Goniąc Szczęście Rozdział 29

Czwartek, 23 maja

Paryż, Bastylia

Po 23-ciej w Paryżu, (po 22-giej w Londynie)

 

Spanie skulonym na fotelu nie jest najwygodniejszą pozycją, szczególnie dla kogoś przed 60-tką, nie było się więc co dziwić, że Perry budził się kilka razy. Poprawiał się, patrzył na śpiącą Hermionę, ledwo widoczną w blasku księżyca wpadającym przez okno i znów zapadał w drzemkę. Dla ich organizmów była to przecież noc. Po 22-giej, czyli po 7-mej rano w końcu rozbudził się zupełnie, swoim wierceniem się zbudził również Hermionę, ta zapaliła różdżką świece i zaczęli na nowo rozmawiać. Lecz z każdą chwilą tematy stawały się coraz bardziej płytkie, odpowiedzi może nie tyle zdawkowe, ile dość powierzchowne i oboje coraz częściej spoglądali na zegarek. Sądząc po przykładzie Perry’ego, Helen powinna obudzić się lada chwila i nie mogli się już tego doczekać. Na swój sposób dla każdego z nich to spotkanie było wyjątkowe. Bo to było nie tylko spotkanie córki z matką, ale i Perry’ego z Helen, a nie Wendella z Moniką.

Wreszcie kilka minut po 23-ciej rozległo się ciche pukanie do drzwi i do środka zajrzał Chancerel.

– Mademoiselle Granger, Perry – starszy czarodziej skłonił się Perry’emu jak dobremu znajomemu, co tego bardzo zaskoczyło. – Wybaczcie, jeśli przeszkadzam. Chciałem zawiadomić was, że Helen Granger zaczyna się rozbudzać.

Perry zerwał się z fotela, lecz Chancerel powstrzymał go gestem dłoni.

– Spokojnie, mój drogi, macie jeszcze trochę czasu – odwrócił się ku Hermionie i przywołał ją do siebie. – Czy mógłbym panią prosić na chwilę do pokoju obok, mam kilka dokumentów do podpisania.

Hermiona pospiesznie zeskoczyła z łóżka, rzuciła do ojca „zaraz wracam, tato” i wyszła na korytarz.

Mrok rozjaśniały tylko świece płonące w najbliższym kandelabrze, lecz gdy Chancerel podszedł do okna trochę dalej, zapłonęły również i tamte.

– Przede wszystkim chciałem panią uspokoić, z pani matką wszystko w porządku – odezwał się Chancerel po francusku, a Hermiona poczuła ukłucie paniki, które od razu osłabło. – Odzyskała wspomnienia i tak jak w przypadku pani ojca, wszczepiłem jej również cienie wspomnień. Wszystko trwało trochę dłużej, bo – Chancerel z uśmiechem pokiwał głową – jak nasz wspólny przyjaciel zauważył, jako kobieta miała ich o wiele więcej. Naprawdę o wiele więcej. Swoją drogą, poinformowałem już o tym Severusa.

Uczucie niepokoju wróciło. Coś było nie tak. To nie po podpisanie dokumentów ją wywołał i na pewno nie bez powodu przeszedł na francuski! To bardziej brzmiało jak… pretekst.

Chancerel czytał z jej twarzy jak z otwartej księgi.

– Wywołałem panią, bo chciałem uprzedzić, że pani matce udało się w mugolski sposób ustalić kilka faktów z zapomnianego życia. Przede wszystkim doszła do tego, że miała dziecko, zaczęła też kojarzyć nazwisko Granger i zrozumiała, że to, co uważa za swoje życie, nie jest do końca prawdą.

CO??!

– O Merlinie…

– I zaczęła pani szukać – dokończył Chancerel. – Przypuszczam, że dziś w południe ustaliłaby o wiele więcej i nawet nie spotkawszy pani w Londynie mogłaby panią znaleźć. I, co ważniejsze, mogłaby panią poznać.

Hermiona poczuła, że się gubi. Jak to możliwe?! Przecież…

– Przecież rzucałam Factum na nich razem. I mój ojciec mnie nie poznał, nawet jak powiedziałam do niego „tato”.  To znaczy, że moja mama nie zareagowała na zaklęcie?

Chancerel pokręcił głową z podziwem i niedowierzeniem zarazem.

– Nie, ma chérie, zareagowała dokładnie tak samo, jak pani ojciec. Zaklęcie, muszę przyznać, wspaniale rzucone. Ale nie doceniła pani mocy miłości macierzyńskiej.

Hermionie zabrakło zupełnie tchu. Gdyby zderzyła się z rozpędzonym hipogryfem, wstrząs byłby mniejszy. O Boże. Mamuś…! Na myśl, przez co musiała przejść jej matka ścisnęło się jej gardło i nie pomogło przełknięcie śliny, by pozbyć się tego, co tam urosło.

– Ma pani wspaniałą mamę – dodał Chancerel, taktownie spoglądając w zupełnie czarne okno. – Spacer z pani ojcem bardzo mi się podobał, ale spacer z nią był… zupełnie wyjątkowy.

Pod pozorem odgarnięcia włosów Hermiona zamrugała gwałtownie oczami, odchrząknęła dyskretnie i odezwała się:

– Czy… czy mogę powiedzieć teraz o tym tacie? Jak pan myśli?

– To byłby doskonały pomysł, ale tę decyzję zostawiam pani. Dlatego użyłem takiego małego podstępu, żeby porozmawiać tylko z panią.

To przypomniało Hermionie o dokumentach.

– To był… doskonały pomysł – uśmiechnęła się do Chancerela – Ale jakieś dokumenty muszę przecież podpisać? I pewnie zapłacić? Co prawda nie mam przy sobie waszych St. Orettes, lecz…

– Chérie, proszę o tym zapomnieć – zastopował ją od razu Chancerel. – Miałem honor odpłacić się za olbrzymią przysługę, którą oddał mi kiedyś Severus. A jeśli chce mi pani podziękować, proszę cieszyć się z odzyskania rodziców, to będzie dla mnie najlepsze podziękowanie.

W błękitnych oczach błysnęło wzruszenie czy może coś podobnego i niewiele się zastanawiając, Hermiona przytuliła tego niesamowitego człowieka, który przywrócił do życia jej świat za cenę uśmiechu. Zdążyła jeszcze pomyśleć, że musi podziękować Severusowi, a potem myśl o powitaniu z matką przysłoniła jej wszystko inne.

 

 

Kwadrans później

Ponad dwa tysiące dni. Boże, ponad dwa tysiące dni, od kiedy dwoje najbliższych ci ludzi zapomniało o tobie. Ponad dwa tysiące dni bez nich. I bez ciebie.

Te wszystkie dwa tysiące dni przemykały Hermionie przed oczami z prędkością błyskawic, kiedy szła z ojcem niekończącymi się korytarzami do Skrzydła Wschodniego. A wraz z nimi pojawiały się pytania.

Czy dziś, znając wszystkie konsekwencje, zrobiłaby to jeszcze raz? Jeśli nie, to czy udałoby się jej ich uchronić? I czy dziś by nadal żyli?

Czy mogła spróbować znaleźć ich szybciej? Czy to, że podjęła taką, a nie inną decyzję czyniło z niej złą córkę?

Nawet jeśliby chciała, nie potrafiłaby w tej chwili na nie odpowiedzieć, bo w głowie kołatało się jeszcze inne pytanie, które wybijało się ponad wszystkie inne. Czy rodzice… a szczególnie mama, zdołają jej wybaczyć?

Teraz szła, nie dostrzegając nic dookoła, targana zupełnie skrajnymi, pęczniejącymi w niej z każdym krokiem emocjami. Radością płonącą w niej niczym tysiące ogni, bezgraniczną tęsknotą rozdzierającą serce na tysiące kawałków, buzującą w niej niecierpliwością, od której to samo serce wybijało zwariowany rytm w piersi i skroniach… i tak dławiącą paniką, że miała wrażenie, że ktoś wyrywa jej żołądek. Sama nie wiedziała, jak można było czuć to wszystko i nie oszaleć.

– Zwolnij, kochanie – usłyszała skądś głos ojca i poczuła, jak ścisnął ją mocniej za rękę. – To nie jest maraton. I nie denerwuj się.

Nie, to nie był maraton, po prostu goniły ją myśli i była zbyt wyczerpana, by próbować im nie ulec.

Lecz wreszcie, jak kilka godzin wcześniej, znalazła się w tym samym korytarzu, ujrzała światło padające z tych samych drzwi i nie potrafiąc już dłużej walczyć, rzuciła się ku nim biegiem.

 

– Et le dernier (fr. – I ostatni) – radośnie uśmiechnięty staruszek podał Helen fiolkę z kolorowym płynem.

– Merci – mruknęła w odpowiedzi, wypiła do końca zawartość i już miała mu ją oddać, gdy przez otwarte drzwi dobiegł tupot, przybliżył się… i sekundę później do pokoju wpadła Hermiona!

Chancerel złapał fiolkę, bo Helen puściła ją jakby przestała istnieć, zerwała się i podskoczyła do córki.

– HERMIONA!!!!

Hermiona złapała ją kurczowo w objęcia, poczuła ból w miejscach, w które dosłownie wbiły się palce jej mamy i, była pewna, ona też żłobiła ślady na jej plecach i ramionach.

– Ma… – spróbowała ją zawołać, ale słowa ugrzęzły jej w zdławionym nagle gardle. Mamuś. Mamuś. Mamuś. O Boże, Wreszcie.

Usłyszała zdławiony jęk, który był jej własnym i sekundę później zabrzmiał echem przy jej uchu i już sama nie wiedziała, która z nich płacze i dlaczego. Ale czy to miało znaczenie?

Ukryła twarz w długich jak zawsze włosach, odnalazła ukochany zapach, wtuliła się w znajome ciepło jej ramion… a chwilę później jeszcze inne ramiona zamknęły się dookoła nich w równie mocnym uścisku. Ramiona, które przyniosły spokój, ukojenie i radość.

Wreszcie byli wszyscy razem.

Cały świat zniknął, czas zatrzymał się w miejscu i istniał tylko dla nich. Tak samo jak słońce, które wzeszło pomimo wieczora i zaświeciło tylko im i nikomu więcej. Słońce uśmiechnięte jak złote kółka namalowane na laurkach leżących w pudełku niedaleko, zalewające złotym ciepłem ich serca i… pulsujące mocno na biodrze Hermiony.

Właśnie udało im się złapać za nogi szczęście i nie zamierzali puścić go już nigdy więcej.

I pewnie staliby tak całe wieki, gdyby słońce nie przybladło i nie zmieniło się w dziesiątki złotych, roztańczonych plamek dookoła, które Perry dostrzegł kątem oka. Zamrugał powiekami i plamki stały się płomieniami świec pełgających po ścianach.

Uścisnął jeszcze raz obie kobiety i odsunął się.

– Zawsze się zastanawiałem, czemu niektórzy ludzie płaczą przy powitaniu – powiedział jeszcze lekko wilgotnym głosem, czym prędzej odchrząknął i dokończył już raźniej. – No więc już wiem. Pani Granger – pocałował Helen w czubek głowy, a potem tak samo ucałował Hermionę. – Panno Granger, dzień dobry.

– Bardziej stosowne będzie raczej „dobry wieczór” – poprawił go Chancerel, przyglądając się im i wręcz promieniejąc radością.

Istotnie, to był już późny wieczór. I biorąc pod uwagę proces przywracania pamięci, dla Chancerela ten dzień musiał być jeszcze dłuższy niż dla nich wszystkich. Na myśl o tym Hermiona odwróciła się ku niemu, nie przestając opierać się o matkę. Nie, żeby mogła się odsunąć; Helen przytrzymała ją kurczowo i zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć. Nie zamierzała puścić jej choć na najkrótszą chwilę, jakby puścić znaczyło na nowo ją stracić.

– Naprawdę bardzo panu dziękuję. Dziękujemy. Bez pańskiej pomocy… Wolę nawet nie myśleć, co by było.

– Bylibyśmy cały czas państwem Wilkins – stwierdził filozoficznie Perry. – A ty tą utrapioną nieznajomą, która mało nie stratowała turystów w Mackay, nie wepchnęła mnie do wody i której najdroższy… co on mi takiego zrobił?

– Tato! – jęknęła Hermiona. – Mówiłam ci już, że nic ci takiego nie zrobił!

– I tu cię mam, kochanie! – roześmiał się Perry. – Nie zaprzeczyłaś, że najdroższy! Ile ja się namęczyłem, żeby coś od niej wyciągnąć – zwrócił się do żony, kręcąc głową z udawanym oburzeniem.

Helen odpowiedziała odruchowo uśmiechem, ale prawda była taka, że zupełnie nie nadążała za tym wszystkim. W ciągu jednej minuty świat zatoczył chyba tysiące kółek, wszystko naraz zawirowało jej dziko przed oczami i tym razem ścisnęła rękę Hermiony Córki! po prostu żeby nie upaść.

Choć tak naprawdę podtrzymywała ją już sama jej obecność. Jej głos. Jej trochę rozmazana sylwetka. Jej zapach. Ona sama.

– Nie nadążam za wami – przyznała, wodząc wzrokiem między Hermioną i Perry’m.

Ten roześmiał się i pocałował ją we włosy.

– Lekkie opóźnienie, które spokojnie można nadrobić – i dodał, patrząc na Hermionę. – Prawda, kochanie?

To było jak chluśnięcie zimnej wody. Hermiona natychmiast spoważniała i spojrzała na zegarek.

– Oczywiście. Ale myślę, że najlepiej będzie, jak teraz zbierzemy się do domu. Mistrz Chancerel na pewno ledwo trzyma się na nogach.

Starszy pan zaczął coś mówić, ale do Helen to przestało docierać. Nie pytała nawet, o jakim domu mowa. Londyn czy Brisbane… Równie dobrze mogłaby to być i Alaska. Dom był tam, gdzie byli wszyscy troje, nieważne gdzie.

Perry już chciał pójść po rzeczy Hermiony, lecz Chancerel strzeleniem palców przywołał skrzata i kazał mu się tym zająć.

Helen w tym czasie założyła soczewki, starła wierzchem dłoni resztki płynu i widząc wreszcie wyraźnie popatrzyła na siedzącą obok córkę.

Miała splątane włosy, dokładnie jak sześć lat temu, lecz prócz tego bardzo się zmieniła. Naprawdę bardzo…

Przesunęła wolniej wzrokiem po jej twarzy, szyi i dostrzegła drobniusieńkie zmarszczki w kącikach oczu… delikatnie zaokrąglony podbródek…. przeciągnęła palcami po jej niemal niezauważalnie zapadniętych policzkach i poczuła, jak uśmiech w niej zamiera.

– Jezu Chryste, dziecko… – usłyszała swój zmieniony głos. – Co się z tobą stało?!

Hermionę zapiekły na nowo oczy, więc wypuściła ściskany w kieszeni Kamień i wtuliła się w jej rękę.

– Nic.

– Hermiono??!!

– Nic mi nie jest – pociągnęła nosem i w następnej sekundzie obie tuliły się już do siebie. – Wszystko w porządku. Nie jestem chora, ani nic z tych rzeczy – powiedziała zdławionym głosem. – To długa historia. Wszystko wam opowiem.

To była bardzo długa historia, ale było warto.

 

Powrót do domu nie trwał długo. Przed wyjściem Chancerel wręczył Hermionie kilka fiolek ze zwykłym eliksirem uspokajającym i słodkiego snu, na które rzucił zaklęcie nietłukące, a potem odprowadził ich na Place de la Bastille. Tuż przed przejściem przez bramę Perry, jakby domyślając się, co nastąpi, spojrzał ostatni raz przez ramię. Za nim odwróciła się Helen, a potem Hermiona i przez kilka sekund spoglądali na milczący czarny zarys olbrzymiej twierdzy na tle jaśniejszego nocnego nieba. I żadne z nich nie wyobrażało sobie zapomnieć widoku miejsca, w którym ich życie zaczęło się na nowo.

W końcu któreś z nich ruszyło w kierunku bramy i chwilę później znaleźli się na placu Bastylii, zalanym blaskiem setek świateł, tętniącym gwarem, muzyką i nieustannym szumem samochodów.

– Niewiarygodne – szepnął Perry.

– Najlepiej będzie, jak wpierw rzuci pani to swoje zaklęcie, a potem przeniosę nas do mugolskiego wymiaru – zaproponował równocześnie Chancerel.

– Oczywiście – Hermiona smagnęła różdżką i skinęła głową. – Już.

Chancerel podał jej rękę, ona ścisnęła rękę matki, a ta rękę męża i tym razem to starszy pan smagnął swoją różdżką. Nic się nie zmieniło – wszystko dookoła wyglądało na dokładnie takie same.

– M’sieur-dames – skłonił się im nisko Chancerel, puścił rękę Hermiony i znów uniósł różdżkę.

Żadne z nich nie zdążyło nawet otworzyć ust, gdy znikł. Świat dookoła nadal był taki, jak przedtem, z wyjątkiem tego, że Jean-Louis Chancerel zniknął im z oczu.

– Do widzenia. I dziękujemy za wszystko – uśmiechnęła się mimo to Hermiona w kierunku, w którym – wiedziała to – nadal stał i miała wrażenie, że coś otarło się o jej ramię.

Ale nie należało tracić czasu na szukanie go, tu ich drogi się rozchodziły i tak miało być.

Hermiona ścisnęła mocniej walizkę w ręku, kazała rodzicom wziąć głęboki oddech i złapać ją za ramiona i myśląc o Domu obróciła się na pięcie.

 

 

Słysząc ich „do widzenia” Jean-Louis Chancerel uśmiechnął się szeroko. Nie przypuszczał, żeby kiedykolwiek miał ich jeszcze zobaczyć, ale tak oczywiście nakazywała etykieta towarzyska. Poza tym wiedział, że zarówno Helen i Perry’ego, jak również ich córkę zapamięta. Uważał, że było warto.

Gdy państwo Granger zniknęli, odwrócił się i niespiesznie skierował w stronę bramy prowadzącej pod olbrzymi obelisk. Dla niego również nadszedł czas, by wrócić do domu.

Bo wszystko zawsze ma swój koniec, prawda?

 

 

Londyn, dom państwa Granger

Chwilę później  –  22:30

 

Powrót do domu był dla Helen i Perry’ego równie poruszającym przeżyciem, co odnalezienie Hermiony. Z tym miejscem łączyły się miriady wspomnień, zarówno tych prawdziwych jak i przez nich wymyślonych, dlatego zachowywali się jak dorośli, którym ktoś ofiarował gwiazdkę z nieba. Chłonęli wszystko w ciszy, z początku niepewnie, z obawą, potem coraz śmielej, aż wreszcie uwierzyli i ledwo mogli utrzymać serca w piersi.

Helen z przedziwnym uśmiechem, który tylko ona mogła zrozumieć, gładziła trzęsącą się ręką klamkę u drzwi wejściowych, Perry zaś wprost nie mógł oderwać wzroku od pustego miejsca na ulicy, gdzie kiedyś mył samochód.

Hermiona podała im hasło otwierające wejście, to samo, co Mathiasowi i zanotowała w myślach, że trzeba będzie ich włączyć do Kręgu Zaufanych, żeby nie musieli podawać go za każdym razem, gdy chcieli wejść. Dotychczas tylko Severus w nim był.

Perry szybko przebrał się w trochę dziwne ubrania, które dała mu Hermiona, jednak mimo to nadal miał dreszcze, gdy chodził po domu, rozglądając się po przedpokoju, dotykając tapet, poprawiając wiszące krzywo obrazy, wodząc palcami po meblach czy wciągając z lubością zapach domu.

Bo każdy dom pachnie inaczej – jest przesiąknięty zapachem mebli, książek i nas samych, przeplatany wonią perfum, często gotowanych potraw, lecz pachnie również naszymi ulubionymi kolorami, zatrzymaną na zawsze w ścianach muzyką, zawieszonymi w powietrzu uczuciami i odciśniętymi w nim wspomnieniami.

Ten zapach trochę różnił się od tego, który Helen i Perry pamiętali, ale powitał ich z ukłonem i stał się ICH.

Od obiadu czy też kolacji z ojcem minęło sporo czasu, od śniadania mamy cały dzień, więc Hermiona planowała zrobić szybko makaron w sosie pomidorowym, czyli to, co zostało jej w domu – wszystko, co świeże zabrała przecież do Severusa. Lecz gdy weszła do kuchni, osłupiała.

Na stole stało kilka siatek z Tesco – ze świeżym pieczywem, owocami oraz bułeczkami maślanymi na deser. Mathias??? Tesco?? Niemożliwe…! Tknięta jakimś przeczuciem otworzyła lodówkę, w której znalazła jajka, bekon i siatki z warzywami, również z Tesco, oraz duże pudło z cornish pasty – zapiekanymi pierogami nadziewanymi mięsem i warzywami z The Harwood Arms, restauracji niedaleko.

– Coś nie tak? – spytał Perry, zaglądając do kuchni. – Sprawdzasz, czy świeci się światło? Znam takiego, co je tyle, że co chwilę musi kupować nowe żarówki – zerknął do środka i na widok dużej naklejki z restauracji posłał jej zaskoczone spojrzenie. – Ten twój ukochany tam pracuje? To by wyjaśniało, jakim cudem robią tam tak dobre żarcie.

– Jakby mój ukochany tam pracował, albo wyleciałby z hukiem po godzinie… co ja mówię, po pięciu minutach, albo zaczęliby podawać tam półsurowe ziemniaki i stek jak podeszwa.

– Warczy, nie umie gotować… jest coś, co mi się w nim spodoba?

Hermiona uniosła w górę brwi, jedną trochę wyżej niż drugą.

– Weź sobie krzesło, bo to potrwa. Zacznijmy od tego, że nie jada słodyczy…

– Już go lubię.

– Pija whisky.

Perry uśmiechnął się szeroko i nie odrywając od niej wzroku sięgnął po pudło z pierogami.

– Wystarczy, przekonałaś mnie. A teraz pozwól, że przetestuję, czy zjadliwe.

I błyskawicznie wyciągnął jednego pieroga i włożył go do ust.

– Boszke. Nycz ne móf mame!

Ni to kolacja, ni śniadanie nie trwała długo i nie chodziło o to, że Helen i Perry byli głodni, a z kolei Hermionie odechciało się zupełnie jeść. Obiecana rozmowa wisiała nad nimi i z każdą chwilą nabierała większego znaczenia, większej wagi, aż zaczęła ciążyć i Hermiona mogła przysiąc, że powietrze przesiąkło nią, stało się gęste i w końcu nie można już było oddychać.

O ile z początku jeszcze coś podjadała i brała udział w konwersacji, szybko zamilkła, bardziej dla pozoru grzebała widelcem w talerzu i próbowała przypomnieć sobie wszystkie słowa, które od lat wybierała na tę okazję. Słowa – perły, piękne, podniosłe, które teraz trzeba było zmienić, bo jedną osobę należało przedstawić w zupełnie innym świetle. Tę najważniejszą na świecie osobę.

Helen zauważyła jej nieme spojrzenia w stronę salonu, w którym dla nich coś się skończyło, a zaczęło coś zupełnie innego, i sięgnęła przez stół po jej rękę.

– Chcesz tam pójść? – spytała łagodnym tonem.

Hermiona potrząsnęła głową.

– Nie, mamuś. Myślę, że tu będzie łatwiej. Dla nas wszystkich.

Perry przechylił się ku nim i przykrył ich dłonie swoją.

– Gdzie tylko zechcesz, kochanie. I kiedy będziesz gotowa.

Na krótką chwilę zapadła zupełna, niemal namacalna cisza, w której można było usłyszeć głuche bicia trzech serc.

– Tak naprawdę to nawet nie wiem, jak zacząć – odezwała się w końcu Hermiona, uścisnęła ich ręce i cofnęła się na oparcie krzesła.

– Najlepiej od początku.

– Severus powiedział, że wystarczy, jak powiem wam Prawdę – na samo wspomnienie o nim po jej twarzy przemknął lekki uśmiech.

– Więc zrób jak mówił – poradziła ciepło Helen. – Myślę, że miał rację.

Hermiona podciągnęła nogę aż pod brodę i objęła ją mocno. Nie mogła się przytulić do niego, to musiało jej wystarczyć, by znaleźć w sobie odwagę, żeby powiedzieć to, co było trzeba.

Spróbowała znaleźć Początek i po namyśle uznała, że w pewnym sensie wszystko zaczęło się od zakończenia Turnieju Trójmagicznego. Dla niej, Harry’ego i Rona to był ten właściwy Początek. Zaś dla Severusa wtedy wszystko zaczęło się po raz drugi.

– Pamiętacie, jak na wakacjach po czwartej klasie opowiadałam wam o Turnieju Trójmagicznym? O tym, że Voldemort powrócił? To były ostatnie wakacje, kiedy opowiedziałam wam wszystko o tym, co działo się w czarodziejskim świecie.

I błądząc wzrokiem po szafkach, jakby to na ich tle powróciły sceny i rozbłysły usłyszane później historie, zaczęła opowiadać.

Rozpoczęła od tego, jak – jeszcze wtedy profesor Snape powrócił do Voldemorta. Potem przyszła piąta klasa i Umbridge, Zakon Feniksa, GD, wyprawa do Ministerstwa i śmierć Syriusza oraz Przepowiednia… A później następny rok, jeszcze czarniejszy. Wieczysta Przysięga profesora Snape’a, nieudane próby zabójstwa profesora Dumbledore’a, wyprawa Harry’ego po horkruksa, bitwa ze Śmierciożercami i wreszcie najgorsze – śmierć Dumbledore’a.

Chcąc uniknąć nieporozumień i jednocześnie wyeksponować rolę Severusa w tym wszystkim, od samego początku wyjaśniła, kim był naprawdę. Nie szczędziła ostrych słów, nie łagodziła nawet najbardziej brutalnych faktów, mówiła o bólu i śmierci jak o starych znajomych – bo nimi się stali, o niesprawiedliwości i poświęceniu. Jej rodzice musieli poczuć, w jakim świecie przyszło jej żyć, aby móc zrozumieć jej wybór.

I poczuli. Perry w którymś momencie wstał gwałtownie od stołu i przeszedł w kąt kuchni, lecz po chwili oderwał się od niego i oparł o okno, potem stanął w innym miejscu i jeszcze innym… Nie mógł usiedzieć, bo czuł, że jeszcze chwila i oszaleje.

Nie musiał znać magicznych zaklęć, o których mówiła jego córka czy ludzi i ich zdolności, wystarczył ton jej głosu i rozszerzone oczy, by na nowo wróciły wspomnienia. Nocy jasnych jak dzień od wybuchających granatów i płonących domów czy innych, zupełnie czarnych, kiedy nie poznawał nawet padających dookoła ciał. Wróciło również wspomnienie tego przerażającego niemego protestu, który wzbierał w nim, sprawiał, że krew wrzała mu w żyłach i czuł, jak rozrywa w nim wszystko na strzępy. I którego nie mógł okazać, bo na twarzy musiał nosić chłodną obojętność.

Helen nie miała takich wspomnień, ale jej wystarczył widok Hermiony, skulonej na krześle obok zupełnie, jakby chowała się przed ciosem i ze wszystkich sił starała się nie pęknąć. Kilka razy chciała sięgnąć po jej rękę, ale za każdym razem cofała się, bo była pewna, że jeśli choćby jej dotknie, ona nie będzie w stanie słuchać dalej, a Hermiona mówić. Jej córka przeszła przez to sama, musiała pozwolić jej opowiedzieć to również samej, do końca. Na przytulenie przyjdzie czas.

Opisawszy w kilku słowach pogrzeb Dumbledore’a, decyzję Harry’ego oraz jej i Rona, Hermiona zamilkła. Czuła się… przedziwnie. Zupełnie jakby wreszcie zmyła tamte łzy, strach i bol, odepchnęła wściekłość i przerażenie. I czuła się dziwnie pusta. Wyrzuciła z siebie wiele uczuć, teraz to miejsce musiało się zapełnić tym, co oddadzą jej rodzice.

– Ten… ktoś, o którym nam mówiłaś – odezwała się cicho Helen. – Pamiętasz, mówiłaś nam, że straciłaś kogoś bliskiego. To był profesor Dumbledore?

– Tak – westchnęła Hermiona, zginając na pół papierową serwetkę. – Nie był mi jakoś specjalnie bliski, nie tak jak Harry czy Ron, ale po pierwsze, gdy odszedł, miałam wrażenie, że zabrał ze sobą całą nadzieję. A po drugie… wtedy myślałam, że… – jej ręką drgnęła i serwetka przerwała się na pół – że zamordował go ktoś, komu ufał. Komu wszyscy ufaliśmy – zamrugała oczami, żeby powstrzymać łzy.

– Profesor Snape? – gdy Hermiona kiwnęła głową, Helen dodała ostrożnie. – Severus Snape, tak?

– Wtedy to był jeszcze profesor Snape. Do niedawna.

Perry oderwał się od okna i podszedł do stołu, lecz nie usiadł.

– Mnie zastanawia coś innego. Ten wasz profesor Dumbledore. Jak to możliwe, że dorosły, ponoć tak mądry człowiek wysyła dziecko… bo Harry był jeszcze dzieckiem – powiedział twardo, nie pozwalając Hermionie się odezwać. – Wysyła nawet troje dzieci w pogoni za sadystycznym mordercą i przywódcą innych morderców, bez jakiejkolwiek opieki i pomocy, kiedy może powierzyć to grupie doświadczonych dorosłych?! Prawdziwy dowódca kazałby mu się ukryć, zadbałby o jego bezpieczeństwo, a nie wysłał tylko z pobożnymi życzeniami!

– To musiał być Harry, tato – westchnęła ciężko Hermiona. – Bo to on był ostatnim horkruksem – Perry i Helen zamarli z otwartymi ustami, więc dodała. – Harry nie miał przeżyć, wręcz przeciwnie. Miał dać mu się zabić. Ale o tym dowiedział się dopiero pod koniec.

Jęk, który wyrwał się Helen, nie przypominał żadnego słowa, zaś Perry osunął się ciężko na krzesło i znów na chwilę zapadła cisza.

– A ty? Dlaczego z nim poszłaś? Nie mogłaś…? – spytała w końcu Helen.

– Z wielu powodów – odparła Hermiona. – Harry to… dla mnie to mój brat. Kocham go jak brata. Nie pozwoliłabym mu iść samemu i nigdy bym go nie zostawiła. Po drugie biorąc pod uwagę sytuację, nie mogłabym wrócić do Hogwartu i żyć normalnie. Jako mugolaczka musiałabym stanąć przed komisją weryfikującą moje pochodzenie, ponieważ nie mam żadnych krewnych czarodziejów, przełamano by mi różdżkę i ukarano za nielegalne nabycie magii. Najprawdopodobniej kilkoma latami w więzieniu czarodziejów. To znaczy taka była procedura dla wszystkich mugolaków, ale ja na pewno skończyłabym inaczej. I pewnie w końcu marzyłabym o Azkabanie. A po trzecie nie, mamuś, nie mogłabym porzucić czarodziejskiego świata i przenieść się do mugoli. W tej wojnie zamordowano chyba tyle samo mugoli, co czarodziejów. A ja i wy byliśmy pierwsi na liście.

Zarówno Helen jak i Perry wiedzieli, o czym teraz powie Hermiona. I chcieli i bali się to usłyszeć. Hermiona też wiedziała – wszystko, co mogło usprawiedliwić jej postępowanie zostało powiedziane. Cała Prawda. Teraz zostało jej tylko powiedzieć to najważniejsze i… czekać na wybaczenie.

– Dlatego… – zaczęła drżącym głosem, szukając odpowiednich słów. – To ja zdecydowałam, żeby was ukryć na drugim końcu świata, pod innymi tożsamościami. Żeby mieć pewność, że nie zdradzę waszego miejsca pobytu w razie, gdyby… mnie złapali i torturowali, zostawiłam wybór miejsca wam. W ten sposób nawet ja nie wiedziałam, gdzie jesteście. – Nabrała głębiej powietrza, zbierając się do powiedzenia ostatniego. Jej ojciec sięgnął po jej rękę, lecz czym prędzej wyszarpnęła ją, prostując się. Nie chciała widzieć, jak to on ją cofa, gdy usłyszy… – I żebyście nie tęsknili i nie cierpieli, jeśli bym tej wojny nie przeżyła, zmieniłam wam wspomnienia i sprawiłam, że zapomnieliście, że macie córkę.

Ostatnie słowa usłyszała, jakby to nie ona mówiła, jakby stała gdzieś z boku. Bo to nie był jej głos, nie poznawała go.

Głos skończył mówić i czekał, a Hermiona czekała wraz z nim. Na jakąkolwiek odpowiedź, na poruszenie się, sięgnięcie po jej rękę… czy nawet wybuch złości. Cokolwiek. Ale w ciemności, jaka nagle okryła świat nic nie nadchodziło.

Nieruchoma i cicha przesunęła wzrokiem po słojach w drewnianym stole, malutkich kręgach, które stawały się coraz większe i bardziej regularne, aż przechodziły w ciemną, pionową kreskę ciągnącą się do jej drobnej dłoni i w drugą stronę, aż do męskiej, spalonej przez słońce i mocno zaciśniętej ręki.

Przełknąwszy z trudem ślinę Hermiona odważyła się podnieść głowę i popatrzeć na rodziców.

Oboje wyglądali, jakby stanęli na rozstaju dróg i nie umieli zdecydować, którą wybrać. Jej matka w dodatku wyraźnie dotarła do krawędzi i wszystko mogło w tej chwili ją przewrócić. Ojciec zaś… jego twarz, zawsze tak pełna radości i uśmiechu jeszcze nigdy nie była tak poważna.

– Być może powinnam was przeprosić – znów usłyszała dziwny, obcy głos, rwący się tak, że ledwo rozumiała, co mówi. – Ale to i tak nic by nie zmieniło. Po prostu… wiedzcie, że rozważyłam każdą możliwość i… że chciałam, żebyście wy… byli szczęśliwi.

– My. A ty? – szepnęła Helen.

Hermiona spojrzała na nią wzrokiem, w którym czaił się cichy ból.

– Ja? To wy, a nie ja się liczyliście.

Maska powagi spadła z twarzy Perry’ego i z równie bolesnym grymasem wyszedł zza stołu i wyciągnął ku niej rękę.

– Chodź tu – rzucił głosem nie dopuszczającym sprzeciwu, a gdy Hermiona wstała, pociągnął ją i przytulił mocno. – Nie przepraszaj. Dziecko kochane, nie przepraszaj. Za takie coś nie wolno przepraszać. To my powinniśmy ci dziękować.

Ulga zalała Hermionę z siłą wodospadu i pociągnęła ze sobą tak mocno, że tylko silne ramiona ojca, a po chwili i matki utrzymały ją w miejscu. Uczepiła się ich najmocniej, jak tylko mogła i jak przez mgłę i szloch poczuła, że gdzieś ją niosą. Dopiero po kilkunastu krokach udało się jej dojrzeć wejście do salonu i kanapę.

Kiwnęła głową i czując, jakby wynurzyła się wreszcie z wody usiadła na niej. Teraz już mogła.

– Co było dalej? – spytał Perry, siadając po drugiej stronie i ścisnął lekko za rękę.

Hermiona potrzebowała chwili, żeby przypomnieć sobie, gdzie dokładnie skończyła. O dziwo teraz, powiedziawszy najgorsze, coraz trudniej przychodziło jej ubranie wszystkiego w słowa, jakby po tym wysiłku nie była zdolna do kolejnego. Lecz to też było ważne. Nie musiała wdawać się w szczegóły, ale musiała opowiedzieć najważniejsze, takie jakie było – okrutne, odstręczające, czarne. Żeby nie myśleli, że to, co zrobiła, było niepotrzebne.

– Spędziliśmy niecały rok szukając horkruksów. I ukrywając się. Musieliśmy ciągle się przenosić, z uwagi na Śmierciożerców, dementorów i szmalcowników, którzy za złoto łapali tych, którzy również się ukrywali.

– Znaleźliście te horkruksy?

– Już we wrześniu znaleźliśmy jeden, ale nie wiedzieliśmy, jak go zniszczyć, więc nosiliśmy go ze sobą. Na sobie, bo to był medalion. To było coś… tak złego… Co jak dementorzy wysysało z nas wszystko, co dobre. Z tego powodu na początku zimy odszedł od nas Ron. Po prostu nie wytrzymał. W grudniu… na Wigilię wybraliśmy się z Harry’m do Doliny Godryka, gdzie są pochowani jego rodzice. I gdzie mało nie dopadł nas Voldemort. Zastawił na nas pułapkę w postaci… ożywionego ciała zamordowanej czarownicy, w której ukrył swojego węża. Udało się nam uciec, ale … musiałam użyć tylu zaklęć, by nas stamtąd wydostać, że złamałam Harry’emu różdżkę. Lecz chyba wtedy przyszedł przełom – ożywiła się, zupełnie, jakby przeżywała to na nowo. – Wrócił Ron. Profesor Snape…

– Nazywaj go Severusem. Zasłużył na to – wtrąciła łagodnie Helen.

Hermiona podziękowała jej uśmiechem i mówiła dalej.

– Więc Severus podrzucił nam miecz Godryka Griffindora, którym wreszcie mogliśmy zniszczyć horkruksa. Zrobił to tak, żebyśmy nie wiedzieli, że to on, bo Voldemort mógłby wyczytać to w umyśle Harry’ego i jego pozycja podwójnego szpiega byłaby spalona. To dlatego, tato, nikt nie mógł wiedzieć o naszej misji. Żeby Voldemort nie dowiedział się, że szukamy jego horkruksów.

– A w myślach Severusa Voldemort tego by nie wyczytał?

– Severus zna się na oklumencji, czyli potrafi ukryć te myśli, które chce. Choć zawsze było ryzyko, że mu się nie uda w przypadku bardziej wymyślnych tortur. Więc z kolei on nie wiedział, czego szukamy, wiedział tylko, że ma nam przynieść miecz. To się chyba nazywa podwójna ślepota.

Perry westchnął ciężko. Znał wiele niuansów szpiegostwa i wojnę, ale ta była zupełnie inna i czuł, że go przerastała.

– Zniszczyliście go i co? – ponagliła Hermionę Helen.

– Jakiś czas później złapali nas szmalcownicy i zaprowadzili do dworu Malfoyów, gdzie była też Bellatrix Lestrange, która spanikowała na widok miecza. Tak bardzo, że próbowała torturami zmusić mnie do przyznania, czy to prawdziwy mieczy, czy nie i czy byliśmy w jej skarbcu – Hermiona zupełnie nieświadomie przesunęła ręką po szyi. Nie było tam żadnego śladu po tym, jak Bellatrix bez mała podcięła jej gardło, Fleur dobrze ją opatrzyła, lecz nie mogła zaleczyć blizny, jaka została w jej umyśle. – Domyśliliśmy się, że w skarbcu może być horkruks, więc dostaliśmy się do niego i faktycznie znaleźliśmy drugiego horkruksa. A zaraz potem Harry odczytał w myślach Voldemorta, że następny ukryty jest w Hogwarcie. Przenieśliśmy się tam, znaleźliśmy go i… wydawało się nam, że musimy znaleźć ostatni, czyli węża Voldemorta. Poszliśmy do Wrzeszczącej Chaty, tam był Voldemort, Nagini i… I Severus. I…

To samo wspomnienie, tyle razy przywoływane w pamięci, dziś wyglądało zupełnie inaczej. Dotychczas bolał ją fakt, że mogła zostawić umierającego człowieka i odejść, dziś do tego bolało to, że tak niewiele brakowało, by nie było tego wszystkiego – antidotum, Australii… ICH…

Helen rozluźniła jej ściśniętą dłoń, Hermiona skinęła głową i patrząc w ścianę przed nimi zobaczyła tamtą scenę.

– Voldemort kazał Nagini zabić Severusa, ta wbiła mu kły w szyję, a Voldemort wyszedł. My też wyszliśmy z ukrycia i… nie wiem, jak mogłam! Zamiast próbować ratować człowieka, zatamować krew, rzucić zaklęcia uzdrawiające… cokolwiek! tylko wyczarowałam butelkę, żeby mógł oddać wspomnienia. I się wykrwawić. Pozwoliłam mu umrzeć! A potem po prostu zostawiliśmy go tam i wyszliśmy!

Helen wymieniła z Perry’m zagubione spojrzenie i uścisnęła lekko rękę Hermiony.

– Ale nie umarł?

– Nie, ale… – Hermiona potrząsnęła głową. Nie to było akurat najważniejsze. – Oglądając wspomnienia Severusa Harry dowiedział się, że był siódmym horkruksem i musi się dać Voldemortowi zabić. Nie będę wam dokładnie wyjaśniać, jak to się stało, że gdy Voldemort rzucił mordercze zaklęcie, zabił nim samego siebie. W ogóle to tamtej nocy miała miejsce Bitwa o Hogwart. W której wygraliśmy, choć zginęło pełno naszych. Fred… Lupin i Tonks… Colin…

Helen już chciała coś powiedzieć, ale Perry niemal niezauważalnym potrząśnięciem głowy kazał jej poczekać. Sam wiedział, jak to jest opłakiwać poległych.

Lecz Hermiona nie chciała już płakać, miała dość ciągłego ocierania policzków, pieczenia w gardle i pociągania nosem. Ze złością ostatni raz wysuszyła oczy rękawem i powiedziała już twardym głosem.

– I tu zaczęły się kłopoty. Bo okazało się, że zaklęcia, które chciałam użyć, żeby was odnaleźć, nie zadziałają. Kingsley wysłał po was dwóch Aurorów, ale szukali zupełnie w ciemno i wrócili z niczym.

– To było rok później, tak? – zauważył ostrożnie Perry. Nie chciał, żeby to zabrzmiało, jakby wypominał Hermionie, że czekała do tej pory, lecz skoro nie szukała ich wtedy, to czemu właśnie teraz?

– Skoro nie udało się Aurorom, jakim cudem udało się… wam? – spytała niemal równocześnie Helen.

– Żebyście zrozumieli, muszę wam odpowiedzieć wpierw inną historię. Równie… ciężką, co poprzednia – westchnęła Hermiona i podniosła się z kanapy. – Zaraz wrócę.

Nie zamierzała wyjaśniać tego od połowy. Rodzice nie pojęliby, skąd w tym wszystkim nagle Severus i przede wszystkim, dlaczego „Severus”. Zaś żeby opowiedzieć o poszukiwaniach, potrzebowała pudełka ze wszystkimi jej skarbami oraz listy miejsc, które przeszukiwali z Severusem. Bo najważniejsza rzecz – Kamień, ciągle pulsował gorącem w jej kieszeni. No i przy okazji chciała zabrać z kuchni różdżkę.

W tym czasie Perry i Helen popatrzyli po sobie z lękiem w oczach.

– Boże. Nie wiem, czy wytrzymam kolejną – przyznała Helen.

– Zdaje się, nie mamy innego wyjścia.

– Zobacz, czy w barku coś jest. Martini albo jakiś likier?

– Szlaban na alkohol, kochanie – pokręcił głową Perry. – Jak się obudziłem, też prosiłem o coś mocniejszego i jakaś kobieta zakazała picia przez jeden dzień. Niby ma rację, po lekach się nie pije, a pojęcia nie mam, co jest w tych ich eliksirach.

Helen dostrzegła córkę wchodzącą do kuchni z czymś w rękach.

– Szaleństwo. Zaledwie chwilę temu byłam jeszcze Moniką i stałam pod domem.

– A co ja mam powiedzieć? – mruknął jej mąż. – Troszkę więcej niż chwilę temu byłem Wendellem i wsiadałem na jacht w Australii. Zamknąłem oczy, a jak je otworzyłem, znalazłem się w Paryżu jako Perry.

Jego żona uśmiechnęła się i przesunęła ręką po jego krótkich włosach.

– Wiesz co… Cieszę się. Że to wszystko już za nami. Cokolwiek się stało… teraz może być już tylko lepiej.

Perry przechylił się ku niej i pocałował ją lekko.

– Też tak myślę. Musimy tylko jeszcze przetrwać to, co wymyśliła twoja córka.

– Bo twoja nie?!

– Zawsze ci mówiłem, moja jest jak jest grzeczna.

W tym momencie wróciła Hermiona. Postawiła na stoliku szklankę wody, jakże znajome pudełko, położyła na nim mugolskie kartki papieru, laleczkę z włóczki, zdjęcie jej rodziców, a na nich Kamień. I znów zaczęła opowiadać.

Historia trucizny była koszmarem, ale Hermiona postanowiła opowiedzieć ją w zupełnie inny sposób. Nie chciała przerażać rodziców czy robić z siebie bohaterki, chciała za to opowiedzieć im o człowieku, który ledwo zaczął żyć normalnym, własnym życiem, nie zawahał się nim zaryzykować, by próbować ocalić zupełnie nieznanych mu ludzi. Ciężko doświadczony przez los przed laty teraz znów został skrzywdzony, lecz ledwie wyrwał się z piekła, wrócił na tę samą ścieżkę i doszedł nią aż do samego końca. I przez cały czas chronił ją jak mógł. A potem…

– Sądząc po tym, jak o nim opowiadasz, to ktoś niezwykle wartościowy – powiedziała Helen, gdy Hermiona zamilkła. – Ale to nie wyjaśnia, jak to się stało, że udało się wam nas znaleźć. Nie przeczę, że bardzo chciałabym usłyszeć tę historię.

Hermiona uśmiechnęła się tym dziwnym uśmiechem, w którym smutek miesza się z radością, osunęła się na ziemię i sięgnęła po jedno ze zdjęć jej rodziców.

– To też był czwartek. Dokładnie tydzień temu. Tylko pora była inna. Severus przyszedł do mnie i najpierw przywołał mnie ostro do porządku, potem zaczęliśmy rozmawiać o was i wtedy…

Oczami wyobraźni zobaczyła, jak Severus siada na brzegu kanapy… i przywołuje jej różdżkę. A potem mówi: „Ostatni raz ją dla ciebie przywołuję. A teraz weź się w garść i sprzątnij tu. I spakuj swoje rzeczy”, a gdy nie dowierzając szczęściu spytała, o czym mówi…

– Wtedy powiedział najpiękniejsze, najwspanialsze zdanie pod słońcem. „Wybieramy się do Australii”.

 

 

Piątek, 23 maja

Dom państwa Granger

Koło 1-wszej w nocy

 

Hermiona dała mamie do wypicia eliksir słodkiego snu i dopiero, gdy ta zasnęła, ostrożnie zamknęła drzwi do sypialni i zeszła na dół. Ku jej zdumieniu ojciec stał tuż przed domem i rozglądał się uważnie.

– Mama już śpi. Coś się stało? – zaniepokoiła się. Noc wyglądała na spokojną, poza tym nawet gdy po ulicy szwendały się bandy pijanych nastolatków, z uwagi na Zaklęcie Wstrętu nie zbliżały się do domu.

– Patrzę – wyjaśnił Perry i zadarł głowę do góry. – Boże. Jest chłodno. I mży. I czuję, że nad ranem będzie mgła taka, że hej. Coś wspaniałego!

– Skoro tak mówisz – skrzywiła się Hermiona, wychodząc również na zewnątrz i obejmując się ramionami. – Przyznam, że mi podobał się zapach pustyni i ten na Wybrzeżu.

Perry poczochrał ją po włosach i objął przez ramię.

– Oczywiście, że oba są cudowne! Ale ten jest… inny. I zobacz, samochody jeżdżą tu wolniej. Ten to nawet przegiął – zmarszczył brwi na widok auta, które przejechało bardzo powoli po prawej stronie ulicy. – Czekaj, zrobili tu ruch jednokierunkowy czy to jakiś idiota z kontynentu?

– Dwukierunkowy, ale pamiętasz, rzuciłam tu specjalne zaklęcie, by się chronić przed mugolami. Co oczywiście nie wyklucza idioty z kontynentu.

– Cudownie! O, zaczęło padać – ucieszył się. – Boże, zimny deszcz! I nie znajdę jutro krokodyla pod domem. I żadnych węży na drodze. Genialnie, po prostu genialnie!

Hermiona wybuchnęła zduszonym śmiechem i pociągnęła ojca do środka.

– Genialnie to zaraz będziesz przemoczony. Chodź do środka.

– Daj mi jeszcze chwilę, kochanie. Zaraz do ciebie przyjdę – pocałował ją we włosy i wskazał głową wejście do domu.

Hermiona cofnęła się do korytarza, zapaliła światło i zaczęła przyglądać się zdjęciom rodziców, stojącym na niewielkiej komodzie. Pomimo przywrócenia im pamięci ona się na nich nie pojawiła. Na pewno jest na to jakieś zaklęcie. W końcu Chancerel zajął się tylko ich umysłami. Będziesz musiała sprawdzić w książkach, na pewno coś na ten temat znajdziesz. Albo Severus będzie wiedział. No i może Kingsley też, w końcu to on odkrył, że zaklęcia wyszukujące nie zadziałają. Zapytaj go, jak jutro… dziś będziesz z nim rozmawiać.

 

Perry podszedł aż do ogrodzenia, przesunął po nim ręką i znów spojrzał na miejsce, w którym kiedyś mył samochód. Nie wiedzieć czemu miał ten obraz przed oczami od kiedy wrócili.

Boże kochany, co ta dziewczyna wymyśliła! Wyczyścić nam wspomnienia i się osierocić, żeby nas chronić, a potem oddać pół życia, by nas znaleźć.

To było piękne i przerażające jednocześnie. Wyraźnie widział, że Mo… Helen ledwo się trzymała pod koniec opowiadania o szukaniu ich i sam też czuł się tym wszystkim przytłoczony. Jednak nie zamierzał robić córce jakichkolwiek wymówek czy choćby raz zapytać, czy naprawdę nie było żadnej innej możliwości. Zarówno wtedy jak i teraz. Przeszłości nie można było zmienić, więc to nie miałoby żadnego sensu, tylko by tym ją dręczyli. I za co – za to, że kochała ich tak, że postanowiła poświęcić wszystko, by ich chronić? Nie można winić kogoś za to, że nas kocha.

Zamierzał porozmawiać z Mo… z żoną na ten temat, choć znając ją był pewien, że myśli tak samo. Potem musieli podziękować Hermionie, a następnie zająć się planowaniem powrotu do domu.

No i oczywiście musisz wyciągnąć od niej jak najwięcej na temat tego Severusa Snape’a. Jako ojciec musiał się przecież upewnić osobiście, że Severus jest godny jego córki, a po drugie ta historia o podwójnym szpiegu była… Pasjonująca to mało powiedziane. Dosłownie zabrakło mu słów. Ten człowiek był niesamowity! Już i tak Hermiona go tak przedstawiła, ale był pewien, że nawet ona nie mogła sobie wyobrazić tego, przez co musiał przejść.

Taki był plan na jutro. To znaczy na dziś rano. Teraz zaś miał co innego do zrobienia…

Gdy wymówił łacińską sentencję faktycznie zobaczył wnętrze domu. Spryciula z niej. Wszedł do środka i znalazł Hermionę w kuchni, gdzie kończyła właśnie parzyć im herbatę. Prawdziwą angielską herbatę, a nie te francuskie popłuczyny.

– To w ramach wprowadzonej prohibicji – wyjaśniła. – Poza tym whisky wypił Severus.

– Widzę, że poza podobieństwem imion Severus nie ma nic wspólnego z tym francuskim cerberem – westchnął teatralnie Perry. – Możesz mi dać komórkę? Muszę zadzwonić do Josha.

 

Hermiona przywołała jego telefon z walizki i wróciła myślami do Australii, w której zostali Ginny z Harry’m. Zostali? A może właśnie z niej wracają? Która tam jest godzina?

Tak w Brisbane jak i w Metropolii była jedenasta rano. O tej porze mogli być nawet już w Londynie! I obojętnie gdzie by nie byli, na pewno nie spali, więc mogła ich zawiadomić, że u niej wszystko w porządku! Oczywiście nie mogli jej odpowiedzieć, ale przynajmniej nie będą się denerwować.

Przywołała najszczęśliwsze, najświeższe wspomnienie, jakie miała – z chwili, kiedy ojciec przytulił ją i mamę, i rzuciła „Expecto Patronum”. Z różdżki wystrzeliła Wydra i zaczęła skakać po całej kuchni jak szalona, aż Hermionie zakręciło się w głowie.

– Ginny, Harry, wiem, że mi nie odpowiecie. Chciałam wam powiedzieć, że jestem już z rodzicami w domu, z ich pamięcią wszystko w najlepszym porządku. Miłego powrotu i do zobaczenia jak najszybciej! – powiedziała, machnęła różdżką, Wydra wykonała zwariowany piruet i znikła w ścianie.

Szybko skończyła robić herbatę i przeszła ze szklankami do salonu. Widząc, że ojciec trzyma przy uchu telefon, jak najciszej postawiła je na stolik, usiadła w drugim kącie kanapy i podciągnęła nogi aż pod brodę. Ojciec mrugnął do niej okiem, jak za dawnych czasów, gdy spiskowali ze sobą i położył palec na ustach, więc Hermiona uśmiechnęła się szeroko, odpowiedziała takim samym mrugnięciem i zapatrzyła na niego.

Był radośnie uśmiechnięty, jak zawsze… Lecz gdy zaczął rozmawiać, dość szybko uśmiech spełzł mu z twarzy.

 

Perry miał właśnie przedsmak tego, co czekało na niego i Mo… Helen, jak wrócą do pracy.

– Hej, Josh! Tu Wendell – powiedział, gdy przyjaciel odebrał wreszcie telefon.

– Wendell! Boże, co się z tobą dzieje?!

– Bez obaw, jak to wy mówicie – uśmiechnął się. – Już miałem odpływać, kiedy zadzwonili do mnie z Cairns, potrzebowali pilnej pomocy przy bardzo skomplikowanym przypadku otwarcia zatoki szczękowej z powodu polipów – usłyszał jak Josh zaklął pod nosem i na wszelki wypadek postanowił mu dołożyć, żeby nie zadawał za dużo pytań. – Daruję ci szczegóły, mało przyjemne, szczególnie odseparowywanie błony śluzowej jamy ustnej.

– Daruj proszę nie tylko szczegóły, ale i całą resztę – rozległo się głośne ziewnięcie. – To co, skończyłeś?

– Tak, ale muszę doglądać gościa dziś i jutro. Więc nie przejmuj się mną, poproszę, żeby odstawili mnie w niedzielę prosto do domu.

– Wpadnij koniecznie po drodze do mnie, bo zabrałeś kluczyki ze sterówki.

Perry poruszył się niespokojnie na kanapie. Nie pomyślał o tym, ale to nie kluczyki go martwiły. Z tym „wpadnięciem” będzie kłopot.

– Zobacz w kajucie na dziobie. Nie ma tam zapasowych? W biurku, po prawej…

Josh zaśmiał się bardzo dziwnie.

– Już sprawdzałem, nie ma. Swoją drogą powiedz mi, jak, do cholery, wyszedłeś?

Perry poczuł, jak włosy jeżą mu się na głowie. Wierz mi, nie chcesz wiedzieć.

– Jak to… jak? – spytał, panując nad głosem.

– Bo drzwi były dobrze zamknięte, ale klucze znalazłem W ŚRODKU, w wyłączniku głównym. Na szczęście wyłączonym, bo szlag trafiłby baterie.

Cholerny świat! Jak ja mogłem wyjść?!

– Acha! Ech, miałem… zapasowe. I tak się spieszyłem, że o nich zapomniałem – wyjaśnił, prostując się i rzucając trochę rozpaczliwe spojrzenie w stronę Hermiony.

– Udało ci się je dorobić i nic nie powiedziałeś?! Bo ja próbowałem, ale kurczę, żaden ze ślusarzy, z którymi rozmawiałem, nie chciał się tego podjąć – znów rozległo się ziewnięcie. – To co, o której tu podskoczysz?

Boże, nie wiem, Josh! Sam sobie podskocz!

– Muszę porozmawiać z taką jedną, co zajmuje się transportem – odparł, znów zerkając z ukosa na córkę. – Co ty tak ziewasz jak stary krokodyl?

– Bo miałem zarwaną całą noc. Straż Przybrzeżna szukała ochotników do akcji poszukiwania topielców.

– Topielców? – powtórzył Perry, żeby podtrzymać temat, bo tak wypadało.

– Tak. Wczoraj w południe utopiła się dwójka młodych ludzi. Na samym końcu portu, niedaleko ujścia rzeki do morza, wiesz gdzie – Perry’ego zatkało, a Josh mówił dalej. – Jakaś starsza kobieta ich widziała. Jej zdaniem zakochani i postanowili się razem utopić, bo widziała, jak tulili się do siebie, a ledwo ich minęła, wskoczyli do rzeki i poszli pod wodę.

– O cholera – wyrwało się Perry’emu.

Hermiona wytrzeszczyła na ojca oczy – bardzo rzadko przeklinał, musiało stać się coś poważnego…

– Z uwagi na prądy nie mogli użyć batyskafu, ale ściągnęli płetwonurków, ratowników, policję, strażaków, mnie i kilku innych ochotników, całą noc szukaliśmy w górę i w dół rzeki i nic. Pewnie prąd wyniósł ich aż na pełne morze. Teraz będą próbować ustalić tożsamości, policja sprawdza listy zaginionych, ale to pewnie potrwa.

– Niewiarygodne – mruknął Perry, nie odrywając wzroku od Hermiony.

– Bez obaw. A teraz kończę, idę spać. Wyślij mi smsa, kiedy tu wpadniesz z kluczami. I miłego dnia!

Josh rozłączył się, więc Perry odłożył telefon na stolik i westchnął ciężko.

– Coś się stało? – spytała ostrożnie Hermiona.

– Tak. Po pierwsze w niedzielę muszę… Podskoczyć do Mackay oddać kluczyki, które podobno zabrałem, a po drugie… Kochanie, następnym razem lepiej tele-dele-portujcie się z dala od ludzi – Hermiona zamarła. – Miałaś rację, trochę cię poniosło tam w porcie, gdy wyczułaś moją obecność. Jakaś kobieta was zobaczyła i uznała, że się utopiliście. I aż do teraz szukało was pół miasta.

???!!

– O Merlinie…

– Spokojnie, nic nie znaleźli i nic nie wiedzą. Natomiast co do tego „Podskoczenia”, to nie wiem, co mu powiedzieć.

– Z tym nie będzie problemu. Jak już znajdziemy się w Metropolii, mogę cię tam na chwilę aportować. Dziś idę do…

W tym momencie w kominku buchnął zielony ogień i pojawiła się głowa Ginny, zaś Perry podskoczył nerwowo na kanapie.

– Hermiona?! – zawołała Rudowłosa. – Właśnie przed chwilą wróciliśmy do domu! Możemy wpaść?

 

Hermiona, Harry i Ginny powitali się, jakby nie widzieli się co najmniej przez rok, a nie przez jeden dzień. Przez dobre pięć minut wszyscy stali po środku salonu i niemal szeptem, żeby nie zbudzić mamy Hermiony, przerzucali się gorączkowymi pytaniami i zdawkowymi odpowiedziami, bo każde z nich chciało wiedzieć, co działo się „po tej drugiej stronie”. W końcu Perry zagonił ich wszystkich do kuchni, Hermiona zrobiła im herbaty i w tym czasie kazała im opowiadać (jeszcze nigdy robienie herbaty nie zajęło jej tyle czasu). Potem przyszła kolej na nią, jej ojciec dorzucał trochę od siebie i dopiero dobre pół godziny później wszyscy ochłonęli i mogli zacząć wreszcie normalnie rozmawiać.

– Aż nie mogę uwierzyć, że to wszystko trwało tylko tydzień – podsumowała Ginny, nakładając sobie dużą porcję konfitury na kolejną dopiero co podgrzaną maślaną bułeczkę. – Wyśmienite. Wiesz, kto je piekł? To zgłoszę się do niego po przepis.

Hermiona zaśmiała się w kubek pełen nowej herbaty i aż opryskała stół.

– Mathias – gdy Harry i Ginny zrobili duże oczy, potrząsnęła głową. – Nie wiem. Będę musiała się go o to podpytać, bo o ile się nie mylę, mugolskie Tesco nie otworzyło swojej filii na Pokątnej. Nie mam pojęcia, co on wykombinował.

Ginny przełknęła niewielki kawałek i aż przymknęła oczy. Wyglądała na wcielenie spokoju, ale tylko dlatego, że niedawno wypiła pół fiolki eliksiru na uspokojenie.

Harry jak to Harry, włożył całą bułeczkę do ust.

– Bęgę muchał… – przełknął wszystko pospiesznie i popił herbatą. – Będę musiał pójść z rana do Kliniki. Dostałem od tamtejszego Uzdrowiciela list do Mathiasa ze wskazówkami, jak szybciej odbudować ubytki magii i przepis na zmodyfikowany eliksir wzmacniający. No i kilka fiolek eliksirów na pierwsze dni, zanim nasi eliksirotwórcy go nie uwarzą.

Perry poruszył się na krześle, ale nic nie powiedział, za to Ginny spojrzała wymownie w sufit.

– Mówiłam mu, że mógłby poprosić profesora Snape’a, ale nie. Będę miała osła za męża – westchnęła ciężko.

– Ginny, mówiłem ci już. Nie chcę prosić o takie rzeczy Snape’a! – jęknął Harry.

– Ginny ma rację – poparła przyjaciółkę Hermiona, wodząc palcami po brzegu szklanki. – Przecież sam doskonale wiesz, że on uwielbia nowości. Jak chcesz, to go o to poproszę, jak będziemy się widzieć.

Ginny przyjrzała się jej uważnie, natomiast Harry potrząsnął z uporem głową.

– Nie, dziękuję! Ja… Poczekam na innych.

Perry przechylił się trochę, by otworzyć szufladę i wyciągnąć czysty nóż.

– Harry, przecież to dla twojego dobra. Z tego, co słyszałem, to jest Mistrz Eliksirów, więc czemu się tak uparłeś? – dodał, siląc się na niewinny ton. – „Nie bo nie” pasuje do kobiet – Hermiona i Ginny posłały mu ostrzegawcze spojrzenie i prędko uniósł ręce w geście poddania. – No więc?

Harry odgarnął włosy i nerwowo poprawił okulary.

– Wiem, ale… Już i tak się dziwię, że mi pomógł po tym, co mu powiedziałem. I nie chcę przesadzać. To nie jest tak, że tylko on jeden na świecie potrafi uwarzyć taki eliksir.

Istotnie, kolejny osioł. Wyjdzie z tego niezłe stado przemknęło przez myśl Hermionie. Jednocześnie poczuła, że nie może tak po prostu powiedzieć swojemu najlepszemu przyjacielowi o niej i o Severusie, musi go wpierw jakoś przygotować.

– Harry, on się zmienił. I to bardzo – odezwała się łagodnie, czując na sobie badawczy wzrok Ginny.

– Wiem. Widziałem jego nowego Patronusa.

– Nie chodzi mi tylko o Patronusa. Ogólnie się zmienił. Nie zauważyłeś?

Harry przyjrzał się swojej szklance, jakby w niej miał znaleźć odpowiedź i w końcu skrzywił się.

– No więc… jeśli mam być szczery… Miałem już trzech różnych partnerów i muszę przyznać, że…

– Harry… – jęknęła Ginny. – Nie umrzesz od powiedzenia tego innym.

Chłopak znów poprawił okulary i westchnął tak, że aż poruszyły się firanki. Hermiona mogłaby nawet przysiąc, że kolejna fala deszczu, jaką dostrzegła na tle latarni, była spowodowana właśnie tym jego wzdychaniem.

– No dobra. To, jak się mi z nim… współpracowało, było niesamowite. Zupełnie jakby czytał w moich myślach… a ja w jego. Gdy przeszukiwaliśmy tą opuszczoną budę, po prostu rozumieliśmy się bez słów. Wiedziałem, jakie zaklęcia rzuca i kiedy, a on wiedział, że ja wiem. To się po prostu czuje. I to nie ma nic wspólnego z Legilimencją. Ale jak udało mu się wreszcie załatwić tego…

– Nie jemu. Wam obu, Harry – wtrąciła z anielską cierpliwością Ginny.

– Dobrze, nam obu. Jak wreszcie ten przeklęty dupek był związany i nieprzytomny, to się, cholera, zaczęło na nowo – dokończył już normalnym głosem Harry i wreszcie spojrzał na wszystkich obecnych, jakby wcześniej się wstydził. – Merlinie, czego bym nie powiedział, co bym nie zrobił, ten warczał i sarkał, jak za najlepszych szkolnych czasów! Zastanawiam się, jakim cudem mnie nie pogryzł!

Hermiona i Ginny wymieniły krótkie spojrzenia i parsknęły śmiechem. Rudowłosa opanowała się pierwsza i dodała, przygładzając chłopakowi włosy.

– Harry zapomniał dodać, że potem, w Ministerstwie, bardzo grzecznie sobie podziękowali.

– No i co z tego? Jesteśmy niekompatybilni i tyle.

Perry pokręcił głową, chichocząc pod nosem i postanowił tego nie komentować. Za to zaciekawiło go co innego.

– Czemu się zdziwiłeś, że ci pomógł?

Harry aż prychnął, rozzłoszczony.

– Bo byłem durny. Na jachcie, jak pan spał, oskarżyłem go o to, że przez niego Hermiona straciła połowę życia. Powiedziałem mu, że gdyby nie zabrał Hermiony do Australii, my i tak byśmy was znaleźli. Ale nasz pobyt tam nie miał żadnych konsekwencji, a ich tak. Nawet nie wiecie, jak się czułem, jak mu mówiłem, że Ginny została porwana… Byłem pewien, że wepchnie mi moje słowa do gardła i każe nimi udławić. Lub co gorsza powie, że to moja wina. Tymczasem Snape bez słowa mi pomógł i jeszcze mnie ostro pogonił.

Hermiona nie mogła i nawet nie chciała powstrzymać uśmiechu. Cały Severus. Teraz, kiedy już go znała, tak wiele jego dziwnych zachowań i uwag ze szkolnych czasów wydało się jej oczywistych.

– Jak tak teraz myślę, to widzę, że przecież mógł pan już odpłynąć – dokończył Harry. – No i nie stawilibyście się na spotkanie w Brisbane, bo pewnie tam was zaprosiliśmy, więc tym razem byśmy pana nie znaleźli. A pańska żona mogła się rozminąć z Hermioną. To, że was znaleźliśmy, wcale nie było takie oczywiste.

– Szczególnie, że poważnie zastanawiałem się nad tym, by zamknąć firmę – Perry zakołysał szklanką i dopił resztę herbaty. – Prowadzenie biznesu na odległość jest czasami bardzo uciążliwe. Poza tym jacht ma już kilka lat i zaczyna się psuć.

– To znaczy, że jeśli za miesiąc Gawain wysłałby do Mackay Aurorów, to mogliby was już nie znaleźć? – upewniła się Ginny.

– Dokładnie, moja panno. Jak to mówią mugole – mrugnął do niej okiem Perry – moglibyście pocałować klamkę.

Na krótką chwilę wszyscy pogrążyli się w milczeniu, każde z nich rozpamiętując na swój sposób tę wyprawę. Czasem niektóre przedsięwzięcia nie udają się po to, żeby udały się następnym razem, ale to mogło do nich nie należeć.

– W każdym razie Gawain się ucieszy – odezwał się Harry. – Jutro, jak tylko dostanę zwolnienie w Klinice, muszę mu je zanieść, więc przy okazji powiem mu, że państwo Granger już są w domu.

– Nie jutro, a za kilka godzin – poprawiła go Hermiona. – Ja też muszę iść do Kliniki i do Ministerstwa, może pójdziemy razem?

– Jasne! – ożywił się chłopak. – A mogłabyś pomóc mi przenieść bagaże do domu? Zostawiłem je u strażnika, bo torba nie zmieściłaby się do kominka, a nawet jakby udało mi się z nią wejść, zapchałbym chyba całą sieć Fiuu.

– Albo wylazłaby jakimś innym rusztem – zaśmiała się Hermiona. – Pewnie, że ci pomogę. Do mojej torebki wejdzie wszystko!

Harry odetchnął z wyraźną ulgą.

– To świetnie, bo tak musiałbym prosić o pomoc Dudleya. A po co idziesz do Ministerstwa?

– Do Kingsleya. Muszę poprosić o Klucze do Inter-Portalu.

– Do Gawaina prędzej się dostaniesz. Poza tym możesz przekazać mu dobrą nowinę, że Snape nie usunął ci pamięci i będziesz mogła zeznawać od poniedziałku.

Hermiona zawahała się lekko.

– Wolę Kingsleya – powiedziała w końcu. – Ty na pewno możesz liczyć na Gawaina, to twój szef, ale myślę, że mi bardziej pomoże Kingsley.

– Widzę, że Snape już cię do niego nastawił. Gawain jest wspaniały. Pamiętasz, pomógł nam wyciągnąć go z Azkabanu.

Hermiona już chciała odpowiedzieć, kiedy wtrąciła się Ginny.

– Najlepiej poproście o nie oboje, niezależnie. A ja pójdę do Nory. I będę musiała wybrać się na zakupy, bo w domu nie ma nic do jedzenia.

– A poczekasz na mnie? – ucieszyła się Hermiona. – To pokażę ci nowy sklep z przyprawami. I przy okazji wskoczymy do Magicznych Dowcipów Weasleyów.

– Świetnie, to wezmę od George’a lipną różdżkę – zachichotała Ginny, trącając Harry’ego łokciem.

– Ha ha ha. Bardzo śmieszne. Za chwilę zaczniesz się chyba ubierać na zielono – burknął chłopak.

Perry wstał i kiwnął na Harry’ego.

– Chodź, Harry, zostawmy panie, niech sobie ułożą listę zakupów. A ja mam tysiące pytań do ciebie.

Hermiona spojrzała na ojca i niemal niezauważalnie potrząsnęła głową, a ten mrugnął okiem w odpowiedzi i obaj wyszli.

– No to Harry przepadł na kilka godzin – oceniła, zerkając na zegar w kuchni i podsunęła przyjaciółce ostatnią bułeczkę. – Chcesz?

– Domyślam się – odparła Ginny, bo doskonale czuła porozumienie między nimi. Nie było się co dziwić: jeden Auror, jeden ex-Auror. Tak, ta wizyta mogła się przeciągnąć. – Twój tata nie będzie chciał jej jeść?

– Nie. Jedz, a jak będziemy na Pokątnej, to kupię im czekoladowe różdżki.

Ginny sięgnęła po bułeczkę i słoik z konfiturą i zerknęła w stronę salonu.

– Rozmawiałaś już z rodzicami? – ściszyła głos. – Tak? No i jak poszło?

Hermiona na wszelki wypadek przymknęła drzwi, usiadła naprzeciw rudowłosej i założyła nogi na sąsiednie krzesło.

– Ciężko. Widzisz, od tamtego roku z Umbridge nie opowiadałam im wszystkiego. Więc możesz sobie wyobrazić, że ta rozmowa nie była ani łatwa, ani krótka.

O cholera.

– Myślisz, że zrozumieli?

– Chyba tak. Bo mój tata zabronił mi ich przepraszać i mnie przytulili, a nie… odepchnęli czy zaczęli mi to wypominać.

Ginny spojrzała na drzwi. Przez wąską szparkę dochodził cichy szmer rozmowy, choć nie rozpoznawała głosów.

– Twój ojciec jest poddenerwowany, ale poza tym nic negatywnego od niego nie czuję. Żadnej złości, goryczy czy smutku. A jak mama?

Hermiona odgarnęła włosy i pokręciła głową.

– Przy niej chyba byś oszalała! Możesz sobie wyobrazić, że ona w jakiś sposób odgadła, że ma dziecko i zaczęła mnie szukać? – Ginny zamarła z uniesioną ręką. – Nie wiem jak, może dowiem się jutro. To znaczy dziś. I ponoć szukała mnie tu.

– O Merlinie. Ale mówiłaś, że zrozumieli?

– Modyfikację wspomnień tak. Lecz potem musiałam im opowiedzieć o sprawie z trucizną i dopiero wtedy wyjaśniłam, jak ich znaleźliśmy.

– Merlinie przenajświętszy!

Na samo wspomnienie Ginny odechciało się jeść. Odłożyła bułeczkę i łyżeczkę z konfiturą i spojrzała na stół, choć zupełnie go nie widziała. I jednocześnie przemknęło jej przez myśl, że to, co przeszła Hermiona, było z pewnością jeszcze gorsze.

Hermiona wyjęła z kieszeni Kamień i zaczęła go obracać. Był gorący, pulsował, ale nie płonął, jak w Bastylii, gdzie był również Severus.

– Moja mama natychmiast zobaczyła, że coś się we mnie zmieniło – odezwała się cicho, patrząc na bryłkę w ręku, a nie na Ginny. – Myślała, że jestem chora, ale jak ją zapewniłam, że nie, uznała, że to z powodu przejść. Wiesz, przemęczenie i ta trauma powojenna.

– A jak zareagowała, jak się dowiedziała o tych dwunastu latach? – spytała ostrożnie rudowłosa.

Hermiona uśmiechnęła się lekko.

– To przypominało troszkę waszą reakcję. Z początku oboje nie zrozumieli, może dlatego, że spróbowałam to przedstawić jak najłagodniej się dało. Że mi to pasuje, jestem szczęśliwa, że dzięki temu udało się ich odnaleźć i wszystko dobrze się kończy – przyjaciółka zmarszczyła brwi i już otworzyła usta, lecz nim się odezwała, Hermiona ciągnęła. – Ale jak w końcu to do nich dotarło, porządnie nimi wstrząsnęło.

– Ale nie krzyczeli?! – Ginny przypomniała sobie Harry’ego i jego tyradę.

– O nie! – odetchnęła Hermiona. – Po prostu byli zszokowani i nie było łatwo ich uspokoić. Szczególnie mamy. Na szczęście to, co zdarzyło się potem, było o wiele łatwiej opowiedzieć. Choć jeśli mam być szczera, to mam wrażenie, że za wiele do niej nie docierało.

– Co wcale mnie nie dziwi. Cały ten dzień musiał być dla nich wstrząsem – przyznała Ginny. – Teraz pewnie śpi?

– Dałam jej eliksir słodkiego snu, po nim przynajmniej odpocznie jak trzeba.

Hermiona cały czas bawiła się Kamieniem, jakby chciała zająć czymś nie tylko palce, ale i umysł i Ginny zrobiło się jej żal.

– Najważniejsze, że to już za tobą. Powiedzenie tego wszystkiego musiało być wstrząsem i dla ciebie. Jak się teraz czujesz?

– Z jednej strony jakby mnie rozjechał Błędny Rycerz, z drugiej nawet nie wiesz, jak mi ulżyło – zaśmiała się Hermiona. – Wcześniej miałam wrażenie, że mam cały Hogwart na ramionach!

– Im też ulży. Daj im trochę czasu na zrozumienie i zobaczysz, jutro będzie lepiej – pocieszyła ją Ginny. – Wyobrażam sobie, jak ucieszy się twoja mama, jak się obudzi i cię zobaczy!

– Miejmy nadzieję, że to złagodzi choć trochę obraz tego, co im powiedziałam.

– Podziwiam cię. Ja nie wiedziałabym nawet, co powiedzieć.

Hermiona uśmiechnęła się, tym razem z zupełnie innych powodów. Była pewna, że Ginny nie miała nic specjalnego na myśli mówiąc to, bo przecież nie mogła wiedzieć o jej rozmowie z Severusem. Ale w tej chwili przyglądała się jej równie uważnie, jak podczas rozmowy z Harry’m i jej ojcem.

Czując mocniejsze uderzenia serca zacisnęła palce na Kamieniu i spojrzała jej w oczy.

– Ja też nie wiedziałam. To Severus poradził mi, żebym powiedziała im Prawdę.

Ginny istotnie wyczuła w niej nagłą zmianę uczuć. Przez ten dar Aborygenów ciężko było je rozróżnić, bo wszystkie były wręcz skąpane w miłości, ale teraz zniknął smutek, przygnębienie i ból, za to pojawiła się radość. I jeszcze większa fala miłości. O Merlinie.

– Hermiona… Czy jak ten dar przestanie działać, to to, co czuję zniknie?

Hermiona uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– Trochę na pewno.

– Trochę…? – Ginny spojrzała na nią i natychmiast stwierdziła, że może sobie darować wszelką analizę jej uczuć. W tej chwili oczy były prawdziwymi oknami do jej serca. – Hermiona! Ty się w nim zakochałaś!

– Nie, Ginny. Ja go kocham.

– O Merlinie!

Stłumiony okrzyk Ginny zabolał bardziej, niż Hermiona mogła przypuszczać. A już myślała, że Ginny, spośród wszystkich ludzi, ją zrozumie. Tymczasem wyglądało, że nie…

Prostując się wyjrzała przez okno i już zamierzała wstać, gdy Ginny ją przytrzymała.

– Przepraszam! Hermiona, przepraszam! – zawołała półgłosem. – Cieszę się, naprawdę. Po prostu… Zaskoczyłaś mnie. To nie jest najbardziej oczywista nowina pod słońcem.

– No nie jest – przyznała Hermiona, rozluźniając się i osuwając z powrotem na krzesło.

– Wybacz, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało – powtórzyła Ginny i zawahała się. Nigdy nie rozmawiała z Hermioną na takie tematy, ale coś jej mówiło, że tym razem jej przyjaciółka tego właśnie szuka. Spojrzała więc uważnie w jej oczy i spytała cicho: – A on?

Ciężko w jednym westchnięciu zawrzeć i ulgę i radość i rozterkę i nadzieję, lecz Hermionie się to udało.

– Chyba też. Wiesz, to nie jest ktoś, kto będzie rysował różdżką serduszek z chmur na niebie. – Ginny uśmiechnęła się szeroko.

– Wolę sobie nie wyobrażać jakby to mogło wyglądać!

– Myślę, że on się trochę… boi – dodała Hermiona i Ginny natychmiast spoważniała. – Daleko mi do ciebie, jeśli chodzi o wyczuwanie emocji, ale jak żegnaliśmy się w Bastylii, właśnie takie odniosłam wrażenie. Jakby nie był pewien.

Widząc, jak Hermiona przygryza usta, Ginny dotknęła jej ręki, zaciśniętej na Kamieniu.

– Hermiona, nie wiem, czy chcesz mówić na ten temat…

– Chcę, Ginny – odparła natychmiast Hermiona. – Jesteś jedyną osobą, z którą mogę porozmawiać, bo chyba tylko ty go lubisz. Po prostu to dla mnie nowość.

Ginny skinęła głową. Więc pytaj. Tylko delikatnie.

– Co masz na myśli mówiąc, że nie był pewien?

– Widzisz, on chciał… nie tyle odejść, ale usunąć się. Czy może schować się.

– Czy na waszym etapie to coś dziwnego?

Hermiona poczuła ciepło rozlewające się jej po policzkach.

– Owszem. Trochę wcześniej się… przespaliśmy się ze sobą.

O Merlinie. Ginny tylko z najwyższym trudem zachowała spokojny wyraz twarzy. W zestawieniu z kimkolwiek innym nie byłoby to może specjalnie dziwne, ale w zestawieniu z Severusem Snape’m…

– Mam wrażenie, że w jego przypadku „usunąć się” należy tłumaczyć trochę inaczej – powiedziała łagodnie. – Ale nie usunął się?

– Nie, bo powiedziałam mu, że mu na to nie pozwolę i że zrobię wszystko, by był szczęśliwy. I że nie zamierzam czekać na jego zgodę. A on… – Ginny aż uniosła brwi do góry, ale tylko skinęła ponaglająco głową. – On poprosił mnie, żebym tak zrobiła. I mnie pocałował, ale w taki niemal rozpaczliwy sposób! Jakby mi dziękował.

Ignorując coraz bardziej piekące policzki Hermiona spojrzała uważnie na przyjaciółkę. Ta pokręciła głową z zaskoczeniem i podziwem.

– Niesamowite! I to, co mu powiedziałaś i to, jak on zareagował – skomentowała i opanowała się. Hermiona nie zwierzała się jej po to, by dostać taką idiotyczną odpowiedź. – Wiesz co… To strasznie skomplikowany człowiek. I bardzo skrzywdzony. Może dlatego się boi? Bo nie chce przeżyć tego jeszcze raz? Przypuszczam, że on będzie bronił się przed niektórymi rzeczami, ale to nie znaczy, że nie będzie ich pragnął. I czasami trzeba go będzie do nich zmuszać.

Hermiona słuchała jej z takim napięciem, jak chyba jeszcze nikogo w życiu.

– Więc myślisz, że to znaczy, że on chce?

– Myślę, że tak. I myślę też, że zanim dasz mu nadzieję, musisz się zastanowić, czy jesteś tego pewna.

– Czego? Że go kocham?

– Że tego naprawdę chcesz.

Hermiona zmarszczyła brwi. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi.

– Uważasz, że mnie skrzywdzi? Że nie potrafi kochać? Że nie będzie mi z nim dobrze?

– Biorąc pod uwagę jego historię sądzę, że pod wieloma względami może być wspaniałym partnerem – powiedziała zdecydowanym tonem Ginny. – Kimś, kto cię nigdy nie okłamie, kto będzie ci bezwarunkowo i na zawsze oddany. Kto nigdy, przenigdy cię nie zawiedzie – Hermiona uśmiechnęła się, a Ginny mówiła dalej. – Jako twój mąż czy kochanek z pewnością da ci rzeczy, których nikt inny nie mógłby ci dać. Lecz niektórych innych ci nie da.

– Masz na myśli wpadanie na obiadki do Nory czy na Grimm, chodzenie z Harry’m na kremowe piwo, całowanie się na środku Pokątnej czy obsypywanie kwiatami z okazji urodzin i bez?

W jej głosie Ginny wyraźnie odczytała, co Hermiona o tym sądziła i pokiwała głową z uśmiechem.

– Fakt, że on będzie cię raczej obsypywał książkami. Tylko niech nie bierze tych z twardymi okładkami – zachichotała i spoważniała. – Jest jeszcze coś. Reakcja ludzi dookoła. Nie będzie ci łatwo stanąć przed nimi i powiedzieć otwarcie, że jesteś z Severusem Snape’m.

Uśmiech Hermiony znikł i na jej twarzy pojawiło się zdecydowanie graniczące niemal z desperacją.

– Ginny, nie będę układać swojego życia pod kątem tego, co powiedzą i co chcieliby ludzie dookoła. Przez te wszystkie lata udowodniłam to wyraźnie. Więc bądź pewna, jeśli znajdzie się ktoś, kto będzie się otwarcie krzywił, to sobie z nim poradzę! Oczywiście będzie problem z Harry’m, nie bardzo wiem, jak mu to powiedzieć…

– Na pewno będzie – zgodziła się z nią Ginny. – Ale nie aż taki jak myślisz. Harry go i lubi i nie lubi. Tak naprawdę to nie wie, co o nim myśleć. Ostatnio poznał go z zupełnie innej strony, przeszli razem przez coś, czego się nie zapomina i miałam wrażenie, że pojawiła się między nimi nić porozumienia. Tylko odczekaj troszkę, niech dojdzie do siebie – poprosiła i sięgnęła po ostatnią bułeczkę. – Cudownie. Cieszę się, że mi powiedziałaś, teraz wiem, jakie słodycze ci kupować. Wiesz, KOCIOŁKOWE pieguski, czekoladowe FIOLKI… nie wiem, czy są chrupiące koreczki, ale jak nie, to poproszę George’a, niech je wynajdzie – obie wybuchnęły śmiechem, Ginny przysunęła sobie słoik z konfiturą i zamarła, tknięta nagłym przeczuciem.

– Hermiona…? Powiedz mi, że miałaś ze sobą eliksir lub znasz zaklęcie?!

Hermiona przygryzła usta i Ginny złapała się za głowę.

– Boże mugoli! Nie mów, że nie zabezpieczyłaś się w żaden sposób?!

– Rzuciłam zaklęcie, ale…

– ALE?!

– Ale trochę później. No… kilka godzin później.

Ginny na krótką chwilę zabrakło słów. Rozejrzała się po kuchni, aż ochłonęła i na nowo spojrzała na przyjaciółkę.

– Jak wrócimy na Grimm, podrzucę ci kilka fiolek. A jak się spotkacie, to zagoń go do warzenia. Powinien sobie z tym dać rady. I tylko powiedz mu, żeby się nie wydurniał i nie eksperymentował! Żadnych skrótów, podmieniania składników czy… srebrnych sztyletów zamiast noży, miażdżenia a nie siekania i innych idiotyzmów! Ma przepis, niech się skupi i…

Temat był bardzo ważny, ale Hermiona nie mogła się opanować i parsknęła śmiechem. Ginny urwała w pół słowa, jeszcze przez chwilę próbowała zachować powagę i również się roześmiała.

Rozdziały<< Goniąc Szczęście Rozdział 28Goniąc Szczęście Rozdział 30 >>

Anni

Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań jak również używania wykreowanych przeze mnie bohaterów i świata bez mojej zgody. !!! * Bardzo proszę BEZ WULGARYZMÓW w komentarzach * !!!

Dodaj komentarz