Trzeci Raz – Rozdział XIX

tłuszczu i skrzywił się. – Gus, na Allaha, ty czasami sprzątasz?!

Gus przełknął zaskoczenie i uśmiechnął się, prostując.

– Dobry wieczór – powiedział uprzejmie. – Owszem, zamierzałem. Właśnie po kolacji. Chcesz się załapać? Jeszcze trochę zostało.

Dris zerknął na patelnię i skrzywił się jeszcze bardziej.

– Nie. Chcesz coś?

Starszy czarodziej wstał i podszedł zerknąć na zakupy. Dris nie chciał kupować wszystkiego na raz, żeby nie przyciągać niczyjej uwagi, więc wczoraj przyniósł mu tylko chleb, trochę wędliny i sera oraz mleko. I zapomniał o notatkach. Przeglądając zawartość toreb Gus stwierdził, że tym razem też o nich zapomniał. Niech cię szlag trafi i nie tylko.

– Owszem. Notatki – szturchnął palcem w pierwszą półprzeźroczystą torbę z jakimś dziwnym, niczego nieprzypominającym rysunkiem. – Prócz jedzenia chciałbym też móc popracować nad planami.

Wzniósłszy oczy ku niebu Dris westchnął ciężko. Ani wczoraj, ani dziś nie miał głowy do tych szpargałów. Wczoraj wyszedł z Ministerstwa dopiero po dziewiątej wieczorem i to było trochę za późno na wizytę u Hermiony. Dziś nie dane mu było nawet wyrwać się na obiad, bo ciągle ktoś coś od niego chciał i na każdą osobę, która wychodziła z jego gabinetu zjawiały się kolejne dwie lub trzy. Jak szarańcza. Jego entuzjazm co do tej części planu spadł szybciej niż temperatura na pustyni po nastaniu nocy. Wreszcie uciekł po ósmej, tylko po to, żeby odkryć, że u Hermiony ktoś już był.

Siedzieli w salonie, ale zaglądając od ulicy Drisowi nie udało się nic dostrzec – firanka czy zasłona wszystko przesłaniała i widział tylko czasem niewyraźne poruszające się kształty. Gdyby to była jakaś inna kobieta, albo nie zależało mu tak na niej, wpadłby do niej już dawno, czy spróbował wśliznąć się do jej jaźni, ale to zniszczyłoby wszystko, co sobie zaplanował, więc tylko powtarzał pod nosem wszystkie najgorsze klątwy Francuzów i Anglików jakie kiedykolwiek usłyszał i czekał*. Aż do niedawna.

Jedna z sylwetek ruszyła w stronę wyjścia, a chwilę później zaświeciło się światło na klatce schodowej. Dris wbił wzrok w drzwi wejściowe do budynku i czekał, lecz sekundy mijały, układały się w minuty i nikt nie wychodził. Co znaczyło, że albo był to jakiś sąsiad czy sąsiadka, albo wyszedł na tylne podwórko, żeby się deportować. Czyli był magiczny. Jeśli to był mężczyzna, był już trupem – to jedno Dris wiedział z całą pewnością.

Odczekał jeszcze chwilę, po czym zajrzał do sklepu nocnego niedaleko, wepchnął do toreb co nawinęło mu się pod rękę i musiał się powstrzymywać, żeby nie zabić sarkastycznego sprzedawcy.

Przy tym wszystkim notatki Gus mógł sobie wsadzić tam, gdzie nawet światło księżyca nie dociera.

– Ty układałeś prawie cały plan, robiłeś wszystkie notatki, nie powiesz mi chyba, że nic z tego pamiętasz, co? – prychnął.

– Książę, gdzie twoje dobre maniery – zacmokał Gus i uśmiechnął się, bo to przypomniało mu Lucjusza Malfoya. Ten drań miał to opanowane do perfekcji. – Nie widzę też Proroka ani innych gazet. O ile możesz się odwoływać do mojej pamięci, nie każesz mi chyba być wieszczką i zgadywać, co się dzieje na świecie?

– Od wczoraj nic ciekawego. Jutro wysyłamy fale, więc podrzucę ci gazety przy okazji – odparł Dris, zerkając na zegarek. – I plany też. Pod warunkiem, że je znajdę. Do widzenia.

Po czym wyszedł podobnym marszowym krokiem.

– Wygląda na to, że coś ci dziś poszło nie tak, Ali Babo – wymruczał pod nosem Gus, odsuwając torby bardziej na środek. – Czyżby szczęśliwa gwiazda zgasła?

Czas też się kończył. Jeśli jutro Ali Baba nie przyniesie planów, będziesz musiał mu je wykraść… Nie chciał dopytywać się o nie zbyt natarczywie, bo nie mógł dopuścić do tego, by Dris powziął choć najlżejsze podejrzenie i gdzieś je ukrył. Póki nie miał planów, nie mógł go wyeliminować. A jeśli Te-Z-Drugiej-Strony były bardzo wygłodniałe, Aurorzy mogli potrzebować go już wkrótce, by zamknąć Portal.

Poza tym jutro mieli wysłać fale DRISA, nie ICH – nie miał pojęcia, co w nich było, za to miał pewność, że nie miały mu się spodobać. I że trwało to już od dłuższego czasu.

To też należało skończyć.

Prędko.

——

* Oficjalnie język arabski jest „czysty” i przekleństwa w nim nie istnieją. W rzeczywistości owszem, istnieją, ale nie są zbyt wyszukane. Jednym z gorszych jest „hara un nuss” czyli „półtora gówna”. Kiedy Arabowie muszą porządnie zakląć, sięgają po prostu po znane zwroty w innych językach.

 

 

Środa, 14 lipca

Londyn, 39 Benton Road, dom Arvina,

Po 16-tej

 

Hermiona wyszła dziś z pracy wcześniej. I nie tyle „wyszła”, ile po prostu „uciekła”. Miała dość ponurego Archiwum, porządkowania akt, których treść zupełnie do niej nie docierała choć zajęła się Sekcją Umysłu, która była jej najbliższa. Miała też dość głuchej ciszy, która nie odrywała jej myśli od wczorajszego wieczoru, nocnych przemyśleń i zasmarkanych chusteczek, oraz ścian i niskiego sklepienia, napierających z każdej strony i wzmagających ból, który ją ogarnął.

Więc tuż po czwartej wypadła na zewnątrz. Na słońce, na świeże powietrze. Zanurzyła się między ludzi i poczuła, że to jest to, czego potrzebuje – zająć się czymś, żeby zapomnieć o przeklętym Snape’ie, własnej głupocie i stracie czegoś, co tak naprawdę nigdy nie istniało.

A jeśli chodzi o zajęcie się czymś – przede wszystkim musiała odebrać metokarbamol z hurtowni leków. Gdyby tego nie zrobiła, hurtownia wysłałaby do King’s ponaglenie, a do tego w żadnym wypadku nie mogła dopuścić.

Odebrać nie oznacza dać mu go. Nie zdążyła jeszcze zdecydować czy być tą słowną, rzetelną Hermioną Granger, na której zawsze można było polegać niezależnie od okoliczności czy też przestać odgrywać Gryfonkę, przestać być durną idiotką i nie pozwolić już więcej dać się wykorzystywać, ale na to miała jeszcze kilka dni.

Hurtownia leków była po drugiej stronie Londynu. Hermiona aportowała się, ale nie przed samą hurtownię, lecz w tamtą okolicę i ruszyła szerokim chodnikiem lekko ocienionym rosnącymi rzadko drzewami.

I z każdym krokiem odżywało coś w niej – dawna Hermiona, sprzed chwili, gdy zaczęli ze sobą pracować… „Pracować”! Jakie tam „Pracować”! Od kiedy ten drań postanowił cię wykorzystać! Raczej sprzed dnia, kiedy przyszłaś do jego kwater! Albo kiedy znalazłaś Stevena! Czy nawet lepiej, zanim się spotkaliście! Zanim kiedykolwiek w życiu ujrzałaś go na oczy!

Wymijając ludzi idących w tym samym kierunku, unikając wpadnięcia na tych z przeciwka, chyba cudem łapiąc się na same zielone światła, lawirując między latarniami, źle zaparkowanymi samochodami, przystankami autobusowymi, jakimiś durnymi słupkami i cholernymi kubłami na śmieci, Hermiona dotarła do hurtowni i zatrzymała się gwałtownie.

Zdała sobie sprawę, że nie wymyśliła jeszcze, jak odebrać zamówienie.

Oraz że ledwo udaje się jej złapać oddech.

 

Odebranie zamówienia okazało się tym razem bajecznie proste. W hurtowni panowało przeraźliwe zamieszanie, Hermiona nie załapała, czy miano im za chwilę wyłączyć system komputerowy czy dopiero włączono, w każdym razie nie musiała nawet rzucać Confundus na panią, która się nią zajmowała. Nią i pięcioma innymi rzeczami jednocześnie.

Włożyła dużą butelkę do wyszywanej koralikami torebki, którą trzymała w plecaku i to przypomniało jej Arvina.

Do tej pory myśl o spotkaniu z nim napawała ją… lekką niechęcią. Oczywiście wciąż go lubiła. Kiedy przypominała sobie chwile, gdy zaśmiewali się oboje do łez czy poważnie rozmawiali, miała ochotę się z nim zobaczyć, ale od razu niczym cień stawała jej przed oczami scena, gdy ją pocałował i ochota bladła. I podejrzewała, że on nie kontaktował się z nią dokładnie z tego samego powodu.

Przestań się wygłupiać. Będzie niezręcznie, ale tylko przez kilka pierwszych chwil. Musicie to przeskoczyć i będzie dobrze. Poza tym dobrze zrobi ci rozmowa z nim.

Aportowała się do jego domu, zadzwoniła do drzwi i przyglądając się kwiatkom rosnącym w doniczkach przed maleńką werandą układała w myślach powitanie. Po jakiejś chwili znów nacisnęła dzwonek i na wszelki wypadek zerknęła na okna. Te na piętrze były uchylone, więc na pewno ktoś musiał…

Na przeszklonej werandzie pojawiła się jakaś postać. Słońce odbijało się w szybach, więc nie widać jej było wyraźnie, ale sądząc po figurze była to mama Arvina. Otworzyła ze szczękiem drzwi, spojrzała na Hermionę, a tej głos uwiązł w gardle.

To nie była mama Arvina. To było tylko jej ciało, wypełnione rozpaczą, cień, złamany bólem, pchnięty na samą krawędź i ledwo broniący się przed osunięciem w nią.

O Boże…

– Hermiona! – jej imię, które ostatnio brzmiało jak „Heemiuna” dziś było zdławionym, rozrywającym westchnieniem, Norweżka złapała ją za ramiona i przyciągnęła do siebie.

Pierwszą myślą Hermiony było, że coś stało się z babcią Arvina. Zaszkodził jej eliksir, który uwarzyła! Merlinie, stało się jej coś! Coś…!!!!

Ale kobiecina wtulała się w nią rozpaczliwie, desperacko, jak dziecko szukające w ramionach dorosłych wybawienia od dręczących go najgorszych koszmarów i pociechy po doznanych krzywdach. Ratunku. I Hermiona poczuła, że to musi być coś znacznie, znacznie gorszego.

Podejrzenie, którego nie umiała, nie potrafiła, nie chciała nazwać w jednej sekundzie zmieniło się w pewność i zmroziło ją do szpiku kości.

– Arvin – wykrztusiła jego mama, odsuwając się i pokręciła głową. – Nie… żyje – znów potrząsnęła głową i pochyliła ją nisko.

???!!!! Nie żyje…? O Boże…

Zachorował? Miał wypadek? Bo chyba to nie on sam…?! Po tym co zrobił???!!!! Hermiona chciała coś powiedzieć, otworzyła usta, ale nie była w stanie. Lecz nic nie powstrzymywało jej pędzących, oszalałych myśli.

– Politiet… mówią, weszli poprzez okno – jego mama odetchnęła głębiej i ścisnęła ją za ramię, jakby to miało dodać jej sił. – Kradli pieniądze… funty. Wszystko. Oni dali… sznurek na niego – poklepała się po piersi. – I… wzięli nóż i… – przeciągnęła ręką po gardle, po czym z łkaniem przytuliła się na nowo do Hermiony.

Przeszklona, jeszcze przed chwilą pełna słońca weranda z każdym słowem ciemniała, wypełniała się mrokiem, na tle którego po kolei pojawiały się obrazy. Aż ciemność rozdarł ostatni z nich i wszystko z hukiem runęło.

Odrętwiała Hermiona stała z szeroko otwartymi oczami, próbując zrozumieć i jednocześnie wyprzeć z umysłu to, co wdarło się weń z impetem, lecz z każdym szlochem, każdym poluźniającym się i zaciskającym znów uchwytem poddawała się coraz bardziej. Poszczególne sceny pojawiały się i znikały tylko po to, by zastąpiły je inne, które odpychała jeszcze szybciej i jeszcze i jeszcze, aż zmieniły się w krwawą karuzelę, a potem w smugę obłędu.

Lecz zanim ta pociągnęła ją za sobą, mama Arvina odsunęła się zdecydowanym ruchem.

– Idź już. Idź – potrząsnęła głową, otworzyła drzwi i niemal wypchała Hermionę na ulicę.

A ona nie była nawet w stanie zaprotestować.

Na zewnątrz był niby ten sam świat, ale inny. Słońce pobladło, tak samo jak zieleń dookoła, kolory domów, murków odgradzających posesje… bezbarwne samochody przejeżdżały falami, w dziwnym, obcym, szumiącym rytmie.

Tylko tak samo trudno jej było głębiej odetchnąć i dokończyć TO zdanie.

– Pani przyszła do Olafsenów? – usłyszała nagle i zamrugała oczami.

Koło niej stał starszy pan i wskazywał ręką coś za sobą. Hermiona obróciła głowę i dostrzegła przeszkloną werandę.

– Tak – mruknęła i już chciała odejść, gdy zatrzymały ją następne słowa.

– Panna Granger?

– Prze…przepraszam? – wykrztusiła.

– Pani jest Hermioną Granger, tak? Na pewno – uśmiechnął się lekko staruszek. – Poznałem panią, ale chciałem się tylko upewnić.

– Ale… Skąd… – Boże, jeszcze chyba nigdy zebranie myśli nie przychodziło Hermionie z takim trudem. Jakby przedzierała się pod prąd w rzece melasy.

– Też jestem czarodziejem – potrząsnął wymownie laską, którą dopiero teraz dojrzała. – Mam oko na Olafsenów, bo wiem, że Ingrid jest charłaczką, a Silje jest chora. Arvin nie ma… to znaczy nie miał łatwo. A teraz…

Prąd złagodniał trochę i do Hermiony zaczęło cokolwiek docierać.

– Arvin… Wie pan, co się stało?

– Trochę. Z tego, co mówią ludzie dookoła… Mieszkam niedaleko – dodał prędko, gwoli wyjaśnienia. – I od znajomego mojego syna, który jest Amnezjatorem. Bo po tym, jak mugolska policja weszła do nich do domu, żeby zrobić śledztwo, trzeba było usunąć im niektóre wspomnienia. Lecz zanim Amnezjatorzy to zrobili, sprawdzili co się dokładnie stało, bo w końcu chodzi o zamordowanie czarodzieja, prawda? Ale wszystko wskazuje na mugoli. Po pierwsze nie zostawili praktycznie odcisków palców – pan postukał się w opuszki, jakby uważał, że musi to jej wyjaśnić. I po części miał rację. – A czarodzieje by się tym nie przejmowali. – Złapali Arvina i związali. Dlatego policja myśli, że ich było co najmniej dwóch, bo jeden sam by sobie z nim nie dał rady. No chyba, że miałby… pitolet – zająknął się lekko. – A mieli noże. Zmusili go, żeby powiedział, gdzie są pieniądze. Albo miał wszystko w swoim pokoju, albo coś im przeszkodziło szukać dalej, bo ukradli tylko to, co miał u siebie, a potem podcięli mu gardło i uciekli.

– Jezu Chryste – świat zakołysał się, gdy Hermiona złapała się za usta, ale na szczęście staruszek podparł ją w porę.

– Oni zawsze byli tacy ufni i zostawiali szeroko otwarte okna, a wie pani, jak łatwo przez nie wejść. I żadnych zaklęć ochronnych, nic – stwierdził z lekką dezaprobatą. – Pani chyba czegoś takiego nie robi? Bo Prorok pisze, że mieszka pani…

– Kiedy? – przerwała mu Hermiona. – To znaczy, kiedy to się stało?

– Ach! Pierwszego lipca, pomiędzy ósmą i ósmą trzydzieści wieczorem. Tak ustalili wstępnie policjanci.

Pierwszego lipca było tylko pustą datą, mogło być równie dobrze wczoraj jak i tydzień temu. W sumie nie miała pojęcia nawet, po co o to pytała.

– Wie pani, jak Amnezjatorzy dowiedzieli się, że znam Olafsenów, prosili mnie, żebym sprawdzał od czasu do czasu, co się…

Głos starszego czarodzieja odpłynął. Hermiona nie wiedziała i jej to nie obchodziło. Nie teraz.

Wymamrotała „przepraszam”, tylko i wyłącznie dzięki przyzwyczajeniu rzuciła Fundole i nie wiedziała nawet, czy pan coś odpowiedział, bo deportowała się prosto do siebie.

Czując jak zaczyna boleć ją głowa poszła do łazienki i wygrzebała z szafki fiolkę z eliksirem przeciwbólowym. Nie miała ich zbyt wiele, ale działały o wiele szybciej niż mugolskie tabletki, zaś narastające miarowe łupanie mówiło jej, że lepiej będzie się pospieszyć. Potem powlokła się do sypialni, przysłoniła okna i skuliła się na łóżku.

Zupełnie jak wczoraj, choć z innego powodu.

Jej umysł od razu podsunął jej wyobrażenie sceny morderstwa, mieszanki tego, co usłyszała od mamy Arvina i starszego czarodzieja. Odepchnęła je, lecz od razu napłynęło inne i kolejne… Przez jakiś czas mocowała się z nimi, szarpała, ale w końcu z głośnym jękiem odwróciła na drugi bok, przygarnęła poduszkę i rozpłakała.

Też jak wczoraj, choć tym razem nie musiała jej gryźć.

Tak jak wczoraj również odpędziła w końcu łzy innymi myślami; przypomniała sobie mamę Arvina. Merlinie, ależ ona musi się teraz czuć…! Ich cierpienie było nieporównywane i Hermiona nagle poczuła, że to, co ją wczoraj spotkało było niczym. Kropelką przy oceanie, ziarnkiem piasku na pustyni. Płakanie z tego powodu było wręcz profanacją prawdziwego bólu.

Musisz jej jakoś pomóc. Nie ma już Arvina i jest sama z chorą matką.

Myśl o babci Arvina zaś nasunęła jej inne skojarzenie – piknięcia paniki, które odczuła na myśl, że jej eliksir mógł zaszkodzić starej czarownicy. Lecz tak naprawdę TEN eliksir nie mógł zaszkodzić, wiedziała to już na przykładzie swoich rodziców i przeraziła się zupełnie bez sensu. Były za to inne – dobrze przygotowane mogły pomóc, lecz najmniejszy błąd mógł kosztować ludzi nawet życie.

Będziesz musiała się upewnić na sto, dwieście, a nawet tysiąc procent, że nikomu nie zaszkodzą.

A to znaczyło, że… będziesz musiała naprawdę przestać stroić fochy – bo to BYŁO strojenie fochów! I przedyskutować to wszystko z profesorem Snape’em w sobotę.

Ktoś pukał, a potem dzwonił do jej drzwi – najprawdopodobniej Juan, bo mugol raczej nie zawracałby sobie głowy pukaniem, ale nie miała ochoty otwierać.

 

West Wood pod Oxfordem

Środa, 14 lipca,

Po 22-giej

 

Zupełnie nieoczekiwane pohukiwanie sowy wybiło się ponad inne odgłosy, którymi rozbrzmiewał nocą las i Liam aż podskoczył. Cholerne ptaszysko musiało siedzieć na jakiejś gałęzi tuż nad jego głową! Niech cię Merlin kopnie! Oczywiście normalnie lubił sowy, lecz nie w tej chwili. Teraz z każdym krokiem coraz bardziej tęsknił za swoim przytulnym domem, jasnym przestronnym salonikiem i odprężającym mruczeniem kota Oskara przy uchu.

Dosłownie przed chwilą czerń dookoła rozdarł chichot, od którego zjeżyły mu się włosy na głowie. Tak mogły brzmieć Erklingi, które porywały małe dzieci. Na pewno! Poza tym miał wrażenie, że coś stąpało za nim ostrożnie. Oczywiście odwrócenie się i patrzenie za siebie nie miało sensu – Lumos Maxima oświetlało najbliższą okolicę, sprawiając jednocześnie że wszystko inne było pogrążone w gęstym mroku. To mogły być Czerwone Kapturki… Albo może Kwintopęd się tu pojawił i za chwilę ich wszystkich stratuje, a potem pożre? Nigdy nie był w Zakazanym Lesie, ale był całkowicie pewien, że tutaj nawet Hagrid nie chciałby się wałęsać.

Mimo wszystko chłopak rzucił okiem za siebie, na czerń napierającą na niego i dyszącą mu w kark, a potem rozejrzał się na boki.

Z każdej strony, jakieś dwadzieścia jardów od niego widział zarys ludzkiej postaci, posuwającej się do przodu z różdżką w ręku. I kolejne dwadzieścia jardów dalej następną i następną…

Szli tyralierą w kierunku plaży, przedzierając się przez gęsty las i szukając małej Ismeny i Gorana, którzy wyszli rano z domu i do tej pory nie wrócili. Niektórzy z nich, jak on, tylko oświetlali teren, inni rzucali zaklęcia ujawniające ludzką obecność oraz magię. Ale z każdym trzaskiem gałęzi, szelestem liści pod nogami, dziwnym odgłosem dobiegającym zza pleców rosła w nim pewność, że to nie ma sensu. Gdyby zginęli tylko oni to owszem, ale nie przy tym, co się dzieje! przemknęło mu przez myśl i na wszelki wypadek dał kilka długich kroków, żeby wysforować się lekko przed innych.

W ciągu trzech dni zaginęło dziewięć osób. Zaginęło, bo nikt nie mógł znaleźć ani ich, ani ciał.

Ale to odkryli dopiero dziś po południu, gdy rodzice dzieciaków przyszli do starego Ogdena, niepisanego szefa osady z prośbą o pomoc. Ten natychmiast zwołał naradę i wtedy wyszło na jaw, że nie tylko oni znikli. Amat-Samotnik, jak wszyscy go zwali, Lupus, Becky, Oktawia, Archie i Holly, Ben… Ogden wściekał się, że nie powiadomiono go wcześniej, ale rodzina i znajomi tłumaczyli, że wpierw czekali, a potem szukali na własną rękę. Becky, pracująca w Departamencie Tajemnic mogła przecież zostać na noc w pracy, Archie i Holly od dawna mieli romans i zdradzane drugie połówki nie miały ochoty o tym rozpowiadać, a Lupus rzadko kiedy bywał w domu – rodzina zaczęła go szukać, bo nie zjawił się na uroczyste śniadanie, na które zaprosili go z…

– Nie! – usłyszał nagle krzyk Rega z prawej, trochę z tyłu.

Liama przeszył konwulsyjny dreszcz i wrósł w ziemię, jak pozostali.

– Znalazłeś ich?

– Reg, masz coś?

– Reg, co tam?

Zewsząd dobiegły nawoływania. Liam również chciał wiedzieć, ale zabrakło mu głosu. Nie cofając się wychylił do tyłu, żeby coś zobaczyć, ale Tony zrobił to samo i na tle jaskrawego blasku ujrzał tylko czarny zarys jego barczystej sylwetki.

– Ja pierdzielę, co oni robią… – zaklął głośno Tony.

– Co się dzieje… – wykrztusił Liam.

Noc wybuchła snopem różnokolorowych iskier, a światło zaczęło przybliżać się w ich kierunku wraz z ostrożnym trzaskiem, szelestem i podniesionymi, niewyraźnymi głosami.

???! Dławiąc się Liam zerknął w lewo. Twarz Andy’ego wyglądała jak blada maska z dziurami w miejscu oczu. Towarzystwo olbrzymiego Tony’ego wydało mu się nagle o wiele pewniejsze, więc postąpił tylko krok, jeden niewielki krok w lewo i do przodu. Byle dalej od ciemności za plecami.

– Gdzie jesteśmy?! – zapytał ktoś.

– Chyba koło plaży – opowiedziało mu wołanie. – Plaża! Plaża na prawo!

W tym momencie doszedł ich trzask łamanej gałęzi i łomot, który zlał się z wyciem.

– Reg? – wybuchło dookoła. – Reg, w porządku?! Co jest? Hej, tam! Reg, co tam?! Ej, chłopaki, co się dzieje?!

– Nie! Zostawcie mnie! Idźcie…!!

– Reg…? Reg?! REG!

– Kuźwa, co jest?!

– UCIEKAJCIE! ONI TU SĄ!!

Pomiędzy drzewami znów trysnęły kolorowe iskry, światło osłabło odrobinę, a potem zaczęło się gwałtownie przybliżać, zaś wraz z nim łomot zbliżających się kroków, krzyki i kolejne trzaski.

– Do osady! Już!

– Deportujcie się!!

– NIE MOŻNA!

– Do gospody! CHOLERA! SZYBKO!!!!

Myśląc o gospodzie Liam obrócił się na pięcie… Ale obraz zniknął i chłopak tylko się zachwiał! Z lewej, gdzieś z dala dobiegły trzaski licznych deportacji, więc spróbował jeszcze raz, lecz bez skutku. Nie mógł! Nie mógł się deportować! Merlinie!!!! UCIEKAJ! wybuchło mu w głowie.

Skoczył w lewo jak oszalały i puścił się pędem. Andy był już daleko z przodu. Wyminął kępę krzaków, odbił w prawo by uniknąć drzewa, gdy noc za nim rozdarł kolejny krzyk, tuż za nim! Łapiąc łapczywie powietrze Liam przyspieszył, wypadł z hałasem na jakąś ścieżkę i rzucił krótkie spojrzenie przez ramię.

Rozchybotany obraz czarnych cieni drzew, gnających ku niemu sylwetek i jaskrawe punkciki na końcach różdżek odbiły mu się na siatkówce, wszystko zatańczyło przed oczami i następną rzeczą, jaką ujrzał było drzewo, które wyrosło tuż przed nim.

Zatoczył się gwałtownie na lewo i ominął je dosłownie w ostatniej sekundzie. Jakaś gałąź chlasnęła go w twarz, wszystko pociemniało na moment, gdy zacisnął oczy i naraz coś pociągnęło go za stopę i runął na ziemię!

– Chol-nie!!!

Liam szarpnął nogą w panice, ale kostkę przeszył ostry ból i tylko opadł z krzykiem. UCIEKAJ!!! Koło niego przebiegło z hałasem kilka osób. Dysząc głośno, bardziej z przerażenia niż z braku powietrza obrócił się i spojrzał za siebie.

W niewielkiej plamie światła ujrzał kilka biegnących osób. Naraz jedna z nich, ta ostatnia zatrzymała się jak wryta, jakby wpadła na niewidzialną ścianę i zachwiała się. A potem z krzykiem odskoczyła do tyłu, zawróciła i runęła w przeciwnym kierunku. Równocześnie ostatnia ludzka sylwetka minęła go, został SAM i wtedy owionęła go fala czegoś… OBCEGO, ZŁEGO.

– Pro-Pro-Protego! – wyjąkał, stawiając Tarczę i ni to pojękując, ni szlochając przekręcił stopę.

Coś, co go trzymało ustąpiło, jeszcze tylko jakiś korzeń przesunął mu się po nodze i Liam był wolny! Spróbował się zerwać, lecz tylko rzucił się do przodu, noga ugięła się pod nim i znów poleciał na ziemię.

Jednocześnie dziwna fala odpłynęła, coś załomotało koło jego ucha i szarpnęło mocno za ramię.

– Co ty, kurwa, wyprawiasz?! – huknął głos Tony’ego.

A potem poczuł jeszcze mocniejsze szarpnięcie. Wszystko pociemniało, zacisnęło się z szumem dookoła niego… i runął boleśnie na coś twardego.

Merlinie! O Merlinie, był ocalony!!!

Bo twarda powierzchnia okazała się być brudną podłogą gospody w osadzie! Liam oparł o nią czoło i dopiero wtedy dotarło do niego, że płuca mu płoną, serce łomocze jak oszalałe, a ból w stopie przybrał na sile. Lecz jeszcze chyba nigdy nie był tak szczęśliwy.

– Gdzie reszta? – spytał Ogden, siedzący przy najbliższym stole.

Liam rozejrzał się dookoła i poczuł dziwne mrowienie na karku, gdy zrozumiał sens pytania.

Prócz sporej grupy czarownic i starszych czarodziejów zobaczył ledwie garstkę ludzi, z którymi wyruszył na poszukiwania! Garstkę, a gdy wychodzili, było ich ponad czterdziestu!

Ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, drzwi otwarły się i do środka wszedł Bill i Eldred. Eldred przytrzymał drzwi i po chwili dołączył do nich jeszcze Quintus.

– Gdzie… – spytał Bill i urwał na widok obecnych.

Kilka siedzących czarownic próbowało się ich dopytywać, co się stało, ale nikt nie chciał odpowiadać. Nawet ojciec zaginionych dzieci – ten tylko przytulił płaczącą żonę i jak inni wpatrywał się w drzwi. Wszyscy milczeli, witali gestami kolejnych wchodzących i odliczali w myślach, ilu jeszcze brakowało.

Napięcie, ulga, nadzieja przeradzająca się w napięcie, rosnące coraz bardziej, aż do otwarcia się drzwi… Zwariowana karuzela uczuć z każdym wejściem ruszała od nowa, ale zastygała w napięciu coraz dłużej, niczym zepsuta zabawka, spowalniana strachem, zrozumieniem i coraz słabiej tłumionym płaczem.

Aż stało się boleśnie oczywiste, że drzwi nie otworzą się kolejny raz.

– Brakuje Rega, Grogana i Orforda – powiedział głucho ktoś z obecnych.

– Widziałem, jak Grogan się deportował – zastrzegł od razu Tony i szepty, które wybuchły natychmiast zamilkły. – Biegł koło mnie. Na chwilę się zatrzymał, a potem się deportował.

– A ja widziałem Orforda – odezwał się Liam z ławy, na którą udało mu się usiąść z pomocą innych po rzuceniu „Ferula” na najprawdopodobniej złamaną kostkę. – Jak upadłem. Znalazł się trochę za mną. I nagle zawrócił, coś krzyknął i odbiegł w kierunku plaży. Wtedy… – zawahał się i potrząsnął głową, bo nie wiedział, jak wyjaśnić dziwne wrażenie, które odczuł. – I próbowałem się deportować, ale nie dawałem rady. Coś… mi nie pozwalało.

Na kilka sekund zapadło pełne niedowierzenia i zgrozy milczenie, które przerwał Ogden.

– Co się stało?

Uczestnicy wyprawy ratunkowej popatrzyli po sobie i w końcu odezwał się Roger.

– Doszliśmy aż na wysokość plaży. I nikogo nie znaleźliśmy – mama Ismeny i Gorana załkała w pierś męża. – Reg i Grogan szli po prawej ode mnie. Nie mam pojęcia, jak to się zaczęło, ale gdy usłyszałem krzyk Rega, zobaczyłem, że stał trochę za nami, machał różdżką… ale nie widziałem śladu żadnych zaklęć. Grogan cofnął się ku mnie i… po chwili poczułem… Jakby… – zawahał się i potoczył wzrokiem dookoła. – Nie wiem… Coś do mnie podeszło. Coś… Przerażającego….

– Dementorzy…? – podsunął ktoś.

Roger potrząsnął głową i ku zaskoczeniu Liama Tony zrobił to samo.

– Dementorzy to przy tym pufki pigmejskie – rzucił ponuro ten ostatni. – Nie miałem wrażenia, jakbym nigdy nie miał być szczęśliwy… Ale jakbym, kuźwa spotkał Śmierć – nie zwracając uwagi na kilka krzyków spojrzał na Liama i kiwnął głową. – Jak po ciebie wróciłem. Ty też to czułeś?

Liam potaknął. Teraz, gdy przypomniał sobie tamto wrażenie, poczuł że Tony trafił w sedno. Równocześnie dotarło do niego, jak BLISKO podeszła, jak niewiele brakowało, by dołączył do reszty zaginionych i złapał się za usta, żeby nie jęknąć.

Barczysty czarodziej zaś odwrócił się w stronę Ogdena.

– Nie wiem, co kręci się dookoła, ale czas przestać bawić się w bohaterów i ściągnąć Aurorów.

 

 

Czwartek, 15 lipca,

Londyn, Ministerstwo Magii, Kwatera Główna Aurorów

10:30

 

– Poobserwowałbym Centrum przez kilka wieczorów z rzędu – zaproponował Rich, stukając o kolano zwiniętym, bardzo długim raportem z Biura Badawczego, zawierającym analizę zatrutej karmy dla sów. – Wtedy przyłapiemy drania z różdżką w łapie.

Harry przypomniał sobie Hedwigę i zgodził się natychmiast z zacięciem, które zaskoczyło nawet jego samego.

– Wchodzę w to. Mogę zacząć nawet od dziś, co ty na to? Tylko wyskoczę wcześniej do domu uprzedzić Ginny.

– Stoi. A jutro ja, chyba, że złapiesz sukinsyna.

Rozwiązanie jednej z dwóch spraw, które prowadzili, otruć sów w Centrum Handlowym Eeylopa widzieli jak na dłoni. Z początku śledztwo szło im jak latanie na łysej miotle – mieli pełno zeznań, od groma poszlak i jeszcze więcej podejrzanych. Harry’emu przypominało rozrzucone po całym domu klocki jego syna. Ale jak to często ze śledztwami bywa, wystarczył jeden drobiazg, żeby klocki jak za machnięciem różdżki złożyły się i utworzyły idealną budowlę. Tym razem było to jedno słowo – samego Eeylopa, które odsłoniło całą jego machinację – sukinsyn sam truł ptaki, żeby móc domagać się horrendalnego odszkodowania. O jedno słowo za dużo. Bydlę. Harry był gotów siedzieć tam pod niewidką nawet całą noc, żeby go przyłapać i wbić mu różdżkę w gardło.

Rich sięgnął po akta, gdy ze swojego biura wyszedł Gawain, podszedł do pierwszego boksu i zaczął studiować zawieszoną na nim listę śledztw. Zwykle robił to, żeby zdecydować, któremu zespołowi przydzielić nową sprawę. Po tym, jak kiedyś spytał któregoś chłopaka „Nad czym teraz pracujesz”, a ten odparł „Nad biurkiem”, delikwent przez trzy miesiące musiał odnosić akta wszystkich Aurorów do Archiwum, Gawain zaś kazał zrobić listę aktualnie prowadzonych spraw z ich statusem i uzupełniać ją na bieżąco.

– Rich… – szepnął Harry i szturchnął łokciem swojego partnera. – Patrz…

Rich natychmiast przerwał grzebanie w przepełnionej szufladzie.

– Pewnie szuka, komu dać sprawę tych zaginięć – odparł półgłosem i obaj wpatrzyli się w ich szefa.

Gdy wrócili rano z terenu, Max powiedział im, że właśnie przyjął zgłoszenie dziwnych zaginięć w okolicy Oxfordu. Gdy dowiedzieli się szczegółów, nabrali na nią wielkiej ochoty, ale sądząc po minie Maxa, nie oni jedni. Tajemnica, niebezpieczeństwo i być może czarna magia… Tylko szaleniec by tego nie chciał!

– Kurczę, szkoda że nie zdążyliśmy zapisać, gdzie jesteśmy – mruknął Harry, nie odrywając spojrzenia od Gawaina. – Założę się, że da ją Klaudii i Danielowi!

Ten jakby ściągnięty wzrokiem spojrzał na niego, uśmiechnął się i wrócił do przeglądania listy. Chwilę jeszcze dumał, po czym skinął jakby do siebie głową i… podszedł do nich!

Gdyby Harry nie zahaczył stóp o nogi krzesła, na pewno uniósłby się w powietrze!

– Jak leci, chłopaki? – spytał Gawain, opierając się lekko o ich boks.

Harry i Rich odezwali się równocześnie.

– Genialnie! Sprawę sów mamy niemal rozwiązaną. No praktycznie. Pewnie jutro ją skończymy. Harry robi dziś nalot. Na pewno coś znajdę. Nie zdążyliśmy jeszcze tego zapisać. Ale właśnie się zorientowaliśmy – mówili jeden przez drugiego, dopowiadając sobie wzajemnie, zupełnie jak kiedyś Fred i George. – To co… Dostaniemy ją? – zakończył Harry błagalnym tonem.

Gawain parsknął śmiechem i poklepał go po ramieniu.

– Nie tym razem.

– O, cholera… – Harry osunął się na krzesło jak przekłuty balon. – Myślałem, że skoro do nas podszedłeś…

– Bo od twojego wzroku zaczęła mi się marszczyć szata na plecach. Nawet gdybyś miał niewidkę, wiedziałbym że się na mnie patrzysz.

– Szkoda – dorzucił Rich. – A komu ją dasz?

– Adamowi i Zachary’emu.

– Szkoda – powtórzył smętnie Rich.

– Następna będzie wasza – zapewnił ich Gawain. – I powodzenia z sowami! – dodał, po czym wrócił energicznie do swojego biura.

Harry i Rich patrzyli za nim, a potem spojrzeli na siebie.

– Chce dać ją Abecadłu? – mruknął Harry, mając na myśli Adama i jego partnera.

Najbardziej oczywistym zespołem byli Klaudia i Daniel, którym zostało jedno śledztwo i wyglądało na to, że byli już na półmetku. Następni w kolejce byli Adam i Zachary, a potem oni.

– Nam? No ale nie będę się kłócił – powiedział równocześnie Rich. Jego myśli podążały najwyraźniej podobnym torem. – Byle tylko to nie była jakaś głupota – zrobił minę i wychyliwszy się zerknął za Gawainem. – Zostawił otwarte drzwi.

– Na pewno cię nie usłyszał – uspokoił go Harry.

Lecz to stwierdzenie skojarzyło mu się z jego przemyśleniami, czy raczej teorią Hermiony, że COŚ się dzieje. Nic się nie dzieje. Od jakiegoś czasu drzwi do biura Gawaina znów były otwarte, w zeszłym tygodniu poszli całą ekipą na obiad na Pokątną, nie było żadnej awantury w Kwaterze, wręcz przeciwnie, wszyscy świetnie się dogadywali. No i Gawain znów żartował.

A że jakiś czas temu on i Snape skoczyli sobie do gardeł? W zasadzie w niczym to się nie różniło od tych wszystkich lat w Hogwarcie, poza faktem, że teraz mógł mu odpowiedzieć.

Czyli miałeś rację. Nie ma żadnego Płynnego Imperiusa ani żadnego układziku w Ministerstwie. To musiała być jakaś fala niezadowolenia, pewnie związana z długą zimą, teraz przyszło lato i ustąpiła.

Hermiona może darować sobie szukania różdżki tam, gdzie jej nie kładła. 

Molly miała rację, najwyższy czas, żeby dziewczyna się ustatkowała.

W pewnym sensie Harry miał rację. Jedna fala ustąpiła i nadeszła inna. O wiele silniejsza i… pozytywna w swoim Przesłaniu. A tym samym o wiele bardziej niebezpieczna.

Wpędźcie człowieka w koszmar, bagno ulepione z lęku, niepewności i osamotnienia, a potem rzućcie Lumos i pozwólcie mu uwierzyć, że to wyjście z matni, ku któremu wszyscy zdążają. Zdziwicie się, jak szybko i ochoczo ku niemu pobiegnie.

 

Wróciwszy do niewielkiego biurka Gawain usiadł w swoim krześle, odrzucił do tyłu długie włosy i spojrzał na stos akt, notatek i kilka samolocików, które przed chwilą na nich wylądowały. Lecz zamiast sięgnąć po pierwszy z brzegu, zaczynający czerwienieć, wrócił myślami do decyzji, którą przed chwilą podjął.

Zwykle nie miał wątpliwości co do rozdawania przydziałów, lecz ten raz trochę go dręczył.

Sprawa zaginięć wyglądała na pilną i doświadczenie podpowiadało mu, że przy jej rozwiązywaniu należało przede wszystkim zdać się na instynkt, a nie ściśle trzymać zasad, których uczono w Szkole Aurorów. Adam tego nie potrafił, pomimo wielu lat doświadczenia, a Zachary dopiero dołączył do Aurorów i na pewno nie ośmieliłby mu się sprzeciwić.

Na dobrą sprawę najlepiej byłoby dać Harry’emu i Richowi. Zwłaszcza w przypadku tego pierwszego na omijanie zasad możesz liczyć z zamkniętymi oczami.

Ale to nie fakt, że nie dał jej Harry’emu go niepokoił, ale to, że zdecydował się pominąć Klaudię i Daniela.

Klaudię. To nie o Daniela tu chodzi, lecz o Klaudię.

Sprawa wyglądała na niebezpieczną i na pewno nie była dla kobiet. Och, prawda jest taka, że sam zawód Aurora nie jest dla kobiet. Od zarania dziejów takimi rzeczami zajmowali się mężczyźni – polowali, walczyli, ryzykowali życiem… Miejsce kobiety było w domu.

Merlinie, sam nie wiedział, czemu zdecydował się ją zatrudnić kilka lat temu!

Do tego dochodziła inna sprawa. Klaudia z pewnością lada chwila założy rodzinę, była przecież pół roku po ślubie – wtedy będzie musiał przydzielić Daniela do już istniejącego zespołu i zostanie ze śledztwami do rozdystrybuowania.

Z drugiej strony Kingsley od dawna naciskał na ograniczenie zatrudnienia. Gawain zamierzał wykpić się, wypychając na przedwczesną emeryturę Mike’a i tylko od tygodni zwlekał z odpowiedzią, lecz teraz ujrzał inne rozwiązanie tego problemu…

Co do przydziału, miałeś rację. A co do ograniczenia zatrudnienia…

To też był doskonały pomysł – z każdego punktu widzenia. Dla niego, dla reszty chłopaków i również dla Klaudii.

 

 

Czwartek, 15 lipca,

Okolice Oxfordu

Koło 12-tej

 

* za HP – Kelpie: demony wodne, które mogą zmieniać kształt, najczęściej jednak ukazują się w postaci koni z wiechą sitowia zamiast grzywy.

 

Po ostrzeżeniach starego Ogdena, by nie wychodzić poza wioskę jeśli to nie jest absolutnie konieczne plaża była zupełnie pusta. I należy to wykorzystać, uznał Freddy, zerkając na niewielką łachę piasku po drugiej stronie jeziorka.

– Znalazłem lepsze miejsce – mrugnął okiem do swojej dziewczyny, z którą mimo zaleceń wybrali się na spacer po lesie i skrzętnie korzystali z chwil samotności. Z tym, że Amy była zmarzluchem i zdecydowanie lepiej było robić to na słońcu. – Chodź – pociągnął ją za rękę i deportował.

– Ojej… – wstrząsnęła się dziewczyna, gdy wylądowali dokładnie pośrodku plaży.

Nigdy nie przepadała za teleportacją, a tę zdecydowanie należało zaliczyć do tych mniej udanych. Wirowanie w głowie co prawda ustało natychmiast, ale nieprzyjemne uczucie napierania na nią jeszcze tylko się wzmogło. I choć stała w pełnym słońcu, ogarnęło ją lepkie zimno.

– Jesteś pewien…? – bąknęła, obejmując się ramionami i rozejrzała niepewnie.

Upewniając się, że ma wciąż różdżkę w kieszeni spodni, Freddy również się rozejrzał. Na plaży nie było nikogo, lecz ktoś musiał kręcić się w lesie. Gdzieś z lewej, takie przynajmniej miał wrażenie. Może znów zebrali ekipę i wyszli na poszukiwania? I z prawej. I za nimi. Choć nie, niemożliwe, za nimi była woda…

– Chodźmy stąd, nie podoba mi się tu – dodała Amy.

Freddy złapał ją znów za rękę, skupił na chłodnym, ale uroczym zakątku, który znaleźli i… jego myśli rozpłynęły się. Zaś uczucie z bycia w pobliżu kogoś zmieniło się na bycie obserwowanymi. Jakby jacyś OBCY ludzie przyglądali się im i… zbliżali. Zaklął, skoncentrował się jeszcze raz… lecz na próżno.

– Chodźmy! – ponagliła go Amy i pociągnęła w stronę ścieżki prowadzącej do wioski.

I z jękiem zatoczyła się w drugą stronę, bo… po prostu czuła, że nie może tam pójść. Tamten kierunek odrzucał ją… napawał lękiem… Co prawda widziała tylko szarawobeżowy piasek i jakieś krzaki kawałek dalej, ale czuła, jakby u jej stóp otwierała się przepaść i zaraz miała w nią runąć.

Freddy nabrał nagle pewności, że woda za nimi jest zbyt blisko. Całkowitej, absolutnej pewności. I że zaraz coś się z niej wynurzy… może Kelpie? Wynurzą się i ich wciągną. Zaraz, za moment. O cholera…! Już czuł falę powietrza, jaka je niosła…

– Wynośmy się stąd – rzucił, dając długi krok przed siebie. – Szybko.

Czując mrowienie na karku podskoczyli do przodu. Przepaść otworzyła się i z drugiej strony, więc Amy odskoczyła z krzykiem i czując, jak ziemia tuż za nią również się osuwa runęła na oślep przed siebie.

– Amy! – zawołał Freddy i obejrzał się w panice.

Nic nie widział, ale za to czuł. I słyszał! Muśnięcie mokrego sitowia, tętent i rżenie tuż za nim, z prawej i z lewej…  Poganiany, skoczył za dziewczyną, która już dobiegała do pierwszych drzew.

Zamiast jednak wbiec na wąską ścieżkę, wpadła w gąszcz krzaków, pod zwieszające się nisko gałęzie, wrzasnęła i…

Znikła!

– AMY!!

Freddy rzucił się za nią. Przebiegł trzy jardy w miałkim piasku i dopadł do lasu.

– AMY!!!

Uchylił się przed jakimś konarem, pochylił by uniknąć innego, dostrzegł jeszcze kłujące pnącza, noga zaczepiła mu się o coś i poleciał prosto w krzaki.

Lecz zamiast ostrych kolców jego ręce natrafiły na coś… miękkiego? Co ustąpiło łagodnie i go pochłonęło.

Rozdziały<< Trzeci Raz – Rozdział XVIIITrzeci Raz – Rozdział XX >>

Anni

Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań jak również używania wykreowanych przeze mnie bohaterów i świata bez mojej zgody. !!! * Bardzo proszę BEZ WULGARYZMÓW w komentarzach * !!!

Dodaj komentarz