobą nie chcąc przyznać, że taki scenariusz w ogóle mu nie pasował. Nie sądził, że idiotycznie wyglądające badanie faktycznie coś da. Zaczął nawet podejrzewać, że mężczyzna chce go nastraszyć, choć po kilku sekundach wpatrywania się prosto w przyjazne oczy Whitlocka, porzucił tę myśl.

— Mordowanie mnie wzrokiem tego nie zmieni — dodał Hugh, siadając naprzeciw Severusa. — Już teraz jestem w stanie stwierdzić, że cokolwiek panu dolega nie zostanie rozwiązane tu i teraz. Podejrzewam, że zaklęcie, które trafiło pana podczas bitwy uszkodziło układ somatyczny do tego stopnia, że łuk odruchowy traktuje jako normalne coś, co nie stanowi dla pana zagrożenia. — Widząc, że na twarzy Snape’a przemknął cień niepokoju, kontynuował ciszej: — Nie jestem w stanie jednak stwierdzić tego z całą pewnością. Musielibyśmy podpiąć pana do monitora i obserwować przez co najmniej dobę, aby wykryć wszelkie anomalie…

— Cóż — wtrącił Snape, sięgając po czarny materiał — to nie wchodzi w grę. Jak pan widzi, mam tu swoje obowiązki i nie jestem w stanie ot tak zniknąć na kilka dni.

— Myślę, że oboje wiemy, że to kłamstwo — mruknął Whitlock, uśmiechając się krzywo pod nosem. — Nie rozumiem jednak po co zawraca mi pan głowę, skoro nie zależy panu na własnym zdrowiu.

Severus miał ochotę zakląć siarczyście. Wszyscy dookoła zdawali się ukrywać, że posiadając doktorat z psychologii. Łatwość, z jaką przychodziło im ocenianie cudzego życia i ich wyborów, dosłownie go rozbrajała i przyprawiała o chęć złowieszczego śmiechu.

— Skoro jest pan tak inteligentnym człowiekiem, zapewne zdążył się pan domyślić, że to nie ja tu pana ściągnąłem — warknął Snape. 

— Proszę zatem nie odrzucać pomocy, jaką wszyscy chcą panu ofiarować i zarejestrować się u nas jak najszybciej. Może to drobnostka, a może coś poważnego. — Whitlock uśmiechnął się kpiąco, irytując Snape’a jeszcze mocniej. Oczywiście, że blefował i nie ma opcji, żeby Severus umarł w męczarniach. — Nie dowie się pan, dopóki nie przeprowadzimy bardziej szczegółowych badań. Póki co, zalecałbym jednak nie nadwyrężać ręki.

Snape posłał uzdrowicielowi wściekłe spojrzenie i ubrał surdut. Słysząc, jak Whitlock pakuje metalowe urządzenie do torby, zaczął drżącymi dłońmi zapinać guziki, jednak w pewnej chwili zaklął pod nosem i machnął leżącą obok różdżką. Spojrzał na mężczyznę, który niemal z tryumfem w oczach przyglądał się tej scenie i odczuł gorzki smak porażki. Pierwszy raz w życiu to nie on miał idealną okazję, aby komuś powiedzieć „a nie mówiłem”. Pokręcił głową i wstał, ruszając od razu ku drzwiom wyjściowym. Zdecydowanie zbyt wiele czasu zmarnował na bezsensowne gadanie o badaniach i swoim stanie zdrowia. Poprzedni magomedyk również podejrzewał apraksję układu nerwowego, więc Severus wcale nie kłamał mówiąc, że lekarz nie jest w stanie niczym go zaskoczyć. 

Udało się to jednak Hermionie, która poderwała się gwałtownie z ławki, kiedy tylko Severus pojawił się w korytarzu.

— Jak poszło? — spytała przejętym tonem, podchodząc od razu blisko mężczyzny. Snape zerknął ponad jej ramieniem na Minerwę, która z założonymi ramionami unosiła wyczekująco brwi. 

— Zgodnie z planem — warknął, lekko popychając Hermionę w stronę wyjścia ze skrzydła szpitalnego. — Nic nowego.

— Coś przecież musiał ci powiedzieć — odparła sceptycznie Poppy. Jako jedyna nie wyglądała w tamtej chwili, jakby miała rozkleić się nad losem biednego Severusa, za co nauczyciel szczerze jej dziękował. Zerknął na nią przelotnie, zawieszając spojrzenie na jasnych tęczówkach Minerwy. 

— Owszem — dodał na odchodnym. — I z tego co wiem, mam prawo zatrzymać to dla siebie.

Hermiona drgnęła, nie spuszczając z mężczyzny zaniepokojonego wzroku, kiedy kroczył obok niej ku ruchomym schodom. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw i niespodziewanie jej dłonie zaczęły się pocić, a w głowie zamiast dialogów i scenariuszy rozmowy, znowu nastała pustka. 

W kompletnej ciszy dotarli pod pokój Severusa, który otworzył drzwi i zaprosił Hermionę gestem do swojego gabinetu, rozglądając się dyskretnie dookoła. Jedynymi osobami, które zanotowały ich zachowanie była dwójka drugoklasistów, która wracała do dormitorium. Severus zamknął drzwi i rzucił na nie zaklęcie wyciszające, wiedząc, że w cztery oczy ich rozmowa może potoczyć się w dosłownie którymkolwiek kierunku. Między innymi dlatego zaskoczył go fakt, że Hermiona zamiast zrzucić na niego grad pytań, przysiadła spokojnie na fotelu przed jego biurkiem.

— Napijesz się czegoś? — spytał machinalnie, podchodząc do biurka i odsuwając sobie fotel. Hermiona podniosła na niego wzrok, po którym od razu widział, że coś ją trapi. Może i tracił sprawność fizyczną, ale tej umysłowej nic nie było w stanie go pozbawić. 

— Nie, dziękuję — mruknęła cicho, spuszczając wzrok, kiedy spojrzenie ciemnych tęczówek stało się zbyt natarczywe. Severus skinął głową i zasiadł wygodnie w fotelu ułożywszy łokcie na oparciach. Wezwał skrzatkę i poprosił o melisę, a kiedy zniknęła z cichym pyknięciem, ponownie zaczął wpatrywać się w gryfonkę. Po dość krótkiej chwili okazało się, że żadne z nich nie ma zbyt wiele do powiedzenia i jedyne, co potrafią to wpatrywać się w siebie – chociaż Hermiona wolała tego unikać. Przygryzała wnętrze policzka, próbując zagłuszyć wyrzuty sumienia, które jednak zajmowały dosłownie każdą myśl, pojawiającą się w jej umyśle. 

Skrzatka dostarczyła tacę z filiżanką w momencie, w którym Hermiona myślała, że niezręczna cisza rozsadzi jej bębenki. Severus skinął głową stworzeniu, które ponownie rozpłynęło się z cichym pyknięciem i sięgnął po filiżankę. Niefortunnie chorą dłonią złapał srebrną łyżeczkę, która wyślizgnęła się spomiędzy jego palców i upadła z głośnym echem na murowaną posadzkę. Dźwięk ten wytrącił Hermionę z zamyślenia i kobieta zmarszczyła brwi, obserwując zachowanie Severusa. 

Zanim mężczyzna zdążył sięgnąć na podłogę, kątem oka zauważył, że jego towarzyszka wstała i podniosła łyżeczkę, kładąc ją obok podstawki.

— Nadal chce pan udawać, że wszystko jest w porządku? — spytała, nie wracając na swoje miejsce. Jej wzrok błądził po beznamiętnej twarzy Snape’a, próbując odnaleźć jakiekolwiek emocje. 

— To tylko łyżeczka — zaczął Severus, przecierając przedmiot skrawkiem szaty. Hermiona pokręciła z bezradności głową. Rozpuszczone loki rozsypały się dookoła zaczerwienionej twarzy, która wyrażała wszystko to, czego mężczyzna nienawidził w ludziach — współczucie i litość. — Och, daruj sobie. Chcesz, żebym ja dopisywał drugie dno do każdego twojego potknięcia? Bo akurat w tej kwestii miałbym wielkie pole do popisu.

— Proszę bardzo. — Gryfonka rozłożyła ramiona i spojrzała na byłego profesora wyzywająco. — Jeśli to ma panu pomóc, proszę sobie poużywać.

— Czego ty właściwie chcesz, Granger? Odnoszę wrażenie, że zaczynasz rozmowy tylko po to, aby się kłócić — warknął pod nosem Snape, unosząc lewą brew i odchylając się na krześle.

— To jest naprawdę ostatnie, czego w tej chwili chcę — mruknęła Hermiona, przysiadając ciężko przed biurkiem. Spojrzała na swoje dłonie, uchylając co chwilę usta. Nie wiedziała, jak poskładać zdania, żeby znów nie doprowadzić do kłótni. Po długich sekundach myślenia postanowiła jednak wyłożyć kawę na ławę i zrobić coś, czego obiecała sobie nie robić. — Przepraszam, że byłam wścibska. Przepraszam, że na siłę chciałam panu pomóc naprawić błędy. Ja po prostu…

— Taka już jesteś — wtrącił Snape. 

— Przynajmniej umiem się przyznać i przeprosić. — Hermiona podniosła łagodniejsze spojrzenie na jego twarz, która nosiła lekkie znamiona zaskoczenia. Nie dostrzegła jednak grymasu kpiny, co uznała za dobry znak. — Możemy zapomnieć, że tamta rozmowa miała w ogóle miejsce? 

Severus przez chwilę mierzył szatynkę wnikliwym spojrzeniem, mrużąc co jakiś czas ciemne oczy. W półmroku lochów to spojrzenie wydawało się o wiele bardziej krępujące, niż Hermiona mogła podejrzewać. Poczuła, że jej serce zaczęło szybciej bić, a ciało pod wpływem spojrzenia Snape’a zaczyna coraz mocniej się spinać. 

— Jestem pod wrażeniem, Granger — stwierdził w końcu mężczyzna. — Sądziłem, że nie jesteś w stanie zdusić w sobie chęci wtrącania nosa w cudze sprawy, a tu takie zaskoczenie.

— Jednak coś tam się zmieniło — zaśmiała się pod nosem gryfonka, co jednak zabrzmiało nieco nerwowo. 

Snape wyczuł niemą pretensję w jej głosie i postanowił odpłacić się za to, co Hermiona zrobiła. Wziął głęboki oddech i czując okropnie suchą gulę w gardle, zmusił się do wypowiedzenia po raz kolejny w jej obecności podobnego zdania:

— Jak widać i ja mogę się mylić. 

Uśmiech, jaki pojawił się na twarzy Hermiony dosłownie rozświetlił ponure wnętrze gabinetu. Widząc, że kobieta odetchnęła z ulgą, Snape pierwszy raz nie czuł się źle z tym, że postanowił odpuścić i nie ciągnąć dysput w nieskończoność. Zaczynał boleśnie zdawać sobie sprawę, że jej radość daje mu dziwną siłę napędową, a dziwne uczucie spokoju zmieszanego z ulgą zagnieździło się pod żołądkiem, kiedy młoda kobieta podniosła na niego wesołe spojrzenie. Wiedział już, że Hermiona Granger wdepnęła w jego życie i łatwo się jej nie pozbędzie.

Rozdziały<< Sojusz, Granger? – Rozdział 28Sojusz, Granger? – Rozdział 30 >>

Hachi ✨

Nieuleczalna fanka Pottera, zakochana w Sevmione. Wolne pisanie to moja pasja. Jeśli oczekujecie nowego rozdziału codziennie, to zły adres. Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań bez mojej zgody. wattpad: https://www.wattpad.com/user/HachiYuuko blogspot: (tylko stare opowiadania) https://acciosevmione.blogspot.com/

Ten post ma jeden komentarz

Dodaj komentarz