Cień Ćmy Rozdział 7

Dziś zaś wręcz rozsadzała ją ochota podzielenia się z nim wszystkim tym, co odkryła na temat zabójstwa Ryana oraz przedziwna mieszanka nadziei i niepewności na myśl o przedpołudniowej rozmowie Severusa i Harry’ego.

Dlatego, gdy skończyło się TOP 10, krótkie spotkanie personelu ze schodzącej i przychodzącej zmiany, przebrała się w pośpiechu, jak burza zbiegła na parter, na Oddział Wypadków Przedmiotowych, gdzie znajdował się kominek dla pracowników Kliniki i pospiesznie fiuuknęła do domu.

– Już jestem! – zawołała, wyskakując z kominka w salonie. W pustym salonie, oświetlonym tylko blaskiem ognia. – Severus?

– Tutaj – dobiegł ją jego stłumiony głos z korytarza i dostrzegła słabe światło sączące się przez przymknięte drzwi.

Hermiona bez namysłu cisnęła torebkę i zwiniętą francuską gazetę L’Écho de la Magie na jeden z foteli i pomknęła do ich sypialni.

 

Severus kończył właśnie ustawiać książki, które przyniósł dziś ze Spinner’s End, gdy do pokoju wpadła Hermiona. Zarzuciła mu ręce na szyję i musnąwszy ustami jego policzek, przytuliła się mocno.

– Severus!

W jej geście, tonie jej głosu, tym jak się do niego tuliła zawarta była połowa sensu jego życia. Drugą połowę stanowiły rozmowy z nią, żarty, wspólne czytanie książek, jej pomoc przy warzeniu eliksirów… wszystkie spędzone z nią chwile. Czasami Severus zastanawiał się, czym na aż tak wiele zasłużył, ale nie zamierzał sobie tego odmawiać.

Ostrożnie opuścił na łóżko trzymaną Encyklopedię grzybów i łagodnym ruchem ujął twarz Hermiony w obie dłonie.

– Nie nazwałbym tego odpowiednim powitaniem – wymruczał niskim, na pozór ostrzegawczym i jednocześnie pełnym obietnicy tonem i zanim zdążyła się odezwać, pochylił się i pocałował ją delikatnie.

Hermiona odpowiedziała o wiele namiętniej, wsunęła rękę w jego włosy i Severus już zamierzał przygarnąć ją do siebie, gdy kobieta odsunęła się gwałtownie i spojrzała na swoje nogi.

– Bast! Przestań!

Severus skrzywił się na widok kota, który musiał wpaść za nią do sypialni i teraz walczył zaciekle z jej sznurówkami.

– Ten kot psuje każdy najlepszy moment – ocenił, sięgając z powrotem po odłożoną Encyklopedię.

Hermiona parsknęła śmiechem i spróbowała wziąć kociaka na ręce, ale ten wyrwał się i jak czarna strzała śmignął do korytarza. Pewnie wróci jeszcze szybciej. Wzruszyła ramionami, objęła Severusa jedną ręką w pasie i oparła głowę o jego ramię.

– Musimy koniecznie porozmawiać! Dowiedziałam się dziś mnóstwa rzeczy – drugą ręką pomogła mu zrobić miejsce na wstawienie książki. – I jestem ciekawa, jak skończyło się spotkanie z Harry’m. Wszystko było w porządku jak wyszłam?

Sądząc po zachowaniu Severusa, dalsza część spotkania minęła spokojnie, ale Hermiona nie byłaby sobą, gdyby o to nie spytała.

– A czemu miałoby nie być? – odpowiedział pytaniem Severus.

– Już dawno nie widziałam cię tak rozwścieczonego.

Severus wsunął Encyklopedię pomiędzy inne książki, starannie wyrównał wszystkie i dopiero wtedy obrócił się ku Hermionie.

– Już dawno nikt się aż tak nie wygłupił – powiedział bardzo poważnym tonem, w którym dało się słyszeć jeszcze echo jego furii. Odległe, ale jednak. – Jest ponoć dorosły, jest wielkim tajnym agentem Aurorów, nadzieją tego świata, więc powinien doskonale zdawać sobie sprawę z zagrożeń, jakie to by na ciebie ściągnęło. A zachował się jak mały, nierozgarnięty dzieciak, który nie widzi różnicy między prawdziwym życiem, a zabawą. Nie będę tolerował takiego zachowania i mam głęboką nadzieję, że to do niego dotarło.

– Jestem tego absolutnie pewna.

Severus spojrzał w jej oczy i ujrzał w nich scenę z dzisiejszego spotkania – tak wyraźnie, jakby działa się teraz. Oczywiście nie była to legilimencja, choć był pewien, że Hermiona myśli właśnie o tej samej chwili. I podobnie jak on, słyszy przedziwne jak na Harry’ego Pottera słowa „Severus ma rację. Całkowitą rację.”

Nigdy nie przyszło mu do głowy, że mógłby usłyszeć coś podobnego od Pottera. Nigdy.

Ciekawe, co powiedziałby na to jego przewspaniały ojciec. Albo ukochany ojciec chrzestny, przemknęło mu przez myśl, lecz zabrakło w tym zwykłej złośliwości. I to też było dziwne.

– Kolejny błąd z jego strony – stwierdził dla porządku.

– Moim zdaniem to właśnie było najpiękniejsze z całej tej rozmowy.

Scena znikła i Severus na nowo ujrzał oczy Hermiony. Rozświetlone nadzieją i radością.

– Lepiej nie zachwycaj się czymś, co się nie powtórzy. Nie pozwoliłem mu mówić do siebie po imieniu.

Hermiona stłumiła śmiech. Rok temu powiedział coś takiego do niej.

– A powinieneś. On cię lubi, naprawdę.

Jak dla Severusa ta dyskusja zaszła zdecydowanie za daleko. Tam, gdzie on sam nie chciał, czy może nie potrafił zajść, więc postanowił ją skończyć.

– Wzruszające. Będę musiał jakoś dać sobie radę z tą świadomością. Wracając do twojego pytania, pan Potter wyszedł stąd cały i zdrowy.

Hermiona uśmiechnęła się i pieszczotliwym ruchem odgarnęła mu włosy za ucho.

– Wspaniale. Obaj jesteście niesamowici. Chodź, zrobimy kolację i porozmawiamy. I przy okazji sprawdzimy, gdzie jest Bast.

– Przede wszystkim to. Fakt, że ten kot jeszcze nie wrócił, jest bardzo niepokojący.

 

Bast nie wrócił, ponieważ był zajęty wyjadaniem peklowanej wołowiny z kanapki, której Hermiona nie zjadła w pracy, a którą wyciągnął z rozpiętej torebki. Na ich widok uciekł i schował się za zasłonę.

– Pamiętam, że kiedyś mówiłaś, że koty potrafią być bardzo inteligentne, z wyjątkiem chwil, kiedy są głupie – stwierdził Severus, patrząc wymownie na wystający zza zasłony czarny ogon. – Możesz mi wyjaśnić, czemu zawsze trafiam na te wyjątki?

– Bo wybrałeś wyjątkowego kota? – zaśmiała się Hermiona, zbierając resztki kanapki.

Severus udał, że się skrzywił, zaś Hermiona udała, że mu wierzy. Mógł marudzić i się z niego podśmiewać, ale tak naprawdę lubili się nawzajem. Kilka razy podpatrzyła, jak ukradkiem dzielił się z nim bekonem podczas śniadania i uparł się inaczej układać drewno przy kominku, tak żeby nie spadło na kota, który ostrzył sobie na nim pazury (choć twierdził, że to z uwagi na horrendalne ceny, jakie mieli w Magicznej Menażerii). Bez cienia protestu zgodził się również na wmontowanie w drzwi specjalnej klapki, żeby Bast mógł wychodzić na dwór. Kociak zaś uwielbiał drzemki na jego piersi. No i nie bez powodu zamiast kuguchara Severus kupił jej zwykłego, niemagicznego kota – bo kuguchary nie były czarne.

Severus usiadł przy stole, a Hermiona zaczęła wyciągać z lodówki i szafek wszystko, co było potrzebne do zrobienia Shepher’s Pie, jednego z jej ulubionych dań. Z wczorajszej kolacji zostało trochę purée z ziemniaków, z przedwczoraj gotowana al dente marchewka z groszkiem i to była doskonała okazja do zrobienia szybkiej i smacznej kolacji.

– No więc zaczynając od tych najmniej ciekawych nowin, po pierwsze Mathias powiedział nam, że Sergiusz Carpenter zdecydował, że choć dotąd nie przytrafił się ani jeden podobny przypadek, podtrzymuje stan gotowości w Klinice – powiedziała, podsuwając Severusowi deskę do krojenia z kilkoma grubymi plastrami mocno podwędzanego bekonu i pogroziła palcem kotu, który oczywiście natychmiast się znalazł i zaczął kręcić się im pod nogami. – Pokrój, proszę, na małe kostki, jak ostatnio.

– Na czym polega ten stan gotowości? – spytał Severus, sięgając po nóż. – I jak długo ma trwać?

– Nie wiem dokładnie, ale Mathias mówił coś o końcu tygodnia. A polega na przykład na tym, że nie przyjmujemy przypadków, które da się leczyć w domu. Diagnozujemy i odsyłamy ludzi z receptą lub zapasem eliksirów czy maści i ustalamy ewentualne wizyty kontrolne z praktykantami czy pełnoprawnymi Uzdrowicielami. Mamy też listę pacjentów, których w razie konieczności można wypisać do domów, żeby mieć wolne łóżka – Hermiona rzuciła zaklęcie na cebulę, żeby nie piekła w oczy i zaczęła ją siekać na drugiej desce. – Co prawda Ryanowi nie zdążylibyśmy pomóc, ale po tym, co działo się rok temu, Kingsley woli zakładać najgorsze. Carpenter prosił również dyrektora CWSL*, żeby był gotów oddelegować do pomocy studentów trzeciego roku wszystkich specjalności i skontaktował się z Rufusem Haehnerem, by powiadomił wszystkich eliksirotwórców, że mogą spodziewać się pilnych zamówień. Dostałeś jakąś sowę od niego?

– Nawet dwie. Swoją drogą jednej musiało się coś pomylić, bo chciała, żebym jej zapłacił.

– Byłeś w Spinner’s End? – spytała, zanim zdążyła się powstrzymać. To było oczywiste: wszystkie sowy do Richarda Greya zostawiały korespondencję właśnie tam.

– Żeby zrealizować twoje zamówienie na książki o transmutacji. Położyłem je na twoim stoliku nocnym – tak naprawdę Severus wybrał się tam na kilka godzin, by zacząć warzyć roztwór podtrzymujący, lecz nie chciał jej o tym mówić. A przynajmniej nie teraz.

– Acha. Dziękuję – Hermiona uśmiechnęła się, kończąc siekać ostatni krążek cebuli. – Druga nowina jest taka, że po południu do Kliniki przyszli znów Aurorzy oglądać ciało Ryana. Nie wiem po co, ale jeśli to dlatego, że Harry powiedział Gawainowi Robardsowi o feniksie, to mogą sobie darować dalsze analizy. To tylko strata czasu.

Słysząc triumfalną nutkę w głosie Hermiony Severus uniósł jedną brew. Skoro z taką radością odrzucała własną teorię, musiała mieć doprawdy ważne powody.

– Żadne z nas nie zwróciło uwagi, że Prorok wydrukował dziś relację Ryana z Targów Walentynkowych, które odbyły się w ten weekend w Paryżu – powiedziała z coraz szerszym uśmiechem Hermiona. – Wszyscy o tym mówili, więc przeczytałam jego artykuł i…

Paryż. Bastylia. Cukierki. Kolejny kawałek układanki wskoczył na swoje miejsce i Severus poczuł znajome uczucie odnalezienia właściwej drogi w mrocznym labiryncie.

Hermiona nadal mówiła, ale szybko uniósł rękę i ją powstrzymał.

– Skończmy najpierw robić kolację.

– Fakt, że to zasługuje na pełną uwagę – zgodziła się Hermiona. – Daj, skończę ten bekon, bo dużo nie zostało, a ty przeczytaj jego artykuł.

– Dokończę sam.

– Mogę to zrobić zaklęciem…

Severus potrząsnął głową, więc Hermiona wrzuciła cebulę na patelnię i zaczęła ją powoli mieszać, równocześnie patrząc, jak tnie plastry bekonu. Oczywiście mogłaby zaczarować nóż, żeby zrobił to za nich, ale o wiele bardziej wolała przyglądać się, jak to robił on. Minęło tyle miesięcy, od kiedy zaczęli być razem, a ona nadal zachwycała się jego smukłymi i jednocześnie męskimi dłońmi, tym jak kroił lub siekał, obojętnie czy były to najbardziej szlachetne ingrediencje, czy zwykłe mięso albo warzywa, podziwiała precyzję jego ruchów, sposób w jaki odginał mały palec… Było w tym pełno niewymuszonej gracji, piękna i doskonałości, których nie powstydziłaby się sama Królowa.

Poza tym cieszyło ją to, że Severus, który kiedyś nie tolerował „marnowania czasu na głupie wiszenie nad garnkami”, teraz chciał jej pomagać i takie wspólne przygotowywanie posiłków stało się…

– Czas przestać fascynować się moimi rękoma, bo jak tak dalej pójdzie, będziemy jeść dopiero jutro – dobiegł ją głos Severusa.

Hermiona ocknęła się i zwiększyła trochę gaz. Może nie zaraz jutro, ale fakt, że będzie lepiej się pospieszyć.

Kiedy po kuchni rozszedł się aromatyczny zapach duszonej cebuli i podrumienionego wędzonego bekonu, dorzuciła marchewkę z groszkiem oraz pełno przypraw i wymieszawszy wyłożyła wszystko do formy. Na wierzchu rozsmarowała gładkie maślane purrée i wsunęła do nagrzanego już piekarnika, po czym, żeby spacyfikować kota, dała mu kilka kawałków świeżego mięsa. Inaczej groziło im rychłe ogłuchnięcie i zadrapanie na śmierć.

Severus zaś w tym czasie przeczytał artykuł o francuskich targach.

Ryan zachwycał się ubraniami potraktowanymi zaklęciem seksapilu, darmowymi wróżbami, podgrzewanymi namiotami – czytelniami darmowych romansów, demonstracjami zaklęć do różnych rodzajów masażu, konkursem dla par polegającym na jedzeniu na czas gryzącego naleśnika bez pomocy rąk i wylewitowaniem wysoko w niebo tysięcy lampek w kształcie serduszek o ósmej wieczorem. Jedyna informacja, jaka go interesowała, ograniczała się do stwierdzenia, że wszędzie można było znaleźć pełno słodyczy. Nic, co by zasługiwało na pełną uwagę.

– Domyślam się, że jest coś jeszcze, o czym chcesz opowiedzieć.

Hermiona odesłała garnki do zlewu, rzuciła „Chłoszczyść” na stół i dopiero, gdy wszystko zalśniło czystością, przeszła na stronę Severusa.

– Owszem. W czasie przerwy w pracy aportowałam się na chwilę do Paryża i kupiłam L’Écho de la Magie – powiedziała, siadając na krześle obok niego i przywołując francuską gazetę. – Z którego dowiedziałam się, że w ten weekend i wczoraj miały miejsce dwa podobne zgony.

(Fr. Morderstwo czy coś znacznie gorszego? Trzy koszmarne zgony sieją niepokój wśród mieszkańców Paryża. )

Duże, krzykliwe litery przyciągały uwagę i Severus, choć nie znał francuskiego, pochylił się nad gazetą.

Hermiona przetłumaczyła cały artykuł, który opisywał niezbyt dokładnie piątkowy zgon jednej z pracownic Ministerstwa w Skrzydle Wschodnim i jakiegoś mężczyzny na targu, który wbiegł pod najbliższe drzewo, potem wpatrując się z przerażeniem w niebo przebiegł pod inne, trochę większe i wciskając się w pień przez jakąś minutę krzyczał i płakał. Aż naraz wyprężył się gwałtownie, zamilkł, po czym padł na plecy. Gdy podbiegli do niego ludzie i spróbowali mu pomóc, nie mogli go nawet dotknąć, tak był rozpalony.

Ponieważ nie było świadków trzeciego zgonu, gazeta ograniczyła się do przytoczenia relacji rodziców, którzy po powrocie z krótkiej wizyty u sąsiadów, znaleźli kilkuletnią córkę martwą, schowaną pod kołdrą w jej własnym łóżku. Wezwany Uzdrowiciel stwierdził śmierć z uduszenia się w wyniku obrzęku gardła i jamy ustnej, które jego zdaniem było skutkiem pożądlenia przez osy lub szerszenie. Nigdzie jednak nie znaleziono owadów, ani nawet jednego żądła, wypadek został więc zgłoszony Aurorom. Ponieważ zaś śledztwo prowadzili ci sami Aurorzy, co dwa poprzednie, wniosek nasuwał się sam.

Dalej autor artykułu wspomniał, że dotychczasowe dochodzenia nie przyniosły najwyraźniej żadnego rezultatu, ale zacytował rzecznika Biura Aurorów, który zapewnił, że na chwilę obecną badane są rozmaite tropy i zapowiedział na dzisiejsze popołudnie konferencję prasową w tej sprawie.

– Już widzisz, dlaczego myślę, że teorię feniksa można sobie darować? – spytała, prostując się, Hermiona. – Mamy jednego mężczyznę spalonego żywcem, drugiego martwego z powodu strasznie wysokiej gorączki czy czegoś podobnego, kobietę, która utopiła się w suchym korytarzu i małe dziecko, pożądlone na śmierć przez owady, które zniknęły bez śladu – na myśl o małej dziewczynce przypomniał się jej Danny, kilkuletni chłopiec, który zmarł niemal na jej oczach rok temu i Hermiona poczuła pieczenie w gardle. Zawsze było jej żal ludzi, których nie można było uzdrowić, ale najbardziej bolało, jak odchodziły małe dzieci. Zwłaszcza w taki koszmarny sposób. – Co za sukinsyn… W każdym razie to musi być coś innego niż feniks. I nie drugi wymiar, we Francji musieliby posłużyć się trzecim, co w Bastylii jest raczej wykluczone, więc w grę wchodzą albo zaklęcia o przedłużonym okresie działania, albo jakiś rodzaj trucizny.

Severus podniósł głowę i dojrzał jeszcze, jak Hermiona mruga powiekami, więc sięgnął do jej policzka, ona zaś złapała go za rękę i wtuliła w nią twarz.

– Myślisz, że to mogą być te cukierki? – spytała cicho.

– Jeśli to istotnie jakaś trucizna, to może być we wszystkim, Hermiono. Za to ważny jest powód, dla którego w tym artykule nie ma ani słowa na ich temat.

– Przypuszczam, że tego typu informacje nie są podawane do publicznej wiadomości – ożywiła się lekko Hermiona. – Dokładnie jak u nas. Więc prócz nas, Harry’ego i garstki osób włączonych w to śledztwo nikt nie ma pojęcia, co Ryan miał w kieszeni.

– To jedna możliwość – zgodził się z nią Severus. – Druga, że cukierki nie miały z tymi morderstwami nic wspólnego. A trzecia, że nikt we Francji nie zwrócił na nie uwagi.

– To by znaczyło, że nikt prócz mnie nie zauważył tego papierka, co jest całkiem możliwe.

– Jak daleko leżał on od zwłok?

Hermiona przywołała obraz sprzed kilku dni, który wciąż aż zbyt często gościł w jej myślach.

– Jakieś… dziesięć jardów? – odparła z wahaniem. – Ale tu nie chodzi tylko o odległość. Może gdybym nie ubzdurała sobie wtedy, że widzę wszystko na czarno-biało, to nawet ja nie zwróciłabym na niego uwagi? Najlepiej zobacz sam.

Severus jak najdelikatniej wśliznął się do jej umysłu, niemal pieszczotliwym ruchem odsunął przeźroczystą zasłonę, która odgradzała go od jej wspomnień i natychmiast znalazł się w pokoju z Chancerelem. Najwyraźniej Hermiona chciała pokazać mu całe wspomnienie.

Gdy kilkanaście minut później przeszedł koło czerwonego papierka, wynurzył się i odłożył na bok różdżkę.

– W porządku? – przyjrzał się uważnie Hermionie. Legilimencja nie należała do najprzyjemniejszych.

Kobieta uśmiechnęła się w odpowiedzi.

– Tak. Nic mnie nie bolało – zapewniła go. – Teraz rozumiesz, co miałam na myśli. W dodatku tam był mocny przeciąg, więc możliwe, że jakiś mocniejszy podmuch zwiał go jeszcze bardziej, zanim zjawili się Aurorzy.

Severus skinął w zamyśleniu głową. Wyglądało na to, że tym razem problem nie należał do nich, ale do Francuzów, Ryan zaś zginął przez przypadek, tylko dlatego, że znalazł się w złym miejscu w złym momencie. To zaś znaczyło, że im obojgu nic nie powinno grozić i mógł darować sobie analizę cukierków, które przyniósł mu niedawno Potter.

Cóż, taka była teoria, ale jakiś cichy głosik w jego głowie nie przestawał szeptać mu, że to nie jest takie proste. I im bardziej o tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w tym przekonaniu.

Rok temu w Wielkiej Brytanii zaczęli umierać na nieznaną chorobę ludzie, bo szalona Rayleigh kazała wynaleźć nową truciznę do realizacji swoich własnych celów.

Teraz we Francji umierali w koszmarny, nie dający się wyjaśnić sposób inni ludzie, bo znalazł się ktoś inny, o równie szalonych, morderczych zamiarach, kto wynalazł jakieś nowe zaklęcie czy też truciznę. Niemożliwe było bowiem, żeby zrobił to, nie mając żadnych planów. Co oznaczało, że na tych czterech morderstwach się nie skończy.

Wtedy Rayleigh zatruła różne napoje. Teraz zaś przy dwóch ofiarach znalazły się cukierki, trzecia zaś zmarła w miejscu, gdzie były sprzedawane…

Oczywiście możliwe było, że w grę wchodzą zaklęcia, ale z chwili na chwilę Severus był coraz bardziej pewien, że chodzi tu o truciznę. Może dlatego, że trucizna była niczym innym jak eliksirem, a on, jako Mistrz Eliksirów, instynktownie szukał najprostszego wyjaśnienia…?

Z drugiej strony niejeden już raz przekonał się, że najprostsze wyjaśnienia okazywały się tymi właściwymi.

W tej chwili nie ma żadnego bezpośredniego zagrożenia dla was. Ale Francja jest zbyt blisko, by to zignorować. Poza tym…

Poza tym ten sam cichy głosik podpowiadał mu, że jest w tym jakaś analogia do sytuacji z ubiegłego roku. Nie umiał jej określić, nie widział jej, ale wyczuwał.

Kolejny więc raz w swoim życiu postanowił zdać się na swój instynkt i podjął decyzję.

– Nie wiemy zbyt wielu rzeczy, by móc cokolwiek zakładać – odparł w końcu.

Hermiona wyprostowała się i zamrugała oczami. Podczas rozmyślania Severus wodził nieświadomie palcem po ustach i z chwili na chwilę coraz trudniej przychodziło się jej skupić.

– Ale przyznasz, że wiadomość o kolejnych zgonach we Francji zmienia postać rzeczy.

– I to bardzo. Dlatego po pierwsze jutro wypijesz wielosokowy zanim zjawisz się u Chancerela i nie ma mowy o jedzeniu czy piciu tam czegokolwiek, nawet jakby sam Chancerel coś ci dawał.

– … A po drugie…?

– Wybieram się jutro z tobą.

Opiekuńczość Severusa zaczynała Hermionę już męczyć, ale się na nią zgadzała. Nie zamierzała natomiast zgodzić się na to, że równocześnie zdawał się nie dbać zupełnie o siebie, dlatego też sięgnęła po jego rękę i splotła z nim palce.

– Sev, rozumiem, że się o mnie troszczysz. Ale musisz wiedzieć, że mi zależy na tobie dokładnie tak samo, jak tobie na mnie. Dokładnie tak samo – powtórzyła powoli, akcentując każde słowo. – Chcę, żebyś o tym pamiętał.

– Będę – odparł krótko. – Ale to będzie dopiero jutro, teraz natomiast wyraźnie czuję, że kolacja jest gotowa.

Istotnie, zapach, który od jakiegoś czasu ignorowali, mówił wyraźnie, że czas najwyższy wyjąć zapiekankę z piekarnika.

Hermiona natychmiast zerwała się od stołu i Severus stłumił lekki uśmieszek. Zamierzał dowiedzieć się jutro więcej na ten temat i przy okazji ją dobrze przypilnować.

Gdyby tylko wiedział…


* CWSL – Czarodziejska Wyższa Szkoła Lecznicza

 

Wtorek, 10 lutego,

Dieppe, Dzielnica portowa, dom Dory

O tej samej porze – Po 21-szej czasu francuskiego

 

Gdy Dora wracała z psem z codziennego, wieczornego biegu po plaży, blask gazowych latarni na ulicy z trudem przebijał się przez zaskakująco gęstą mgłę. Starzy francuscy marynarze opowiadali, że w takiej mgle przychodziły trupy żeglarzy, których nikt nie ratował przed utonięciem, żeby się zemścić.

Dora nigdy nie wierzyła w te brednie, ale dziś miała wrażenie, że czuje czyjąś obecność. Jasne. Co jeszcze. Nie daj się zwariować.

Gdy podeszła do domu, machnięciem różdżki otworzyła drzwi, rzuciła Homenum Revelio i cofnęła się, czekając na odpowiedź zaklęcia. Co prawda od lat mieszkała sama i przed wyjściem na plażę jak zawsze rzuciła podstawowe zaklęcia ochronne, ale od kiedy zaczęła pracować jako Auror, stało się to już jej nawykiem.

Już miała wejść do środka, gdy Koko, jej pies, szczeknął krótko na coś za jej plecami. Dora obróciła się błyskawicznie, odskoczyła na bok i postawiwszy Tarczę wycelowała różdżkę przed siebie.

Chodź tu, kimkolwiek jesteś!

Jej dom stał daleko od innych, w starej dzielnicy portowej i w pobliżu świeciła się tylko jedna lampa, ledwo rozpraszając głęboki mrok i tę przeklętą mgłę!

Beagle szczeknął jeszcze raz, coś szurnęło z prawej strony i z ciemności wyłonił się jakiś mężczyzna, który zatoczył się lekko na bok i nie zwracając na nich uwagi poczłapał dalej.

– Koko! Na posłanie! Natychmiast! – rzuciła krótko Dora, weszła do środka za psem i energicznym gestem zatrzasnęła drzwi.

Takim samym nawykiem było rzucanie Salvio Hexia i Protego Maxima, ale dziś na wszelki wypadek Dora dorzuciła Fianto Duri na cały dom i na zapuszczony, otoczony wysokim żywopłotem ogródek z tyłu. Błękitnobiałe światło rozlało się dookoła i po kilku sekundach znikło, tworząc niewidzialną barierę, która ujawniała się tylko podczas rzucania zaklęć ofensywnych.

Dopiero wtedy zapaliła świece i rozejrzała się po jedynym pomieszczeniu na parterze, które było jednocześnie kuchnią, salonem i jadalnią i w którym dokładnie na wprost wejścia były drzwi do ogródka. Jej byłemu chłopakowi to się nie podobało, ale Dora zawsze mówiła, że w ten sposób przynajmniej od pierwszego rzutu oka mógł zobaczyć, że nikt się tu nie ukrywał.

Teraz jednak nie chodziło jej o podziwianie dawno niemalowanych ścian, skromnych mebli czy nielicznych, pamiątkowych dekoracji, chciała znaleźć remporter, który, zanim wyszła biegać, ciągle nosiła ze sobą i już nie pamiętała, gdzie go położyła.

Gdyby Laurent się odezwał, na pewno byś go zauważyła!

Remportery były niewielkimi płaskimi, złożonymi na pół pudełkami, które służyły do przenoszenia listów oraz innych przedmiotów. Kiedy odebrały jakąś przesyłkę, rozświetlały się jaskrawym światłem aż do chwili otwarcia. Jednak w przeciwieństwie do sów, które szukały adresata, ustawione były na konkretny adres, dlatego ci, którzy z nich korzystali, mieli ich przynajmniej dwa – w domu i w pracy. Nie raz już się zdarzało, że czarodzieje przez pomyłkę zamieniali je i wtedy żaden z nich nie działał.

Ten jednak, choć miał wyskrobaną literkę D, oznaczającą Dom, cały czas był ciemny, pusty i posępny, zupełnie jak świat za oknem…

Psiakrew, Laurent, TY chyba nie pomyliłeś swoich?!

Dora powtarzała sobie to już od kilku godzin, ale całkiem oczywiste na początku wyjaśnienie, z chwili na chwilę stawało się coraz mniej prawdopodobne, a o innych zdecydowanie wolała nie myśleć.

Ponieważ były równie posępne.

Kilka godzin temu przesłuchiwali właśnie Deilles’a, producenta oranżady, gdy dostali od Georges’a wezwanie do stawienia się u niego w pilnej sprawie. Chcąc nie chcąc zostawili podejrzanego i deportowali się do Ministerstwa. Ledwie weszli do Biura Aurorów, usłyszeli od Maxa, chłopaka, który odbierał zgłoszenia, że doszło do kolejnego morderstwa, tym razem młodej kobiety w St. Malo i jeszcze wtedy Dora była przekonana, że to z tego powodu szef ich ściągnął.

Jednak gdy weszli do jego gabinetu i zobaczyła siedzącego przy biurku faceta, który nie raczył nawet na nich spojrzeć czy odpowiedzieć na ich powitanie, w jednej chwili domyśliła się, co się dzieje. Wszyscy z Korpusu Specjalnego byli jednakowymi dupkami. Uważali się za lepszych i ważniejszych od całej reszty świata, jakby co najmniej sam Merlin zapraszał ich na apéritif!

Jej przypuszczenia natychmiast się potwierdziły. Georges przedstawił im Jean-Pierre’a – tylko tyle, Jean-Pierre,bez nazwiska, bez stopnia, bez wyrazu na nijakim pysku, który oznajmił, że od teraz to on przejmuje śledztwo. Kazał im przekazać sobie natychmiast wszystkie dotychczasowe notatki i w ciągu godziny doręczyć przez Georges’a wszystkie niespisane jeszcze wnioski, w tym te z przesłuchania Deilles’a. Wiadomo, jak już być dupkiem, to kompletnym.

Gdy Jean-Pierre wyszedł z aktami, Georges obrzucił ich przepraszającym spojrzeniem i powiedział tylko „Wiecie, jak to jest. Zarządzenie Ministra”. Laurent odpowiedział mu wtedy „Czasem tak bywa. Co byś nie powiedział, to jak szczanie w skrzypce”. (fr. C’est comme pisser dans un violon – na nic się nie zda)

Ich szef wskazał wymownym wzrokiem portret Dominique i jego mina mówiła sama za siebie: lepiej nie zaczynajcie, przy tym można oberwać porządną klątwą!

Lecz nie chodziło tylko o odebranie im sprawy, prowadzili w końcu inne, do których mogli teraz wrócić. Najgorsze zaczęło się dwie i pół godziny później, gdy oddali pracującemu jeszcze Georges’owi spisane wnioski i zeszli do holu wejściowego Bastylii.

Zaczęła się tam właśnie konferencja prasowa rzecznika Biura Aurorów i wtedy zaczęli dowiadywać się szczegółów na temat do niedawna ich własnego śledztwa, o których nie mieli pojęcia.

Okazało się, że przyczyną wszystkich zgonów jest zakażenie magii, które wystąpiło u wszystkich ofiar, najprawdopodobniej z powodu jakiegoś wirusa. Różnice w zgonach wynikały z faktu, że magia każdego jest inna, więc organizmy ofiar reagowały inaczej. Ponieważ badania nad zakażeniem oraz sposobem zarażania się nim jeszcze się nie skończyły, na chwilę obecną nikt nie potrafił określić, co należało robić, by go uniknąć, ale lada chwila spodziewano się rezultatów analiz prowadzonych przez Uzdrowicieli ze Skrzydła Wschodniego.

Na koniec usłyszeli, że dziś z powodu zakażenia magii w St. Malo zmarło młode małżeństwo.

Stojący koło niej Laurent klął miarowo pod nosem, bo nie wolno im było zdradzać swoich wiadomości, choć widać było, że niewiele brakowało, by podniósł rękę i zadał kilka celnych pytań. Ona sama zaś na początku zaniemówiła, zupełnie jakby ktoś jej podał oszałamiający tonik, a potem rosnąca złość odebrała jej dech.

Co to niby miało znaczyć?!

Zakażenie magii?? Przecież w trakcje oględzin zwłok rozmawiali z przeprowadzającymi je Uzdrowicielami i przy żadnej z nich nic na to nie wskazywało! Wręcz przeciwnie, Uzdrowiciele przychylali się do ich teorii jedzenia zawierającego jakiś czarnomagiczny eliksir, przedmiotów obłożonych czarnomagicznymi klątwami, a w ostateczności różnych zwykłych trucizn! Jak dotąd nie znaleźli nic, co by potwierdzało lub obalało którąkolwiek z nich, ale może od wczorajszego popołudnia wyszło na jaw coś nowego? Lecz w takim razie przecież powinni zostać o tym poinformowani, do jasnej cholery?!

Poza tym jak można było powiedzieć na oficjalnej konferencji prasowej, że w tej chwili nie wiadomo, jak chronić się przed tym wirusem?? Już nie raz Dora widziała, jak na takich konferencjach podawano choćby zmyślone wiadomości, żeby tylko stworzyć wrażenie, że Ministerstwo kontroluje sytuację, a Aurorzy robią postępy, a teraz odrzucono podejrzane jeszcze dwie godziny temu jedzenie i picie! Zupełne szaleństwo! Szczególnie, że jeśli mimo wszystko to ona z Laurentem mieli rację, ostrzeżenie przed nimi mogło uratować ludziom życie! Więc czemu nikt nie skorzystał z ich odkryć?!

Słuchając niepojętych, wręcz absurdalnych odpowiedzi na pytania, prócz złości, rozgoryczenia i wyraźnego jak nigdy smaku porażki Dorę ogarniało jeszcze jakieś inne uczucie, którego nie potrafiła sprecyzować. Aż do chwili, gdy ktoś spytał o dzisiejsze zgony.

Zgony! A nie zgon!

Wystarczyła jedna wymiana spojrzeń z Laurentem i oboje obrócili się na pięcie i niemal wybiegli na dziedziniec. Wyjście na zewnątrz, z dala od tego bagna, ulżyło im, ale tylko na chwilę.

„- Putain de merde.” – powiedział dosadnie Laurent.

„- Nawet nie wspomnieli o oranżadzie. Zupełnie nie rozumiem czemu?!” – odparła, patrząc na błyszczącą od deszczu brukową kostkę.

„- Nie wspomnieli, bo ktoś kazał im nie wspominać.”

„- Myślisz?”

Laurent parsknął w bardzo dziwny sposób, jakby chciał wyrzucić z siebie wszystkie emocje.

„- Dora, nie widzisz? Takim oświadczeniem właśnie popełnili polityczne samobójstwo. Nie widzę innego powodu, niż to, że wzięliśmy się za osobę, której jaja teraz chronią.”

„- Deilles?”

„- Na pewno. I jeśli przeczucie mnie nie myli, maczał w tym palce Lambert. Zobacz, Georges kazał nam przy nim skończyć dziś z Deilles’em i chwilę potem wyciągają nas od niego i odbierają śledztwo. Ktoś pierdolnął naprędce pomysł z zakażeniem magicznym, byle tylko nie wspominać o oranżadzie. Inaczej złapaliby się tego pomysłu jak ostatniej deski ratunku!”

To było logiczne. Gdyby wzięli się za cukierki czy naleśniki, Deilles i reszta mieliby czas, by się przygotować.

„- A czemu małżeństwo?” – spytała, bojąc się odpowiedzi.

Pracowali ze sobą od tak dawna, że Laurent nie potrzebował ani słowa więcej.

„- Jedno z dwojga. Albo dopił tę gównianą oranżadę, albo powiedział o niej naszemu kochanemu Jean-Pierre’owi.”

Psiakrew. Laurent zawsze miał rozmach, jeśli chodziło o snucie teorii, ale też rzadko się mylił.

Popatrzyli na siebie, jej partner odgarnął z twarzy mokry kosmyk włosów i dopiero w tamtym momencie Dora zauważyła, że padało. Jej stan ducha był taki, że wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale wtedy poczuła, jak coś lodowatego ścieka jej po plecach. Być może był to deszcz. Ale tylko być może.

„- Idąc po papiery dla tego przydupasa Lamberta wpadłem na Maxa, który myślał, że skończyliśmy spotkanie i dał mi adres w St. Malo. Zamierzam się tam wybrać i rozejrzeć trochę, a jutro będziemy musieli wyciągnąć Georges’a na krótką pogawędkę.”

„- Laurent…!” – sama nie wiedziała, co mu powiedzieć. Czy żeby to zostawił i się tam nie pchał, czy żeby na siebie uważał. W końcu wybrała to drugie. „- Ani jednego zaklęcia. Najlepiej nawet o żadnych nie myśl! Upij się wielosokowym albo rzuć na siebie kameleona i trzymaj różdżkę tak, żeby nie padła tam choćby jedna iskierka!”

Laurent uśmiechnął się protekcjonalnie. Często śmiał się, że ponieważ był od niej sporo starszy, był również mądrzejszy i bardziej doświadczony, ale nigdy nie wyszło to poza żarty.

„- Dam ci znać. Więc wracaj do domu i trzymaj remporter pod ręką. I uważaj na siebie, Mała.”

Po czym klepnął ją w ramię i deportował się z głośnym pyknięciem.

„Trzymaj remporter pod ręką!” A co innego robię od…

Dora spojrzała na duży zegar i gdy dotarło do niej, która była już godzina, odniosła wrażenie, że ciężkie, mosiężne wahadło ugodziło ją prosto w żołądek.

Bez namysłu oddarła kawałek pergaminu z leżącej obok rolki, napisała „Laurent, odezwij się natychmiast!!!” i rozłożyła remporter. Dwie połówki ledwie zdążyły zlać się w jedną, jak rzuciła na nie list.

– 25, Avenue Victor Hugo, niemagiczny Paryż – nieomal dźgnęła go różdżką, błysnęło i pergamin zniknął.

Oczywiście mogłaby się u niego aportować czy choćby zajrzeć przez kominek, lecz biorąc pod uwagę wyjątkową niechęć, jaką darzyła ją Muriel, jego mugolska żona, wolała nie komplikować mu życia.

Dora zrobiła sobie porządną herbatę, rozpaliła duży ogień i usiadłszy na fotelu przy kominku, spróbowała zająć rozgorączkowany umysł książką, lecz na próżno. Widziała tylko poszczególne, oderwane od siebie słowa, nieskładające się w żadną sensowną całość, jakby ktoś wrzucił je garściami do kapelusza, wymieszał i wysypał na pustą stronicę.

Kilka razu złapała się na tym, że wciąż przebiega wzrokiem po tych samych zdaniach, które zamieniły akapit w opętańczą pętlę. Szaleństwo!

Lecz nie tylko książka nie przynosiła spokoju. Wszystkie tak naturalne dla starego domu odgłosy brzmiały dziś inaczej. Drewniane schody na górę obudziły się i trzeszczały miarowo, jakby stopnie uginały się pod czyjąś ostrożną stopą. Rytmiczne tykanie zegara w przedziwny sposób poruszało się za jej plecami, dobiegając to z lewej, to z prawej strony. Nawet drewno w kominku strzelało częściej, lśniące iskry pryskały z chwili na chwilę coraz dalej i gasły powoli, niczym bezcielesne istoty wdzierające się coraz zachłanniej na jej teren, zaś czarne szyby okien przyglądały się jej martwym spojrzeniem.

Naraz w kominku rozległ się wyjątkowo głośny huk, szczapy drewna rozsypały się na boki z głośnym chrzęstem i coś musnęło łydkę Dory. Kobieta aż podskoczyła z krzykiem… ale to był tylko jej pies, który zamiast leżeć na swoim posłaniu, położył się na jej stopach.

– Koko!

Dora odetchnęła ciężko, odłożyła książkę i pogłaskała go po lekko zjeżonej sierści. Koko uwielbiał tarmoszenie za uszami, ale teraz za nic na świecie nie wypuściłaby z drugiej ręki różdżki.

– Co ty tu robisz?

W odpowiedzi Koko spojrzał na nią wielkimi oczami, zaskamlał i skulił się.

Merlinie, co się dzieje? Stresuje się, bo ty się stresujesz, czy… to te trupy?

Pomimo świadomości, że jej zaklęcia ochronne były naprawdę dobre, Dora na wszelki wypadek zgasiła świece, rozgarnęła drewno na kominku, żeby dawało jak najmniej światła i wylewitowała kanapę w kąt, jak najdalej od okna i drzwi do ogrodu. Następne przywołała z sypialni na piętrze dwa grube koce i skuliwszy się na niej, przykryła aż po uszy.

Zanosiło się na długą noc.


*„Jean-Pierre” można porównać do polskiego „Jan Nowak”

Rozdziały<< Cień Ćmy Rozdział 6Cień Ćmy Rozdział 8 >>

Anni

Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań jak również używania wykreowanych przeze mnie bohaterów i świata bez mojej zgody. !!! * Bardzo proszę BEZ WULGARYZMÓW w komentarzach * !!!

Ten post ma 4 komentarzy

    1. Nie, to ja sobie wymyśliłam, już to Dwóch Słów i tak do ciągnę przez wszystkie ficki
      Lada chwila zacznę się gubić 😉

  1. Fajowo (wiem, takiego słowa nie ma, nie powinno być i tak dalej, ale ciężko znaleźć inne tak trafne słowo, żeby nie brzmiało w najmniejszym stopniu ironicznie)

Dodaj komentarz