Sojusz, Granger? – Rozdział 17

Ranek nadszedł zdecydowanie za szybko. Severus starał się znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie, które odsunęłoby jego myśli od młodej samobójczyni ze skrzydła szpitalnego, jednak im bardziej próbował, tym gorsze skutki odnosił. W pewien sposób utożsamiał się z nią, ale nie potrafił zrozumieć, dlaczego posunęła się aż do próby odebrania sobie życia. Wiedział, że ludziom w życiu przytrafiają się przeróżne tragedie i dla każdego to pojęcie jest bardzo subiektywne. Jedni przeżywają coś, o czym nie śniło się innym, za to drugich ranią najdrobniejsze rzeczy. Nie potrafił obiektywnie ocenić jaką tragedią dla siedemnastolatki jest ciąża. 

Kiedy słońce zaczęło wyłaniać się zza horyzontu, a on nadal nie usnął, postanowił przestać próbować. Nie pierwszy raz zdarzało mu się iść niewyspanym na zajęcia. Pocieszał się jednak myślą, że jeśli przeżyje dzisiejszy dzień, jutro będzie miał wolne. 

Pijąc pierwszą tego dnia kawę, siedząc na swoim miejscu w Wielkiej Sali, obserwował bez większego zaciekawienia uczniów, którzy podobnie jak on wydawali się podekscytowani wizją skończenia piątkowych zajęć. Wyjątkowo miał ich dzisiaj mało, za to czekał go wieczorny obchód i musiał zadbać o to, aby ktoś podchwycił pierwszy haczyk. Nie ufał Granger na tyle, żeby wierzyć, że Horacy zaczął coś podejrzewać.

— Ciężka noc? — zagaiła profesor Hooch, która właśnie dosiadła się do stołu nauczycielskiego. Zerknął za nią powoli, jakby od niechcenia. Żyła jakby odseparowana od innych nauczycieli, dzięki czemu jako tako ją tolerował. 

— Jak każda — odparł bez cienia chęci do dalszej rozmowy. Zbyt mocno przyzwyczaił się do takiego tonu i wiedział, że będzie musiał to zmienić. — Dzisiejsza będzie gorsza.

— Ciesz się, że dostałeś w spadku dolne piętra — mruknęła Aurora ziewając pod nosem i nalała sobie do dzbanka świeżo parzonej kawy. Upiła łyk, a Severus zanotował pomruk zadowolenia, który z siebie wydała. — Minerwa chyba odgrywa się za to, że stanęłam po twojej stronie. 

— Czyżby przypadł ci w udziale dyżur z Clark? — prychnął Snape, zerkając na nauczycielkę starożytnych run, siedzącą nieopodal niego. Włosy jak zwykle miała schludnie zaczesane na karku, co w opinii mężczyzny tylko dodawało jej lat. Jej mina jasno wskazywała na to, że również nie spała zbyt dobrze. Za to osoba, którą zobaczył za jej plecami, a która właśnie weszła do Wielkiej Sali, wręcz tryskała energią. — A propos ciężkich nocy widać, że ktoś tu nie ma zbyt wielu zmartwień — powiedział głośniej, a Hermiona uśmiechnęła się do niego szeroko, siadając po prawej stronie profesor Vector. 

— Zgadza się, spałam wręcz wyśmienicie — odparła, sięgając po dzbanek z sokiem. Snape wykrzywił wargi, nie spuszczając z niej oczu i musiał przyznać, że rozpromieniona Granger była dziwnie przyjemnym zjawiskiem. Wciąż nie umiał przyzwyczaić się do postrzegania jej w kategorii kobiety, a nie uczennicy, ale coraz częściej się na tym łapał. Po części z uwagi na ich sprzymierze, a po części nie łatwo było nie zauważyć, jak wydoroślała.

Aurora zauważyła jego baczny wzrok i kiedy podążyła za nim, kącik jej ust drgnął.

— Nie wszyscy wstają lewą nogą, Snape — zagadnęła, odrywając jego uwagę od panny Granger. Spojrzał na nią pytająco, po czym odparł:

— Zgadza się. Niektórzy ich nie mają, więc są do tego fizycznie niezdolni.

Czarnoskóra nauczycielka zaśmiała się, sięgając po kawę, którą zaproponowała siedzącej obok Rolandzie. W spokoju udało im się dokończyć śniadanie, podczas którego w głowie Snape’a zaczął kiełkować pomysł na wieczór. Aurora była ciężkim orzechem do zgryzienia, gdyż z nią mężczyzna nigdy nie utrzymywał bliższego kontaktu. Poza zebraniami i posiłkami niemal nie wymieniali poglądów, więc nie wiedział o niej nic poza tym, co zdążył wydedukować po jej zachowaniu.

Słysząc w pewnej chwili śmiech Hermiony, Snape odwrócił instynktownie głowę w tamtym kierunku, a jego spojrzenie niespodziewanie napotkało opór w postaci zielonych oczu Minerwy. Od czasu pierwszej rozmowy o Christinie nie spotkali się na cowieczornej herbacie ani razu. Nie, żeby czuł z tego tytułu jakiekolwiek wyrzuty sumienia. 

— Słyszałam, że ta uczennica, panna Blakers, czuje się już lepiej — mruknęła Aurora, czując się nie do końca komfortowo siedząc pomiędzy dwójką profesorów. Snape odwrócił wzrok, beznamiętnie dopijając swoją kawę. Nie miał zamiaru mówić nikomu o sytuacji z poprzedniego wieczora. Nie widział takiej potrzeby, skoro rozwiązała się praktycznie samoistnie. 

— A co z jej rodzicami? — spytał Horacy, do tej pory całkowicie milczący. Wzrok całej trójki skierował się w lewo, na podstarzałego profesora, który wyglądał jak wrak samego siebie. Od tygodnia zamartwiał się zaistniałym problemem i nawet uczniowie zauważyli jego apatyczność. 

— Państwo Blakers przybędą do nas w niedzielę — odparła po chwili Minerwa, wpatrując się w pusty talerz. — Chcą porozmawiać z córką.

— Nagle wpuszczamy do Hogwartu każdego rodzica, który ma takie życzenie? — spytał zgryźliwie Snape, a Aurora zaciekawiona spojrzała na dyrektorkę. Rolanda, najmniej jak można było wywnioskować po jej minie obeznana z sytuacją, tylko siorbała cicho kawę.

— Regulamin przewiduje taką możliwość w kryzysowych sytuacjach. Na wyraźne życzenie rodziców — odparła dyrektor zmęczonym głosem. 

— Ty tu rządzisz — mruknął kwaśno Severus, odstawiając głośno filiżankę na podstawce. Wstał od stołu, zerkając szybko na Granger, która wychwyciła jego spojrzenie i skinęła ledwo zauważalnie głową. Kiedy wyszedł, standardowo trzaskając drzwiami od pokoju nauczycielskiego, odczekała niecałą minutę i przeprosiła Septimę, również opuszczając Wielką Salę. Zdążyła zauważyć zaciekawione spojrzenie, które posłała jej nauczycielka starożytnych run, ale nie zaszczyciła jej ani słowem. 

— „Ty tu rządzisz”? — rzuciła pytająco, dołączając do czekającego na nią za drzwiami Snape’a. Mężczyzna wywrócił oczami, otwierając przejście na korytarz i przepuścił ją przodem. 

— Czasem lepiej jest uniknąć konfliktu niż ciągnąć go do znudzenia — stwierdził, ruszając ku schodom. — Mam pewien pomysł na wieczór, jeśli jeszcze nie przeszła ci ochota.

Hermiona posłała mu wymowne spojrzenie, uśmiechając się półgębkiem.  

— W pana ustach brzmi to co najmniej dwuznacznie — zaśmiała się, kiedy przecięli hol. Nie miała zajęć aż do dwunastej, więc miała wiele czasu na przemyślenia, co Snape chciał wykorzystać, aby jak najlepiej przygotowała się do wieczornego przedstawienia. W jego głowie zrodził się pomysł na wykorzystanie Aurory, choć nie wiedział, czy w kwestii plotek uderza do właściwej czarownicy. 

— Zostaw takie wnioski na wieczór, Granger. Nie wyspałem się i nie miałabyś ze mnie wielkiego pożytku — oznajmił, zaskakując tym dziewczynę. Spojrzała na niego, uśmiechając się od ucha do ucha, a Snape zauważył nikły rumieniec na jej policzkach. 

— Trudno. Więc będę musiała poradzić sobie sama. 

Tym razem to Hermionie udało się zaskoczyć profesora. Zerknął na nią przez ramię, wychwytując jej rozbawione spojrzenie.

— Wracając do tematu. Jak wczoraj mówiłem, wieczorem czeka mnie obchód na niższych piętrach. Tak się składa, że Aurora będzie wtedy patrolowała górę zamku — powiedział przyciszonym głosem. Dziewczyna musiała zbliżyć się do niego, aby móc słyszeć słowa. Kiedy ich ramiona przypadkowo się ze sobą zetknęły przez jej rękę przebiegł dreszcz, elektryczna wiązka docierająca do najmniejszego mięśnia. Zignorowała to, tłumacząc to sobie poczuciem mniejszości, jakie mężczyzna w niej budził. 

— Rozumiem, że chce pan zacząć w dość oczywistym stylu? — spytała, wspinając się po schodach, które miały zaprowadzić ich na pierwsze piętro.

— Wolę improwizować. Minerwa to nie Voldemort, gdzie wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. A romans to w głównej mierze improwizacja. Więc zdam się na twoją wyobraźnię — odparł. 

— Musi to panu ciężko przychodzić, prawda? — spytała, a kiedy Snape spojrzał na nią pytająco, dodała: — Zaufać komuś.

— Nie ukrywam, że nie jest to najłatwiejsze zadanie z jakim miałem styczność.

— Rozumiem, że jeszcze pana do siebie nie przekonałam? 

Jej śmiech wytrącił go nieco z równowagi i przystanął, patrząc na jej plecy skryte pod granatową, nauczycielską szatą. 

— Chyba umknął mi moment, w którym próbowałaś — mruknął, kiedy kobieta również się zatrzymała i spojrzała na niego z góry. Dopiero stojąc trzy schodki wyżej mogła to zrobić i zaskoczyło ją, jakie uczucie to w niej obudziło. W pewien sposób poczuła się równa mężczyźnie, który zawsze był dla niej autorytetem. Nawet po powrocie do Hogwartu jako nauczycielka. 

— Więc muszę się bardziej postarać — stwierdziła cicho, przestając się nagle uśmiechać. Napięcie, jakie wytworzyło się pomiędzy dwójką czarodziei zaskoczyło ich oboje, ale młoda gryfonka nie była tak doświadczona w ukrywaniu emocji. Otrząsnęła się i ruszyła dalej, a on bez słowa podążył za nią. — Gdzie się spotkamy?

Snape zorientował się, że schody zaprowadziły ich do wejścia na pierwsze piętro i Hermiona jedną nogą stoi już na platformie. Zlustrował ją uważnym wzrokiem, zaciekawiony jej nerwowym tembrem głosu. 

— Zacznę pewnie od lochów, więc jakoś mnie znajdziesz — oznajmił, nie do końca świadomie przybierając zwyczajową, poważną maskę. Irytowało go, że luźne rozmowy z Granger przyprawiały go o nikły uśmiech. Denerwowało go, że przy niej tracił umiejętności powagi. Że opuszczał maskę, którą stworzył dla własnego bezpieczeństwa.  

— Dobrze — mruknęła, słysząc w jego głosie zmianę. Skinęła mu głową i odwróciła się na pięcie, kierując się szybko do swojego pokoju. Zamknęła się w nim, próbując uspokoić dygoczące lekko serce. 

Gdyby ktoś jej powiedział, że będzie prowadzić pogawędki ze Snape’em zaśmiałaby mu się maniakalnie w twarz. Ale czemu się dziwić, pomyślała. Zgodziłam się udawać jego dziewczynę. 

— Sowa przyleciała, kiedy profesor nie było — odezwał się nagle portret siwego starca, który jak zwykle siedział w rogu obrazu, przy małym okrągłym stoliku. Czytał jakieś opasłe tomiszcze i nawet nie podniósł wzroku, kiedy Hermiona na niego spojrzała.  

— Dziękuję, panie Stallsbury — mruknęła, podchodząc szybko do okna. Na parapecie, przy uchylonej okiennicy, faktycznie leżała zapieczętowana jeszcze koperta. Dziewczyna poznała pismo od razu i bezzwłocznie rozerwała opakowanie, rozkładając papier.

 

Droga Hermiono,

 

Na wstępie chciałem zaznaczyć, że nie musisz się na nic godzić. Wiem, że masz mnóstwo pracy i nie będę miał do Ciebie pretensji, jeśli jednak odmówisz.

Po spotkaniu z adwokatem udało mi się dowiedzieć, że jeśli zbiorę wystarczającą ilość świadków i dowody na niewinność Draco, Wizengamot być może rozpatrzy moją prośbę o apelację. Problem leży jednak w jednym i drugim, bo w Weasleyach nie mam żadnego oparcia. Poza Ginny. Ale ona zachowuje się dość… dziwnie. 

W związku z tym nie mam też szans na wspomnienia od ludzi, którzy widzieli co Draco zrobił podczas walki. Nikt nie uwierzy w moje, bo sądzą, że mogłem je sfabrykować. Rozumiesz? Nie wiem, co oni myślą, że skoro wciąż go nienawidzę to chciałbym wyciągać go z więzienia za wszelką cenę?

Nie wiem, kto jeszcze mógł widzieć całe zajście. Zapewne nikt nie zwracał na niego uwagi poza momentami, kiedy był przeciwko nam. I Draco to wie. Rozmawiałem z nim i on w ogóle nie chce słyszeć o apelacji. A jak mu powiedziałem, że to już się dzieje to wyrzucił mnie z celi. Wyrzucił, Hermiona, rozumiesz? Ja… Sam już nie wiem, co mam robić. 

 

Twój,

Harry

 

Hermiona z ciężkim sercem odłożyła list na biurko, przymykając powieki. Boleśnie uderzyło w nią, że Potter miał rację. Nikt nie stanie w obronie zdrajcy. Zbyt dobrze wiedziała na przykładzie Snape’a, jak ciężko było zmusić ludzi do porzucenia uprzedzeń. Przysiadła za biurkiem, dotykając drżących ust opuszkiem palca. Zaczęła nerwowo nim poruszać, przygryzając co jakiś czas paznokieć. 

Sama nie była pewna tego, co widziała. Harry słusznie zauważył, że podczas walki o własne życie ludzie nie zwracają uwagi na innych i na to, co dzieje się dookoła. Gorączkowo próbowała przypomnieć sobie, kto mógłby poświadczyć o niewinności chłopaka, jednak żadne nazwisko nie przyszło jej do głowy. 

Poza jednym. 

Z postanowieniem rodzącym się w głowie złożyła list. Postanowiła nie odpisywać, dopóki nie będzie miała dla Harry’ego żadnych wieści. A jeśli nie uda jej się wskórać niczego, sama zgłosi się na świadka. Być może zostanie odrzucona, być może jej wspomnienia zostaną uznane na bezużyteczne, ale nie wybaczyłaby sobie, gdyby tak po prostu się poddała.

Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego rodzina Weasleyów tak mocno zaparła się w niechęci do Draco. Nienawidzili głównie Lucjusza, a przecież nie można było winić syna za winy ojca, o czym ona jedyna zdawała się pamiętać. Mimo urazów, jakich przysporzył jej młody dziedzic, powoli rozumiała jego zachowanie. Wiele rozmów musieli odbyć, aby tak się stało, ale nie żałowała. Ślady po bolesnych słowach Draco dawno temu się zabliźniły, a teraz były jedynie mglistym wspomnieniem. 

Musiała znaleźć sobie zajęcie do czasu rozpoczęcia lekcji. Nie miała ani żadnych sprawdzianów, ani esejów, które mogłaby sprawdzić i powoli zaczynała odczuwać, że ta praca faktycznie ją nudzi. Cokolwiek by nie robiła, jej uczniowie podchwytywali z entuzjazmem, który zaczynał ją denerwować. Wszystko szło za prosto. 

— Przeklęta Minerwa — mruknęła pod nosem w pewnym momencie, nieświadoma, że wypowiedziała te słowa na głos.

— Język, proszę — upomniał ją Albert, który wyrwany z lektury spoglądał na nią surowo z ram swojego obrazu. — W twoim wieku nie przystoi używać takich słów.

— A w jakim przystoi? — odgryzła się, wiedząc, że stary czarodziej nienawidzi droczenia się.

— Damom nie przystoi w żadnym, moja droga — mruknął, mierząc ją oceniającym wzrokiem. Hermiona otworzyła usta, chcąc coś odpowiedzieć, ale wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Zaskoczona spojrzała na nie, nie mając pojęcia, kogo o tej godzinie mogło tu przywiać. 

— Proszę — zawołała, prostując się lekko. Klamka nacisnęła się, a chwilę później w przerwie między drzwiami a framugą pojawiła się Cassie Jensen. Uśmiechnęła się do niej nieśmiało, jakby bała się wejść do środka. — Cassie. Co za miła niespodzianka. 

Dziewczynka wsunęła się niepewnie do środka, a Hermiona dopiero wtedy zauważyła, że w jej dłoniach znajduje się niewielkie pudełeczko zawinięte w ładny, bordowy papier. 

— Pani profesor, bo… — Na pulchnych policzkach puchonki wykwitł rumieniec, kiedy podeszła powoli do biurka i stanęła przed nauczycielką. — Ja chciałam podziękować.

Nerwowym gestem położyła na stosiku papierów prezent, a Hermiona zaskoczona spojrzała na niego pytająco. 

— Nie masz za co, Cassie — odparła, kiedy pierwszy szok minął. Posłała uczennicy pogodny uśmiech i dodała: — I nie trzeba było…

— To czekoladki, takie jak pani lubi — powiedziała szybko uczennica, zakładając dłonie na brzuchu. Wykręciła palce, uśmiechając się bardziej do siebie, niż do nauczycielki. 

— Dziękuję, Cassie. — Hermiona uśmiechnęła się szerzej, wskazując jej jeden z foteli przed biurkiem. Cassie przysiadła na nim niepewnie, rozglądając się ciekawskim wzrokiem po pokoju. — Powiedz mi jak wyglądają teraz twoje relacje z Frankiem?

— Ja… — zaczęła, rumieniąc się jeszcze mocniej, a wtedy w szparze pojawiła się głowa wspomnianego chłopaka, który musiał wyłapać swoje imię. Uśmiechnął się szeroko do Hermiony, a ta z nieukrywanym zaskoczeniem spojrzała to na niego, to na Cassie. 

— Chodź, Frank, nie wstydź się — zaśmiała się młoda nauczycielka, gestem zapraszając go do środka. Chłopak bez większej krępacji wszedł do środka, zamknąwszy za sobą drzwi i usiadł obok dziewczyny, przypatrując się jej co chwila. — Więc jak to z wami jest, co? Doszliście do porozumienia?

— No raczej, pani profesor — odpowiedział wesoło gryfon. Spojrzał na swoją nową koleżankę, która szturchnęła go lekko w ramię. — Chyba zmienię zdanie o puchonach.

— Nie wiem czy chcę wiedzieć, jakie było przedtem — stwierdziła ciszej Hermiona. Widząc dwójkę uczniów nie umiała przestać się uśmiechać, zwłaszcza, że w jej głowie nieustannie krążyła myśl o Draco. Zastanawiała się, jak wyglądałyby ich relacje, gdyby byli choć trochę podobni do Cassie i Franka. 

— Jakby co, to pomagałem wybierać — mruknął konspiracyjnym tonem, wskazując na paczuszkę. 

— Wcale nie! — zawołała oburzona Cassie, zerkając na chłopaka. — Chciałeś wziąć miętusy, a przecież Hagrid powiedział, że pani profesor ich nie lubi!

Złapała się za usta, najwyraźniej zdradzając wielką tajemnicę. Hermiona roześmiała się. Mogła domyślić się, że to gajowy podsunął dzieciakom pomysł na prezent i podejrzewała już, jakie słodycze znajdują się w środku. 

— Niech mu pani nie mówi, że się wygadaliśmy — poprosiła cicho. 

— Nic nie powiem, ale zmykajcie już, bo zaraz zaczną się lekcje — odparła wesoło, wymownie unosząc brwi. Jak za zawołanie ze strony korytarza dobiegł ich donośny dźwięk dzwonu, oznajmiającego rozpoczęcie się zajęć. Uczniowie w pośpiechu zebrali się z krzeseł, a na odchodnym Cassie uśmiechnęła się do Hermiony, która bezgłośnie powiedziała: — Powodzenia.

Dziewczynka skinęła głową i uciekła, podążając za nowym kolegą do klasy. Hermiona uśmiechnęła się pod nosem, opierając się na fotelu. Wzięła do ręki pakunek, rozrywając delikatnie papier. Znalazła w środku różowe opakowanie kostek kokosowych, które rzeczywiście były jej ulubionym przysmakiem sprzedawanym w Miodowym Królestwie. Nie oparła się pokusie i otworzyła paczkę, wyciągając ze środka jeden z pudrowych cukierków. Nie jadła ich od wieków, jednak smakowały tak dobrze, jak zawsze. Przymknęła oczy, czując słodki smak rozpływający się po języku. 

Prezent od panny Jensen tak poprawił jej humor, że z uśmiechem na ustach weszła do klasy, kiedy tuż przed lunchem udała się na zajęcia. Uczniowie spoglądali na nią zaciekawieni, nie bardzo rozumiejąc zmianę nastroju nauczycielki.

— Dzisiaj będzie trochę na słodko — zaczęła, wyciągając z kieszeni szaty swoją różdżkę. Położyła ją na stole, jako demonstrację tego, że te zajęcia nie dotyczą magii i kontynuowała wykład na temat mugolskiego cukiernictwa. Opowiedziała uważnie przysłuchującym się uczniom, jak piecze się ciasta bez użycia zaklęć i jak działa piekarnik. Ku jej zaskoczeniu temat wywołał entuzjazm u żeńskiej części studentów, zwłaszcza u starszej części. Zadowolona doprowadziła lekcje do końca, na koniec przypominając, że został miesiąc do końca pierwszego semestru i czeka ich jeden ważny egzamin. Podała tematy, z których chce ich przetestować, a kiedy rozległ się dzwon, zadowolona kobieta kompletnie nie pamiętała już o złości na profesor McGonagall. 

Jednak im bliżej było do wieczora, tym bardziej wyczuwała w żołądku stres. Każda minuta, która mijała uświadamiała jej, że dzisiaj rozpocznie się coś, z czego później ciężko jej będzie zrezygnować. Cały czas nie mogła pozbyć się myśli, że w pewien sposób pali za sobą mosty. Po całej historii nie będzie mogła wrócić jako dawna Hermiona Granger.

Kiedy wybiła godzina dwudziesta druga trzydzieści z ciężkim sercem ruszyła na trzecie piętro. Zdenerwowanie wypaliło dziury w jej mózgu i nie mogła przypomnieć sobie żadnego scenariusza, który ułożyła w głowie. Dotarła do końca korytarza, spodziewając się, że o tej porze Snape powinien skończyć patrolować lochy i parter. Zatrzymała się, nasłuchując jakichkolwiek głosów z dalszej części budynku, jednak w zamku panowała głucha cisza. Słyszała jedynie dudnienie swojego własnego serca.

To się nie uda, powtarzała sobie. Próbowała zachować optymizm, jednak coś podpowiadało jej, że spalą w całości plan. A jeśli nauczycielka numerologii odbierze to zupełnie opacznie i zamiast podchwycić haczyk, naskarży Minerwie, że Snape nie wykonuje swojej pracy? Nie wierzyła w taki scenariusz, bo Aurora nie należała do tego typu ludzi, ale wolała przewidzieć każdą możliwą wersję.

— Stęskniłaś się? — usłyszała za plecami i odwróciła się gwałtownie, stając niemal twarzą w twarz ze Snape’em. Niemal, bo w rzeczywistości prawie nadziała się na jego podbródek. Dzieliło ich prawie osiem cali, więc musiała zadrzeć mocno głowę, aby na niego spojrzeć. 

— Bardziej, niż się panu wydaje — odparła teatralnie słodkim tonem, uśmiechając się jednak pod nosem. — Jak mija obchód?

— Wyjątkowo spokojnie. Nie miałem okazji odjąć żadnych punktów — przyznał z nieukrywanym zawodem mężczyzna. 

— Dzień bez ujemnych punktów to dzień stracony. Dobrze, że jeszcze się nie skończył — stwierdziła ze śmiechem. Snape przytaknął, wskazując ręką na schody. 

— Przejdźmy się — poprosił miękkim głosem, który wywarł na Hermionie dziwne wrażenie. Nie pasował do niego, jednocześnie komponując się z jego osobą w nadzwyczajny sposób. 

— Profesorze…

— Severus — poprawił ją natychmiast, zerkając na nią przez ramię. 

— Przepraszam. Wciąż próbuję się przyzwyczaić — burknęła dziewczyna pod nosem. Odczekał, aż znajdą się na drugim piętrze i pozwolił jej dokończyć, co zaczęła. — Dostałam list od Harry’ego.

— Coś ciekawego?

— Prosił, abym wstawiła się za Draco. Jest szansa na apelację i zapewne Wizengamot zbierze się na ponowne obrady, jeśli do nich dojdzie, a wtedy…

— Hermiona — przerwał jej, zatrzymując się w pół kroku i odwracając w jej stronę. — Dobrze wiesz, że do tego potrzeba mocnych dowodów i świadków, a z tego co mówiłaś, brakuje mu jednego i drugiego.

Młoda kobieta zaskoczona tym, jak dziwacznie jej imię brzmi w jego ustach w pierwszym odruchu uchyliła lekko usta. Patrzyła jedynie w jego oczy, nie widząc w nich jednak nic nadzwyczajnego poza nieprzeniknioną pustką. Przypomniała sobie jednak rozmowę z poprzedniego dnia i wiedziała, że to tylko gra. Gdzieś w sercu poczuła lekkie ukłucie, że nigdy nie mógłby być dla niej tak miły. 

— Dlatego chciałam spytać, czy w razie potrzeby stawiłbyś się w sądzie — odparła na wdechu, nadając swojemu głosowi nienaturalnej, proszącej barwy. — To jedyne wyjście, jakie widzę, a Harry’emu na tym zależy jak na niczym innym… A mnie zależy na nim.

Spojrzała na niego mając wrażenie, że serce zatrzymało jej się w przełyku. Czuła gorąc na karku i skraplające się na nim krople potu, ale nie dała po sobie poznać, jak bardzo się denerwuje. A Snape, któremu najwyraźniej udawanie przychodziło bez większego wysiłku, nie ułatwiał jej zadania. 

— Gdzieś mam Pottera i jego problemy — odparł twardo, ale kiedy spojrzał na nią, w jego oczach błysnęło coś niezrozumiałego. Nie poruszył się, jednak dodał ciszej: — Ale jestem skłonny to przemyśleć, jeśli dostanę coś w zamian. 

— To szantaż? — spytała z niepewnym śmiechem. Czuła, że w każdej chwili może dojść do konfrontacji z Aurorą i obawiała się tej chwili z każdą mijającą sekundą. Ta gra dręczyła jej umysł i nie potrafiła już stwierdzić z pewnością, czy grają. A jeśli tak, to czy Snape potraktuje jej prośbę poważnie.

— Szantażem to jest proszenie mnie o przysługę dla chłopaka, który zatruwał mi życie przez siedem lat — stwierdził kwaśno. — Zwłaszcza, że dobrze wiesz, że dla ciebie się na to zgodzę. 

Ton jego głosu przyprawił ją o ciarki. A jego cichy głos i uczucie, jakie się w nim pojawiło, odebrało jej na chwilę zdolność mówienia. Nie przerwała jednak gry, chociaż nie wiedziała do końca po co ją ciągną. Nie widziała nigdzie nauczycielki numerologii, ani żadnego innego czarodzieja. Chyba, że Snape testował jej grę aktorską. Gryfońska duma natychmiast się odezwała, przełączając w jej mózgu ukryty tryb. 

— A jeśli… — mruknęła, uśmiechając się do Snape’a nieśmiało. — A jeśli ci to wynagrodzę?

Zauważyła drżenie w kącikach jego ust i zaczęła gorączkowo zastanawiać się, czy mu się to spodobało czy może ukrycie się z niej naśmiewał. Nie była dobra w flirtowaniu, prawdę mówiąc, robiła to pierwszy raz. Miała świadomość, że mogło to wyjść nieco komicznie.

— Co powiesz, żebyśmy zrobili to w tej kolejności? — spytał podobnym tonem, który w jego wykonaniu zabrzmiał o wiele bardziej przekonująco. Poczuła dziwne ciepło, rozpływające się w jej lędźwiach. 

— Zostało jeszcze jedno piętro — zauważyła, rozglądając się niby mimochodem po korytarzu. W cieniu, gdzie kończył się korytarz i można było wyjść na schody, dojrzała niewyraźną, ciemną plamę. Więc jednak wiedział, pomyślała. 

— I wiele pustych sal — dodał Snape, unosząc brew. Hermiona spojrzała na niego wymownie, co mężczyzna skwitował krótkim, urywanym śmiechem. Podszedł do niej, niespodziewanie kładąc jej dłoń na przedramieniu i zanim zdążyła zareagować, przyłożył zimne usta do jej czoła. Złożył na nim szybki pocałunek, nie patrząc już jednak w jej oczy, a kiedy cofnął się o krok, powiedział: — Zajrzę do ciebie później, jeśli chcesz.

— Dobrze — wyszeptała cicho, patrząc na niego jak w transie. Snape posłał jej szybkie spojrzenie i odszedł, zostawiając ją z mętlikiem w głowie i dziwnym, przenikającym jej ciało uczuciem, że wcale nie zna tego mężczyzny. Nie spodziewała się po nim takiej czułości, nawet udawanej. Obejrzała się za nim mimowolnie, a kiedy jego postać zniknęła w zaułku korytarza, odetchnęła głęboko. 

Dla niego gra się skończyła, ale dla niej — jeszcze nie. Zamknęła oczy, usiłując skupić się na wspomnieniach Wiktora i jego pocałunków, ale w głowie wciąż miała zimne, nieruchome usta Snape’a, które musnęły jej czoło. Potrząsnęła głową, próbując je od siebie odgonić, kiedy usłyszała odbity od sklepienia dźwięk obcasów. Nie dobiegał zza jej pleców, co nieco ją zdziwiło, a z zaułku, w którym zniknął profesor.

— Hermiona? — Anabella, która niespodziewanie się wyłoniła z ciemności, wydawała się zaskoczona jej obecnością. Zerknęła za siebie, marszcząc jasne brwi, a młodsza kobieta domyśliła się, że musiała minąć się ze Snape’em. — Co tu robisz?

— Ja… wracam do siebie — odparła, siląc się na nerwowy ton. — A pani?

— Kończę obchód, Minerwa przydzieliła mnie do pomocy — mruknęła, przypatrując się dziewczynie pytająco. Hermiona zaczerwieniła się, zawstydzona tym z jaką intensywnością to robiła i spuściła głowę, kiwając starszej profesorce na odchodnym. 

— Dobrej nocy — bąknęła i minęła czarownicę, szybko oddalając się w kierunku schodów. Profesor Clark odwróciła się za nią, odprowadzając ją wzrokiem, aż nie zniknęła w półmroku korytarza. Uniosła brew, czując dziwne uczucie, kiedy fakty zaczynały się łączyć w jakąś całość. 

— I jak? Pusto? — usłyszała za plecami, a kiedy odwróciła się dostrzegła wychodzącą z najdalszej sali Aurorę. Skinęła głową, wciąż marszcząc brwi. 

— Pusto, żadni uczniowie nie kręcą się po zamku. Za to minęłam się z panną Granger — oznajmiła sugestywnym tonem.

— Co w tym dziwnego? — spytała od niechcenia czarnoskóra czarownica, unosząc pytająco brew.

— Chwilę wcześniej spotkałam też Severusa — przyznała ciszej Anabella, jakby to była jedna, wielka tajemnica. 

Jej rozmówczyni spojrzała na nią z litością, kręcąc lekko głową. 

— Nie dopowiadasz sobie za dużo? Może Minerwa przypisała ją, tak jak ciebie, do pomocy? — spytała, kierując się ku wyjściu z korytarza. Anabella ruszyła za nią po chwili, szybko doganiając koleżankę. Nie mogłaby zasnąć, gdyby nie podzieliła się z kimś swoimi podejrzeniami.

— Nie wydaje ci się to dziwne, że nic nam o tym nie powiedziała? — zaczęła konspiracyjnym szeptem, zerkając wymownie na idącą obok Aurorę. 

— Nie, nie wydaje mi się to dziwne — odparła z westchnieniem Sinistra. — Po ostatnich wydarzeniach wzmożone bezpieczeństwo wydaje się akurat na miejscu.

— Nie widziałaś ich, Auroro — mruknęła niepocieszona profesorka. Stanęły na szczycie schodów, obserwując szybko zbiegającą po nich Hermionę, która chwilę później zniknęła im z oczu. — Ja wiem, że coś się święci.

— Jakbyśmy miały mało pracy — odparła twardo Aurora, kręcąc głową z dezaprobatą. Spojrzała na koleżankę, która marszczyła brwi, wciąż patrząc w miejsce, gdzie zniknęła Hermiona. Wiedziała, że jej słowa trafią w niebyt, a Anabella nie odpuści. Za to Hermiona, która skryła się za filarem, odetchnęła głęboko. Sojusz Granger-Snape właśnie zarobił punkt.

Rozdziały<< Sojusz, Granger? – Rozdział 16Sojusz, Granger? – Rozdział 18 >>

Hachi ✨

Nieuleczalna fanka Pottera, zakochana w Sevmione. Wolne pisanie to moja pasja. Jeśli oczekujecie nowego rozdziału codziennie, to zły adres. Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań bez mojej zgody. wattpad: https://www.wattpad.com/user/HachiYuuko blogspot: (tylko stare opowiadania) https://acciosevmione.blogspot.com/

Ten post ma jeden komentarz

Dodaj komentarz