Cień Ćmy Rozdział 18

Rozdział z takim małym uśmieszkiem dla tych, którzy czytali Dwa Słowa… 😉

Jestem pewna, że go znajdziecie!

Dominique rzuciła mu krótkie spojrzenie z portretu, które mogło oznaczać tylko to, że Lambert właśnie wieszał na nim wszystkie psidwaki, więc przykleiwszy do twarzy bolesny grymas pozdrowił ją krótkim skinieniem głowy.

– Nie wiem, co masz w planach koło dziesiątej, ale zarezerwuj sobie czas na spotkanie z Ministrem – oznajmiła niedopuszczającym sprzeciwu tonem.

– Oczywiście, Madame – potaknął gorliwie. – Niczego innego się nie spodziewałem. Do tego czasu przygotuję wszystko, co tylko uda mi się dowiedzieć.

Zwykłą korespondencję Wydział Pocztowy przesyłał zawsze do sekretarek, natomiast tajną i poufną lub wymagającą potwierdzenia odbioru dostarczał bezpośrednio do adresata. Na ogół służyły do tego koszyczki działające na zasadzie remportera, choć dość często najwyraźniej znudzony personel roznosił je osobiście.

Nie dostawszy od Bernadette listu od Robardsa, Sardin złapał plik kopert tkwiących w jego koszyczku i zaczął je pospiesznie przeglądać. Klnąc pod nosem odrzucił na bok „Kod Karmazynowy od szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów oraz „Poufny” od Uzdrowicieli, zlekceważył „Tajną Czerwoną” od Szefa Działu Magicznego Transportu i zatrzymał się dopiero na widok grubej beżowej koperty z czerwoną pieczęcią Brytyjskiego Ministerstwa Magii.

No. Masz szczęście, Angolu.

Już miał odłożyć na bok list spod spodu, lecz odruchowo odwrócił beżową kopertę by sprawdzić nadawcę i jego wzrok padł na… niemal identyczną.

???

Albo się jąkasz, albo coś ci się przypomniało poniewczasie.

Zaczął od pierwszego, o wiele bardziej obiecującego listu, który ku jego radości zawierał dokładnie to, o co prosił Robardsa. Dokładny opis stanu ciała sobie darował, bo już na pierwszy rzut oka zawierał zupełnie nieznane mu słowa. Przeleciał pobieżnie wzrokiem pierwsze dwie strony zawierające teorie zgonu i zatrzymał się dopiero w połowie trzeciej.

 

  1. Tzw. „Teoria Smoka”

 

Pochodzenie: sugestie znajomych Ryana Logana, znających jego liczne fobie, w tym fobię przed smokami

 

Teoria:

A – Ryan został spopielony przez smoka

B – Zabił go sam strach przed smokami (ucieleśniony?? – patrz A)

 

Analiza:

 

Plusy

– Teoria nr. 7 stanowi wytłumaczenie okrzyków paniki i wyraźnej chęci ucieczki (za świadkami).

– Znajduje poparcie w stanie zwłok (za Uzdrowicielami i ekspertami Biura Badawczego – na ubranie i ciało przez krótki okres czasu działała bardzo wysoka temperatura).

Minusy

– Brak dowodów potwierdzających obecność smoka na Pokątnej w danym dniu:

żaden ze świadków nie widział smoka ani ognia,

Aurorzy nie stwierdzili śladów aury magicznej, którą pozostawia to stworzenie,

 

Prawdopodobieństwo:

 

Niskie z uwagi na fakt, że jedyną osobą, która widziałaby smoka, był Ryan Logan

 

Klasyfikacja (tymczasowa):

 

Odrzucone na korzyść Teorii nr. 1, 2, 3

 

Żeby ukryć wredny uśmieszek Sardin podrapał się po krótkim, szorstkim zaroście. Parfait!

Robards od dawna go mierził – charyzmatyczny, posiadający o wiele szerszy zakres uprawnień niż on we Francji, powszechnie znany i szanowany i, merde! przystojny, ale teraz poczuł, że go kocha! „Zabił go sam strach”. Sam lepiej byś tego nie ujął!

I w dodatku to jeszcze nie koniec!

Ciekaw, o czym mógł zapomnieć Robards, Sardin otworzył drugą kopertę, rozłożył złożoną na pół karteczkę pergaminu i… niemalże go podniosło!

Och, tak, tak, TAK!!! Robards, t’es un géni! Un putain de géni! (Robards, jesteś geniuszem! Kur*… skim geniuszem!)

Piętra powyżej nagle znikły i Sardin ujrzał nad sobą niebo! Merde, gdyby tylko sięgnął ręką, mógłby przegarniać na nim obłoki!

Dominique nie było na portrecie – na całe szczęście, bo tym razem drapanie się po brodzie by nie wystarczyło, żeby ukryć uśmiech musiałby usiąść na twarzy!

Korzystając z okazji Sardin porwał czystą kartkę pergaminu i wyszarpnął z kubeczka pióro. Kałamarz odkręcił tak gwałtownie, że atrament chlusnął na biurko. Rzuciwszy głupawe spojrzenie na portret pospiesznie usunął plamę Evanesco, umoczył pióro i…

I co tu napisać…

Spokojnie. Tylko spokojnie.

To trzeba było dobrze rozegrać. Niczym… decydującą o mistrzostwo partię szachów.

Żadnych śladów, żadnego ryzyka i jednocześnie szybko.

Poprawił się, bo nie wiedzieć kiedy zsunął się na sam brzeg fotela, wyciągnął magiczny pergamin, który używał do rozmów z De Laine’em i przełknąwszy dumę ściskającą mu gardło napisał:

„Mamy cztery nowe zgony, możesz mi pomóc?”

Odpowiedź pojawiła się natychmiast – jakby De Laine tylko na to czekał: „Zajmij się tym”.

Wyglądało na to, że w tym roku Walentynki zaczęły się dzień wcześniej – bo prócz Robardsa Sardin kochał też Dominique i Lamberta.

„Nie mogę. Dominique kazała mi czekać na wezwanie od Lamberta, więc nie mogę się ruszyć. I jednocześnie kazała przygotować wszystkie szczegóły dotyczące tych zgonów” – drobny szczegół dotyczący godziny dziesiątej zdecydował się pominąć.

Tym razem odpowiedź zajęła mu więcej czasu i Sardin niemal słyszał, jak De Laine klnie Merlina i cały świat, z nim na czele. Niewątpliwie wolałbyś zabawiać się z Rayleigh niż z czterema trupami.

„Przygotuj mi dokładne adresy. I zajmij się zbieraniem danych o ofiarach, ja zorganizuję tylko przetransportowanie zwłok”.

„Oczywiście. Dziękuję.”

 

Pięć minut później Bernadette wpuściła do jego gabinetu Jean-Pierre’a z Korpusu Specjalnego oraz Maxa, którzy przyniósł jeszcze jedno zgłoszenie.

Chwilę potem Sardin wręczył jej pierwszy list od Robardsa z poleceniem natychmiastowego doręczenia Bertrandowi De Laine.

Po czym kryjąc uśmieszek zadowolenia wrócił do swojego gabinetu i zajął się przygotowaniem odpowiedzi na drugi list Robardsa – lecz wcale nie do brytyjskiego Szefa Aurorów.

Tym samym drzwi do trzech, a nie dwóch pułapek stanęły otworem. Trzeba było tylko czekać, aż zwierzyna sama w nie wpadnie.

 

 

Bastylia,

Skrzydło Zachodnie, Wydział Administracyjny – Sekcja Techniczna

Tuż przed 11-tą

 

Nie było chyba szefa działu, który od czasu do czasu nie miałby specjalnych zaleceń dotyczących sprzątania i usuwania wspomnień sprzątaczkom czy strażnikom.

Zalecenia należało zgłaszać w Sekcji Technicznej. W zależności od tego, czy dotyczyły personelu stałego czy dorywczego, lokalizacji pomieszczeń, dat i godzin sprzątania i wielu innych kryteriów, przekazywane były do Przełożonych Sprzątaczek lub strażników.

Oficjalnie zalecenia dotyczyły zakazu dotykania różnych przedmiotów, dokładniejszego sprzątnięcia niektórych pomieszczeń czy nieużywania pewnych środków czyszczących.

Nieoficjalnie zaś bardzo często proszono o konkretne sprzątaczki, tłumacząc to doskonałymi referencjami i znajomością specyfiki wydziałów.

Aurorzy wielokrotnie sygnalizowali ten fakt, dowodząc, że stwarza on ryzyko wprowadzenia do Bastylii szpiega czy choćby złodzieja. Victorien, Szef Sekcji Technicznej, czym prędzej przerzucał gorącego kartofla dalej twierdząc, że za to odpowiedzialni są Amnezjatorzy i strażnicy. Minister się z nim zgadzał i w ten sposób Francis i Marie, Szefowa Ochrony kończyli z poparzonymi rękoma.

Nigdy nie przyszło ci do głowy, że kiedyś będzie cię to cieszyć, uznał Francis, odruchowo gładząc kciukiem opuszki pozostałych palców. Bo biorąc pod uwagę olbrzymią ilość sprzątaczek i ich fluktuację, nie spodziewał się żadnych trudności przy wprowadzeniu jutro „Anne Legrand” do Skrzydła Północnego.

Znajdujące się z podziemiach małe, trochę zatęchłe biuro Sekcji Technicznej świeciło pustkami. Francis podszedł do kontuaru i bębniąc po nim niby od niechcenia zaczął się rozglądać dookoła.

Bywał tu bardzo rzadko i nigdy nie musiał czekać, więc dotąd nie zauważył, że jasnobeżowa wykładzina na ścianach zbrązowiała mocno ku górze. Tak samo pociemniały okładki akt na półkach, jednak regularnie przestawiane wyglądały raczej jak pola na szachownicy. Niegdyś biały sufit niemal poczerniał wzdłuż ścian i zadzierając tak głowę do góry Francis nagle poczuł się, jakby stał w głębokim dole. Niczym… w grobie. I lada chwila ktoś zacznie zrzucać ci tę ziemię na głowę!

Przeszedł go nagły dreszcz, jakby coś wpadło mu już za kołnierz i rąbnął ręką w kontuar. Merde! Obudźcie się! A ty przestań! Odbija ci, czy co?!

W pomieszczeniu obok rozległ się łomot i chwilę potem niemal wypadł z niego Xavier, młody chłopak, który dopiero zaczął pracę.

– Proszę mi wybaczyć! Próbowałem uporządkować akta! Taki w nich bur… bałagan – zająknął się, otrzepując ręce i zaczął gwałtownie rumienić. – W czym mogę pomóc? Monsieur….?

– Francis Marchand, Szef Amnezjatorów – przedstawił się Francis.

– Ach…!

– Możesz podać mi rejestr zaleceń?

Xavier zerknął na zegarek i kolor na jego twarzy jeszcze bardziej się pogłębił.

– Przyszedł pan po fiszki na jutro? Zostało jeszcze trochę czasu i nie mogę…

Francis poklepał go po ramieniu.

– Spokojnie, synu. Przyszedłem dorzucić coś od siebie do tej waszej ulubionej lektury.

– Oczywiście!

Chłopak pospiesznie wyciągnął spod lady grubą księgę, a następnie podsunął mu usłużnie przybory do pisania.

Francis otworzył ją na sobocie, 14-go lutego, zanurzył pióro w atramencie i pod ostatnim wpisem zanotował w odpowiednich rubrykach:

Po wprowadzonych przed kilkoma laty usprawnieniach wszystko pojawiało się równocześnie w fiszkach znajdujących się w odpowiednich przegródkach, więc personel Sekcji Technicznej nie musiał już przepisywać wszystkich zaleceń ręcznie, lecz tylko zebrać je i wręczyć odpowiednim osobom.

Sądząc już po samej ilości próśb o Obliviate nie ma się co dziwić, że wprowadzili usprawnienia. Tą książką z powodzeniem można wytłuc wszystkie akromantule na świecie!

Skończywszy pisać Francis chuchnął na ostatnie słowa, odczekał aż błyszcząca czerń atramentu zmatowieje i dopiero wtedy zamknął księgę.

– Dziękuję, Xav. Miłego dnia i… owocnych porządków.

– Bardzo dziękuję, Monsieur Marchand! – chłopak schował ją z powrotem pod kontuar i ukłonił mu się. – I nawzajem!

Wyszedłszy na korytarz Francis momentalnie poczuł się lepiej. Merlinie, jakby ktoś zdjął pokrywę trumny! I chyba jeszcze nigdy tak energicznie nie wspinał się po stromych schodkach wiodących do Holu Wejściowego!

Oddechu i sił wystarczyło mu aż do chwili, gdy ponad nim otworzyła się olbrzymia przestrzeń, pełna światła, powietrza i tętniąca życiem. Żeby uspokoić galopujące serce i lekko trzęsące się z wysiłku mięśnie nóg, Francis oparł się plecami o chropowatą ścianę i spojrzał na zegarek.

Dochodziła jedenasta.

Merde, zaklął, lecz nie z myślą o spotkaniu z Harry’m Potterem, lecz o terminie składania zleceń, który kończył się dopiero za pół godziny.

Victorien zdecydował, że wszystkie zlecenia złożone choć minutę po jedenastej trzydzieści musiały zostać zaakceptowane przez niego i zastrzegł sobie prawo odrzucenia ich bez podania przyczyny. I ponieważ znany był z „miłości” do innych, korzystał z niego nader często. Tak często, że ludzie zaczęli pilnować tej godziny bardziej niż pory wyjścia na obiad! Cóż za idiotyzm…

Niestety Francis nie mógł przełożyć spotkania z Harry’m na później, o dwunastej miał ważną naradę, a całe popołudnie upchane kolejnymi.

Pozostaje ci mieć nadzieję, że ani Kwadratowy Troll, ani cholerna Sardynka nie wpadną na ten sam pomysł, co ty.

Jego wzrok błądził po zmierzających w różnych kierunkach czarodziejach i czarownicach. Niektórych z nich poznawał natychmiast, twarze innych zaledwie coś mu mówiły, lecz jego umysł, zajęty myślami o De Laine’ie i Sardinie nie próbował nawet dopasować do nich nazwisk i jego spojrzenie automatycznie prześlizgiwało się na innych.

Do chwili, gdy wśród nich wyłowił niedogolony, rybi pysk.

Francis natychmiast cofnął się lekko w półmrok i przyjrzał się, jak Sardin przeszedł koło kontuaru Recepcji, pozdrowił pracujące tam dziewczyny gestem bohatera wielbionego przez tłum i równie majestatycznym krokiem doszedł do wielkich drewnianych drzwi i wyszedł na zewnątrz.

Zachowujesz się, jakby to Minister całował ci dupę, a nie ty jemu.

Ale idź. Byle dalej. I nie wracaj.

Zastanawiając się, co porabia właśnie De Laine, Francis odczekał chwilę, a potem wyszedł na dziedziniec i deportował się do Dieppe, na spotkanie z Harry’m.

 

 

Obrzeża Paryża – Bois de Marne, obszar Strefy Projektu, wymiar mugolski i czarodziejski

11:00 we Francji (10:00 w Anglii)

 

Nie wiedząc, czy przebywający w Strefie ludzie widzą obszar poza nią, Harry i Francis aportowali się w wymiarze mugolskim, w lasku otaczającym pałac, dobre kilkadziesiąt jardów od budynku.

Albo znajdowali się daleko od dużych dróg, albo wisząca wciąż w powietrzu lepka mgła wyciszała wszystkie dalekie odgłosy. Na tle nieustającego szumu wiatru i trzeszczenia konarów drzew śpiewały szpaki i kosy, skądś niedaleko dobiegał miarowy terkot dzięcioła, a w pobliskich mokradłach trwał niemal ogłuszający żabi koncert. W chłodnym, wilgotnym powietrzu wisiał słodkawy zapach butwiejącego drzewa, liści i mchu, przyprawiony ostrą nutką żywicy i igliwia.

Pojawili się na szerokiej ścieżce. Trochę po prawej, pomiędzy świerkami i nagimi gałęziami dębów i brzóz dostrzec można było ruiny pałacu, za ich plecami zaś znajdowała się uchylona brama prowadząca w dzikie chaszcze.

– No i jak? Panie ex-Aurorze? – zagadnął Francis, rozglądając się dookoła.

Harry położył różdżkę płasko na dłoni i mruknął „Wskaż mi”. Różdżka natychmiast obróciła się w prawo i znieruchomiała.

– Ta fasada, którą widać, jest po zachodniej stronie – oznajmił.

– Genialne! – zawołał Francis, patrząc na różdżkę. – Aurorska sztuka, hę? To niewielkie pomieszczenie w korytarzu na prawo od wejścia jest na zachodzie, więc może schowajmy się.

– Lepiej rzućmy na siebie Zaklęcie Kameleona – Harry miał swoją pelerynę niewidkę, ale nie byłoby im wygodnie chodzić pod nią razem, po drugie zaś nie chciał jej podrzeć.

– Rzuć go na mnie. Na pewno zrobisz to lepiej.

Tłumiąc śmiech, Harry rzucił na nich obu zaklęcie i omijając kałuże ruszyli w kierunku budynku. Opadłe wilgotne liście szeleściły im pod stopami, więc nie było obawy, że się zgubią.

Pałac okazał się piętrowym budynkiem. Być może był i wyższy, ale cały dach runął i na piętrze ostały się tylko ściany. W większości okien brakowało szyb, ale w pomieszczeniu, które należało do Strefy Projektu, były, jednak nic nie było przez nie widać.

Przeszli na stronę północną, Francis wyciągnął swój plan i porównali go z fasadą budynku.

– Nawet bez planu można byłoby się domyśleć, które okna należą do Strefy – stwierdził Harry.

W pierwszych pięciu oknach na parterze licząc od wysuniętej nieco klatki schodowej wstawiono szyby, zaś gęste pnącza porastające mury wyrwano, odsłaniając nagi mur.

O ile w wymiarze mugolskim wszystko wyglądało na porzucone, po przeniesieniu się do czarodziejskiego, północno-zachodnia część budynku ożyła.

Z komina na wysokości piątego okna unosił się dym, który wiatr unosił ku nim. Przyglądając się przez chwilę oknom, obaj czarodzieje dostrzegli jakiś ruch w drugim pomieszczeniu, który jednak się nie powtórzył.

Chcąc obejrzeć dziedziniec, Harry aportował się na piętrze. Cała podłoga zasłana była potłuczoną dachówką, połamanymi gałęziami i ptasimi odchodami. W rogu, gdzie ostał się jeszcze kawałek belki stropowej było ich więcej – pewnie jakieś ptaki uwiły sobie tam gniazda.

Chłopak ostrożnie oczyścił podłogę tuż przy pustym oknie wychodzącym na dziedziniec. Dopiero wtedy wrócił po starego czarodzieja i rzuciwszy Gradus Silencio, aportował się tam wraz z nim.

– Od teraz żadnych zaklęć – rzucił cicho na wszelki wypadek. – Może ci maniacy rzucili czar reagujący na posługiwanie się magią.

– Aportacji nie wychwycą? – wyszeptał Francis.

– Do aportacji nie potrzeba różdżki – odparł ze znawstwem Harry.

Dziedziniec zarastały dziko krzaki i drzewa. Kilka jardów od budynku od strony zachodniej znajdowała się niewielka sadzawka, do której wciekała z cichym szmerem woda. Chłopak zlustrował tylko pobieżnie dalszą część terenu i zajął się Strefą Projektu.

Między parterem i piętrem biegł szeroki, ozdobny gzyms z cegieł. Niektóre były ukruszone, ale większość jeszcze się trzymała. Przeszedłszy kilkanaście jardów i wyjrzawszy przez kolejne okno, Harry przyjrzał się arkadom ciągnącym się poniżej. Wyglądały na puste i ciemne, lecz gdy przechylił się mocno, dojrzał fragment szerokich drzwi balkonowych.

Wyjrzał przez równie puste okno powyżej jedynego po zachodniej stronie pomieszczenia, poszedł obejrzeć komin, wyraźnie naprawiony i ciepły w dotyku i wrócił do czekającego na niego Francisa.

– Musieli ustawić Magiczną Klatkę i Tarczę nad dziedzińcem po gzymsie – zaczął wyjaśniać, gdy deportowali się do Dieppe. – W ten sposób nie musieli wznosić wszystkich czterech ścian tylko zakotwiczyć je o odstające elementy. Nie wiem, jak ustawili je na tafli wody, która może zmienia poziom, pewnie osuszyli ten stawik czy basen czy co to kiedyś było, i poszli po dnie.

Francis pokiwał głową.

– Oh oui-oui – powiedział, gdy Harry zamilkł. – Mówiłeś coś?

– O, przepraszam! Zagalopowałem… To znaczy mówi pan dobrze po angielsku i…

– Kłamca – zachichotał Francis. – Mówili mi, że mówię z okrutnym akcentem. Swoją drogą, jak ty mnie rozumiesz? Bo nie znasz francuskiego?

Lekko stropiony Harry potrząsnął głową.

– Czasem zjawia się u nas rodzina Fleur. Z początku ciężko się było z nimi dogadać, ale w końcu przyzwyczaiłem się do ich akcentu, pewnie dlatego.

– To widać, synu. Bo widzę, że Severus Snape czasem chciałby mnie zabić – Francis zerknął na zegarek i zaklął pod nosem. – Muszę iść. Mam coś przekazać Jean-Louisowi czy Dorze przed spotkaniem?

– Nie. Ale tuż przed wyjściem z pracy proszę pójść sprawdzić akta Strefy Projektu. Tak późno, jak się da. Wie pan, żeby mieć pewność, że De Laine nie wrócił do nich po pańskiej wizycie.

 

 

Bastylia, Strefa Projektu

11:30 we Francji (10:30 w Anglii)

 

Jutro wieczorem będzie już po wszystkim.

Już jutro będziesz wolna. Może nawet o tej porze. Jeszcze tylko jeden dzień.

Więc uważaj. Pilnuj się.

Największe błędy popełniało się najczęściej na ostatnich etapach projektów. Czas „tuż przed” wcale nie był najważniejszy, za to z pewnością najbardziej ryzykowny.

Dla Alex zaczęło się już końcowe odliczanie i kobieta doskonale dostrzegała pierwsze, nieśmiałe jeszcze iskierki triumfu. Znużenie i odprężenie, ogarniające ją z wolna… Próbowała je odpychać, lecz były jak fale podczas przypływu i z każdą minutą wspinały się coraz wyżej…

Pierwsza partia eliksiru prewencyjnego była już gotowa – udało się jej go tak skondensować, że to, co zostało, przypominało bardzo gęsty syrop. Należało go teraz przenieść do kilku dużych butelek i rozwodnić dopiero w aptekach, czy tutejszych klinikach, czy gdzie tam Francuzi zechcą go podawać.

Sama zaproponowała to rozwiązanie, bo w ten sposób o wiele prościej było go wynieść. Oczywiście nie robiła tego z troski o De Laine’a – po prostu noszenie dwóch tysięcy fiolek po całej Bastylii było zbyt ryzykowne – dla niej. Z tego samego powodu przez sekundę nawet myślała, by przerobić eliksir na pigułki, lecz to NA PEWNO by ją zdradziło. Nie znała żadnego innego Mistrza Eliksirów, który potrafiłby coś takiego.

Teraz mogła zająć się warzeniem drugiej partii. Żebyś była zajęta i żebyście NIE MIELI czasu dla siebie!

Zerknęła znów na przeszkloną ścianę, a potem na zegarek. Swoją drogą, gdzie on się podziewa?

Czas było zacząć niszczyć jej notatki, od tych najmniej istotnych począwszy, lecz do tego musiała mieć pewność, że będzie przez jakiś czas sama.

Czekając dla De Laine’a zaczęła dokładnie planować, co zostało do zrobienia. Niektóre uwagi zapisywała na nowym kawałku pergaminu, zmieniając jak zawsze charakter pisma, lecz w dodatku dziś zaczęła posługiwać się gaelickim, odmianą szkockiego, używaną jeszcze w północnych rejonach kraju.

„Falt” zanotowała właśnie, żeby nie zapomnieć zniszczyć jutro swoich włosów, gdy do pracowni wszedł De Laine. (falt – włosy w szkockim-gaelickim.)

– Ber-trą! – zawołała, zerwała się ze stołka i cisnąwszy pióro na stół, podbiegła do niego. – Coś się stało?!

 

Strażnik, zasady, jego wizerunek… och, wszystko mogło pójść się powiesić! De Laine przygarnął mocno Alex i wtulił twarz w jej ramię.

– Ber-trą… Wszystko w porządku? – jej ciepły, miękki głos zabrzmiał tuż przy jego uchu. – Wiem, mówiłeś mi, że…

Nie dał jej dokończyć i pocałował gorąco. Jak szaleniec. Żeby wyrzucić z siebie frustrację dzisiejszego poranka, wściekłość na cholerne narady, na Sardina, na Lamberta, na te cholerne trupy… na wszystko!

Merlinie, była jego… wybawieniem. Jego boginią. Jego Kirke. Jego…

Alex odchyliła się, zachłysnęła głośno powietrzem i nagle dotarło do niego, że bez mała się dusili!

– Wybacz – odsunął się i poprawił przekrzywione okulary. – Miałem… potworny ranek.

– Ale wszy… stko w… porzadku? – Alex cofnęła się aż do stołu i oparła o niego. – Martwiłam… się – dodała, wracając na swoje miejsce.

Jej słowa nagle zmazały wszystko, co działo się do tej pory. O, Merlinie…!

– Jesteś cudowna! – De Laine nabrał tylko trochę powietrza, bo czuł, że gdyby zaczerpnął więcej, chyba uniósłby się w powietrze! Na wszelki wypadek siadając na stołku przytrzymał się go i uśmiechnął do niej. – Teraz już wszystko w porządku.

– To dobrze – odparła, poważniejąc. – Skończyłam zagęszczać eliksir prewencyjny. Będziecie musieli rozrzedzić go w proporcji jeden do osiemnastu. Przynieś dziesięć litrowych butelek, powinno wystarczyć. Przepisałam też na czysto recepturę, ze wszystkimi wskazówkami, daj ją jak najszybciej René, a ja zacznę warzyć kolejną partię.

De Laine zaparł się mocno o stół i skinął głową.

Najwyraźniej bliskość ukochanych eliksirów, sprzętu do warzenia i składników przywróciła ją do rzeczywistości, bo jej głos już tak nie drżał i była w stanie zebrać myśli. W przeciwieństwie do niego. On był w stanie tylko się na nią gapić. Merlinie, ona jest cudowna. Profesjonalna. Boska.

– Wasz Minister coś mówił? – jej nieoczekiwane pytanie sprowadziło go dość gwałtownie na ziemię.

Och tak, mówił. I to dużo. Z czego większość była nie do powtórzenia.

– Chce, żeby do jutra w południe wszystkie dozy eliksiru były już gotowe – odparł z goryczą. – O drugiej mamy ustalić, jak go rozdystrybuować. O trzeciej Sardin ma przedstawić wyniki… Cholera – uniósł okulary i przetarł oczy. – Nie powiedziałem ci jeszcze. Mamy pięć nowych przypadków. Świat panikuje, Minister oszalał. Więc Sardin ma przedstawić wyniki śledztwa, ale nie bardzo ma co. Bo ponieważ Lambert trzyma nas obu na krótkiej smyczy, to ja zajmowałem się przeniesieniem zwłok do Bastylii, lecz nie udało mi się nic ustalić. Wiemy tylko to, co zgłosili ludzie wzywając Aurorów.

– Dorób do tego byle jaką teorię – podsunęła natychmiast Alex.

– Chętnie, tylko nie wiem kiedy – parsknął De Laine i natychmiast sięgnął po jej rękę. – Przepraszam. Wybacz. Całe szczęście, że wczoraj zająłem się René Gilbertem, bo dziś nie miałbym na to czasu. Dalej, o czwartej mamy kolejną naradę, by zaplanować konferencję prasową, która odbędzie się…

 

Alex słuchała go uważnie. Każdy strzęp informacji mógł być pomocny, wszystko mogło się przydać. Poza tym wyglądało na to, że De Laine będzie dziś bardzo zajęty i nie będzie mógł znów się na ciebie rzucić!

To, co zrobił przed chwilą nadal ją dławiło. Póki co starała się o tym nie myśleć, nie pamiętać i tym nie zajmować, byle wytrwać do jego wyjścia. Potem pójdzie zmyć z siebie jego dotyk i pewnie będzie wymiotować. Ale to dopiero potem.

Choć już czuła ogarniające ją mdłości i płacz, wzbierający echem w jej piersi.

– Myślisz, że dasz radę pomóc mi jutro? – spytała, gdy De Laine skończył wyjaśniać plan na cały dzisiejszy dzień.

– Myślę, że nie tylko ja ci pomogę – odparł poważnie. – Co powiesz na to: każę tu przyjść Sardinowi, niech też pomoże. Potem… A potem przeniosę ciebie i wszystkie rzeczy do mnie

– Doskonały pomysł – Alex bezbłędnie zrozumiała to, co przemilczał i autentycznie się ucieszyła. To pasowało do JEJ planów. – Tylko… co będzie ze strażnikiem?

De Laine odruchowo zerknął na korytarz.

– Zadbam o to, by nikogo tu jutro nie było. Ani strażnika, ani sprzątaczek.

Alex uśmiechnęła się z aprobatą i podsunęła mu przepis na eliksir prewencyjny.

– Jesteś genialny. Zanieś to teraz René.

Czarodziej przyjrzał się długiej na dwie stopy rolce pergaminu z wyraźnym podziwem.

– To ty jesteś genialna – stwierdził, wstając i poprawiając szalik. – Umiesz skomponować nawet eliksir na to jakieś czarnomagiczne świństwo, które wymyślił Sardin!

– Znałam kogoś, kto doskonale znał się na czarnej magii.

De Laine pochylił się i pocałował ją.

– Nie żyje?

To przypomniało Alex zupełnie inny pocałunek i momentalnie krew ścięła się w jej żyłach.

– Kwestia czasu.

 

 

Spinner’s End

10:45 w Anglii (11:45 we Francji)

 

Odznaczywszy kilka pierwszych linii w swoich zapiskach, Severus przyjrzał się uważnie pozostałym oraz siedmiu fiolkom z czarnym eliksirem, na które rzucił zaklęcie nietłukące.

Już kilka dni wcześniej, gdy Potter opowiedział im szczegóły zgonu Ryana, a on miał w pamięci relację Hermiony ze zgonu w Bastylii, wątpił czy możliwe jest uwarzenie antidotum na to coś, co znajdowało się w cukierku – zgon nastąpił tak prędko, że nawet natychmiastowe wypicie eliksiru nie gwarantowało, że zdąży on ochronić organizm.

Teraz, znając już wszystkie ingrediencje obu eliksirów i reakcje organizmu, które znalazła Hermiona, był tego pewien.

To nie była trucizna z ubiegłego roku, która zaczynała działać dopiero po upływie kilkunastu godzin i zabijała ludzi w powolny, koszmarny sposób. Tym razem w pewnym sensie było jeszcze gorzej – Strach napadał błyskawicznie, niczym atakujący wąż, porywał swoją ofiarę do jej własnego Piekła i zadręczał na śmierć w minutę czy dwie. W tym tempie człowiek miał zaledwie sekundy na jakąkolwiek reakcję i nie mógł liczyć na pomoc innych, bo ci inni niczego nie dostrzegali.

Jedynym wyjściem był eliksir prewencyjny, który blokowałby działanie Aktywatora. Severus oceniał, że ułożenie receptury i uwarzenie go zajmie mu cały jeden dzień. Tylko to mógł zaproponować zwykłym ludziom.

Natomiast jeśli jutro przez przypadek lub podstępem spożyją Aktywator…

Usta ścisnęły mu się w wąską linię na myśl o jednej, jedynej opcji, która jego zdaniem dawała pewne szanse na przeżycie, lecz przy której zaufanie do niego graniczyło z szaleństwem: wypicie Wywaru Żywej Śmierci.

I właśnie od tego zaczął.

By Przerażenie nie przebiło się przez silne omdlenie, w uwarzonym przed chwilą eliksirze zwiększył tak bardzo dozę tujonu, który wpływał na pracę mózgu, że bliska była jego uszkodzenia. Ale to było jedyne wyjście. Pogrążyć się samym w odmętach Śmierci zanim ta ich dosięgnie.

I mieć nadzieję, że ten, kto ich znajdzie, nie uzna ich za martwych i nie pochowa żywcem.
Teraz zamierzał zająć się warzeniem dla nich Antidotum – bo bez niego nie było możliwe podanie Eliksiru Wiggenowego. Dopiero wtedy będzie mógł zająć się warzeniem eliksiru prewencyjnego dla innych.

Poza tym nie było sensu zaczynać właśnie od niego, jeśli istniało ryzyko, że nigdy nie uda mu się go skończyć.

– Przestań się zadręczać – usłyszał cichy kobiecy głos i pachnące migdałami ramiona objęły go od tyłu.

Sekundę później poczuł ciepło na plecach, gdy Hermiona przytuliła do niego twarz. Merlinie, zupełnie nie słyszał, jak zeszła do Pracowni.

– Odkryłaś jakiś nowy sposób na zaglądanie ludziom do umysłu, o którym nie wiem? – spytał, stawiając błyskawicznie Osłony.

Hermiona odsunęła się i usiadła na stołku obok. Zgodnie z niepisanymi zasadami, w obu Pracowniach nie było miejsca na czułości. Tylko na ciężką pracę. A jeśli w przypływie uczuć zdecydował się ją objąć czy pocałować, natychmiast się wycofywał. Zdarzyło im się już kochać w jego gabinecie, ale Pracownie były… święte.

– Nie muszę zaglądać ci do umysłu, żeby widzieć, że się denerwujesz – odpowiedziała łagodnie. – Wystarczy popatrzeć na twoje ramiona, na to, jak siedzisz…

– Doskonale. Następnym razem będę pamiętać, żeby zamknąć zaklęciem drzwi.

Hermiona pokręciła lekko głową i sięgnęła po jedną z fiolek.

– Wywar Żywej Śmierci?

– Trzymaj ją zawsze przy sobie. Pod ręką – potaknął Severus. – I jeśli tylko zaczniesz się bać, masz wypić go natychmiast. Rozumiesz? NATYCHMIAST.

Oczy Hermiony się rozszerzyły, ale posłusznie położyła ją koło różdżki.

– Pozostałe są dla ciebie, Harry’ego, Dory, Francisa, Chancerela i… Fleur? – zgadła, patrząc na siódmą fiolkę. – Dasz nam też eliksir Wiggenowy?

– Jeszcze nie.

Ponieważ Severus nie lubił przerywać zaczętego warzenia, jeśli nie było to absolutnie konieczne, przeszli do kuchni i Hermiona zaczęła robić im kawę, a on wyjaśnił jej swoje przemyślenia.

Jeszcze przed chwilą Hermiona podejrzewała, że Severus wyrzuca sobie śmierć czterech następnych osób, lecz już po pierwszych słowach pojęła, że niepokoi go jutrzejszy dzień. Dlatego gdy skończył mówić, sięgnęła po jego dłoń.

– Znaleźliście z Harry’m coś jeszcze – stwierdziła. – Coś, o czym nie mówiliście.

– Zaskoczyło nas zestawienie wszystkich środków ochrony i najprawdopodobniej podwójnego zaklęcia Tarczy w środku, z równie prawdopodobnym zwykłym Colloportusem.

– Tylko tyle?

Oboje spojrzeli sobie w oczy i Severus ścisnął lekko jej dłoń. Przyrzekł jej mówić wszystko i to było wszystko. Reszta to były jego dziwne przeczucia, które spowiły go niczym mgła, ale których nie potrafił wyjaśnić. Istniały, lecz przecież nie mógł wziąć ich w rękę i pokazać.

– Zobaczymy, co Potter znajdzie na miejscu – dodał. – Będziesz jeszcze szukać zaklęć na jutro?

Hermiona oddała uścisk. Uwielbiała takie rozmowy z Severusem. Czasem nie potrzebowali słów, by móc powiedzieć sobie tak wiele. Wystarczył dotyk, spojrzenie… Nigdy z nikim nie doświadczyła czegoś podobnego.

– Spisałam już pełno zaklęć ochronnych, jak choćby Homenum Revelio Moneo i usuwających ślady obecności i teraz chciałabym zająć się wezwaniami na pomoc. Harry je zna, więc zostawię wam listę i niech przećwiczy je z Fleur – odruchowo zerknęła w stronę salonu. – Chcę też zrobić dla was kontaktowe monety. I zastanawiałam się, czy jest możliwość, żeby do przesłania wiadomości nie potrzebna była różdżka. Wiesz, na wypadek gdyby Fleur ją odebrali czy nie mogła otwarcie jej użyć, bo strażnik by się jej przyglądał…

Severus wypił kilka łyków gorącej kawy i spojrzał na zegarek. W innych okolicznościach chętnie wdałby się w takie rozważania, ale dziś nie miał czasu.

– Pójdę już warzyć antidotum – powiedział i dopiwszy resztę, odstawił kubek na stół.

Hermiona przywołała go gestem i wyjąwszy sobie jedną wsuwkę z włosów sięgnęła po niesforny krótki kosmyk, który wysunął mu się z kucyka.

– Jeśli przyleciałaby jakaś sowa, przyjdę cię zawiadomić – mruknęła, odgarniając mu go za ucho i podpinając.

Nie zdążyła się cofnąć, gdy Severus złapał jej rękę i pocałował.

– Przyjdź się pożegnać – poprosił, nie odsuwając jej od ust.

Nie chciał, by wyszła do pracy nie zobaczywszy się z nim, a nie przypuszczał, żeby przyleciała do niego jakaś sowa.

Nie „jakaś.” Sowa od Sardina.

Bo właśnie z tego powodu wróciwszy z Paryża przenieśli się do Spinner’s End. Czy też gwoli ścisłości – przenieśli się, bo Severus chciał mieć pewność, że żadnej nie dostanie.

Dla Mistrza Eliksirów ustawienie na stole ingrediencji i sprzętu do warzenia było tak trywialną czynnością, że mógł sobie pozwolić na powrót myślami do wczorajszego wieczora.

 

Zastanawiali się właśnie, czy Sardin jest zamieszany w te morderstwa, czy też ktoś usiłuje go w nie wplątać.

Ta rozmowa przypomniała mu natychmiast o jego przeszłości. O jego podwójnej grze, o tym, jak przez tyle lat każdy jego ruch, każde słowo musiało mieć wiarygodne wytłumaczenie na obie strony.

Oraz o tym, jak niektórzy jego dawni towarzysze nieustannie poddawali w wątpliwość jego lojalność wobec Czarnego Pana, jak zastawiali na niego pułapki w nadziei, że da się w nie schwytać.

Ot, jak Wieczysta Przysięga, którą złożył Narcyzie Malfoy, a która dla Bellatrix była niczym innym jak kolejnym testem, przez który musiał przejść.

Jednak wszystkie ich próby były tak prostackie, wręcz prymitywne, że zawsze umiał je przejrzeć i obrócić na swoją korzyść.

Sardin również mógł grać. Udawać. Kłamać.

Cała sztuka polegała na zmuszeniu go do odsłonięcia się w taki sposób, by nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.

Utkania pajęczyny z Prawdy, tak gęstej, tak dokładnej, by nie można było przez nią dostrzec Fałszu. Pułapki.

Co jest Prawdą? Gdzie ona prowadzi?

Ludzie umierali po zjedzeniu francuskich cukierków – lecz nie mógł zbudować żadnej teorii w oparciu o ten fakt, nie zdradzając się. Więc co innego? Szukaj, myśl!

Z jednej strony cukierki łączyły się z projektem Cień Motyla polegającym na okiełzaniu i odrzuceniu Strachu. Z drugiej Sardin naciskał na fakt, że Ryan bał się smoków i umarł spopielony przez nie.

Należało więc nawiązać do Strachu. I jakiegoś faktu znanego tylko mordercy. Zasugerować coś, co tylko on byłby w stanie zrozumieć i odpowiednio się zachować.

Severus zamknął oczy, żeby zajrzeć do swojego umysłu. Wielu czarodziejów potrzebowało do tego myślodsiewni, ale on doskonale potrafił dać sobie radę bez niej. Należało tylko zanurzyć się w myślach i dać się poprowadzić.

Departament Tajemnic odkrył jakąś nieznaną chorobę wywołującą panikę? Nie, za bliskie teorii Francuzów, poza tym Robards nie mógłby o tym mówić…

Ryan upił się i alkohol osłabił siłę jego woli? Też nie. Przecież jedną z ofiar było dziecko.

Niech to będzie związane z eliksirami. Z… eliksirem Indyferentnym!

Może powiedzieć, że Ryan przyjmował jakieś eliksiry, które osłabiały siłę woli? Wszystkie ofiary mogły je przyjmować.

Ale jakie?

I jak sprawdzić, czy Sardin poszedł tym tropem?

Prócz Ryana wszystko działo się we Francji. Ale mogło przenieść się do Wielkiej Brytanii, przecież Francja była tak blisko. Na odległość aportacji.

Brytyjscy czarodzieje zaglądali często do Francji, choćby jak Hermiona kilka dni temu, i tak samo Francuzi zaglądali do Wielkiej Brytanii. Zwiedzali magiczny Paryż lub Pokątną, wstępowali do kawiarni czy restauracji, kupowali biżuterię, szaty, co bardziej słynne potrawy…

Naraz kilka głośnych stuknięć wyrwało go z zamyślenia i dobiegł go głos Harry’ego Pottera, lecz dosłownie ułamek sekundy wcześniej jego umysł znalazł odpowiedź.

– … Tylko, cholera, nie wiem jak.

Severus podniósł głowę.

– Bardzo prosto. Podsuniemy mu trop, który wystawi mordercę… i Tylko mordercę prosto pod nasze różdżki.

Hermiona i Harry Potter wymienili zaskoczone spojrzenia, zaś Severus ciągnął.

– Potter, Robards wysłał Sardinowi raport ze zgonu Ryana?

– Tak. Po rozmowie ze mną… koło piątej wysłał czerwony… to znaczy bardzo ważny list ministerialną sową.

Severus chwilę przyglądał się chłopakowi w milczeniu, wodząc palcem po ustach.

– Każ Robardsowi napisać do niego drugi list – odezwał się w końcu. – Niech to wygląda tak, jakby tuż po wysłaniu pierwszego dostał nowy raport z waszego Biura Badawczego. Wasi ludzie dowiedzieli się, że kilka dni temu na Ryana ktoś rzucił bardzo potężnego upiorogacka i żeby wrócić do formy pił regularnie eliksir… futrzący.

– Jaki?? – wytrzeszczył oczy chłopak. – Nigdy nie słyszałem o…

– Bo nie istnieje – uciął Severus. – Nie przerywaj mi. To ma być eliksir futrzący receptury niejakiego Richarda Greya. Drugi eliksir zaś to zwykły eliksir przeciwbólowy. Więcej szczegółów będziecie znać w piątek i jeśli Sardin chce, oczywiście mu je prześlecie. Robards ma ci to napisać na takim samym papierze i dać ministerialną sowę. Aportujesz się z nią jutro rano w Paryżu i dopiero tam wypuścisz z listem.

Chłopak kiwnął głową, wyraźnie zagubiony.

– Dobrze. Ale co to ma dać?

– Morderca doskonale wie, co spowodowało ten zgon, więc nie będzie zadawał sobie trudu dociekania, co to za eliksir i kto go uwarzył.

Po twarzy Hermiony przemknął błysk zrozumienia. Potter nadal nie ogarniał, ale Severus nie mógł go za to winić. Brakowało mu jednego, bardzo ważnego kawałka układanki.

– A kim jest Richard Grey?

 

 

Uśmiechając się pod nosem, Severus ustawił w odpowiedniej kolejności wszystkie składniki i już sięgał po kociołek, gdy drzwi do piwnicy otwarły się i usłyszał głos Hermiony.

– Severus…?

Już dwunasta? Niemożliwe!

– Przed sekundą francuska sowa przyniosła list… – kobieta zeszła po schodkach i podała mu kopertę.

Adresowaną do Richarda Greya.

Oboje wymienili krótkie spojrzenie i Severus pospiesznie rozerwał cienki papier. Hermiona zajrzała mu przez ramię i przeczytali:

 

 

Lyon, 13/02/2004

 

Drogi Panie Grey,

 

Bardzo prosiłbym o bardzo pilne przesłanie mi czterech fiolek eliksiru futrzącego. W załączeniu znajdzie pan 40 St. Orettes, które odpowiadają około 38-tu galeonom – mam nadzieję, że suma ta pokryje koszty eliksiru i pilnej przesyłki międzynarodowej.

 

Proszę przyjąć moje głębokie wyrazy szacunku,

Szczerze oddany

Daniel Marin

 

 

Severus nie wiedział, które z nich pierwsze oderwało wzrok od listu. Nie pamiętał nawet, by on sam to zrobił – dopóki nie dostrzegł zaskoczenia w brązowych oczach, będącego z pewnością wiernym odbiciem jego własnego. Jasny, cholerny szlag! TEGO się nie spodziewali!

Ich zdaniem w grę wchodziły dwie opcje. Pierwsza, że Sardin był niewinny, wobec czego powinien natychmiast skontaktować się z Robardsem po dalsze szczegóły i być może z Greyem z prośbą o składniki czy o spotkanie. Druga, że był wmieszany w te morderstwa, doskonale wiedział co powoduje zgony i ta informacja była mu zupełnie niepotrzebna.

Nawet przez chwilę nie przyszło im przez myśl, że może próbować ZDOBYĆ ten eliksir!

Czemu do cholery zawsze tak jest, że przytrafia się to, czego NIE przewidziałeś?!

– Co to ma znaczyć?! – Hermiona sięgnęła do koperty i wyjęła przyklejone magicznym przylepcem złote, wypukłe z jednej strony monety. – Oszalał, czy co?!

Severus tylko potrząsnął głową, kobieta zaś przygryzła mocno usta.

– Może trzymali go z boku i nie wie, czym dokładnie jest eliksir Indyferentny? Ale po co mu on? I czemu PILNIE?

Mówiła na głos te same pytania, które przed chwilą wybuchły w głowie Severusa. A teraz zadawał już sobie następne.

Czyżby Sardin jakoś się zorientował? I chce nas wyeliminować? Ale w takim razie dlaczego CZTERY osoby?!

Coś tu nie pasowało…

– Wyślesz mu coś? – spytała Hermiona.

Przez chwilę Severus spoglądał niewidzącym wzrokiem na ścianę na wprost. Jak czasem w szachach, nie widział jeszcze, dokąd wiódł ten dziwny, nieprzewidziany ruch, ale musiał próbować zablokować jakoś przeciwnika. Odpowiedzieć w sposób, którego ten z pewnością nie przewidział…

Wyglądało na to, że Sardin spodziewał się dostać eliksir Indyferentny. Należało więc wysłać mu coś, co działa inaczej. Najlepiej w odwrotny sposób.

Całkowicie odwrotny, przemknęło mu przez myśl i uśmiechnął się złośliwie, gdy odnalazł wzrokiem rząd fiolek z zielonkawym eliksirem – ciemnym na dole i jaśniejącym ku górze.

– Oczywiście – odparł. – Eliksir Intensyfikujący.

Hermiona natychmiast przypomniała sobie wręcz miażdżącą siłę i władzę, emanującą z Severusa po wypiciu tego eliksiru i klasnęła w dłonie. Oczywiście!

– Cudownie! Jeśli przez jakiś przypadek będzie próbował podać go komuś z was, musicie po prostu poczuć, że jesteście… Niezwyciężeni! Nie odważy się nawet na was spojrzeć! A jeśli wypije go ktoś inny… mam nadzieję, że jak zrozumie, że Sardin chce go zabić to się wścieknie!

Severus skinął głową.

– Wierz mi, biorąc pod uwagę dawkę, jaką przygotuję, jego wściekłość Sardina OBEZWŁADNI.

– Och, kimkolwiek jest, życzę mu powodzenia!

Bastylia,

Tuż przed 16-tą (15-tą w Anglii)

 

De Laine’owi udało się wymigać z kolejnej, setnej tego dnia narady. Bo tak je odczuwał – jak jedno, przeklęte pasmo spotkań, między którymi praktycznie na nic nie miał czasu. Do tej pory nazbierał już tyle roboty, że wystarczyłoby na cały tydzień i w końcu otwarcie zaprotestował przed przygotowaniami do konferencji prasowej. „Nie wiem, jak mamy opanować sytuację, jeśli NIC nie uda mi się dziś zrobić” oznajmił i Lambert, jak za dotknięciem różdżką, zaczął mu potakiwać jak najuleglejszy skrzat domowy.

Ale nie zamierzał nic robić – to znaczy NIC dla Ministra. Pierwsza partia eliksiru została już rozprowadzona do głównych aptek na terenie całej magicznej Francji i była właśnie podawana. René warzył kolejną partię (De Laine wmówił mu, że zagęszczony eliksir zostanie rozrzedzony pięćdziesiąt razy, a ponieważ staruszek nie pamiętał o tym, co warzył dla Sardina, przyjął to wyjaśnienie bez zastrzeżeń. Poza tym był chyba trochę oszołomiony po tych wszystkich Obliviate…).

Czas było zająć się przygotowaniami do weekendu.

O ile dobrze pamiętał, w weekendy zawsze odbywało się generalne sprzątanie w Skrzydle Północnym, w tym w Sekcji Projektu. No więc trzeba będzie pozbyć się sprzątaczki i strażnika, uznał, zbiegając po schodkach do podziemi Bastylii.

– Daj mi księgę zaleceń – rzucił krótko młodemu chłystkowi za kontuarem, nie tracąc czas na powitania.

– Proszę mi wybaczyć, ale jest już po jedenastej trzydzieści…

Pieprzony Victorien! De Laine zerknął ostentacyjnie na zegarek, a potem na chłopaka.

– Co ty nie powiesz? Ale to nie ma znaczenia, chcę zrezygnować ze sprzątania niektórych pomieszczeń.

Na twarzy młodego czarodzieja pojawiła się ulga. I coś jeszcze, ale De Laine nie potrafił tego sprecyzować.

– Ach, jeśli o to chodzi… to proszę bardzo – powiedział, wyciągając spod lady grubą księgę.

O ile Victorien nie przyjmował nowych zaleceń po jedenastej trzydzieści, nie widział problemów, jeśli ktoś chciał pominąć jakieś pomieszczenia przy sprzątaniu. Nigdy nie odmawiaj, gdy inni proszą cię, żebyś mniej pracował.

– I pióro i atrament – ponaglił go De Laine.

– Przepraszam, ale… nie mam nic pod ręką.

Zacisnąwszy usta De Laine wyczarował krótkie pióro i kałamarz.

– Skoro nie jesteś już potrzebny, to zostaw mnie samego – warknął, otwierając księgę na sobocie, 14-go lutego.

– Oczywiście, proszę pana.

Kilka sekund później rozległo się bardzo głośne szczęknięcie drzwi. Wyglądało to raczej tak, jakby chłopak je zatrzasnął. Ale De Laine nie zwrócił na to żadnej uwagi, bo odnalazł właśnie wolne miejsce na dole strony i jego wzrok odruchowo powędrował ku poprzednim wpisom.

Złośliwy uśmieszek w ułamku sekundy spełzł mu z twarzy, gdy roztrzaskał się o najbliższą ścianę.

A przynajmniej tak to odczuł.

????!!!! Putain de bordel de merde… Co to ma niby znaczyć?!

Sekcja Projektu „Cień Motyla”… Sprzątaczka Anne Legrand… Sprzątnąć wszystkie pomieszczenia… Sekcja Projektu…

De Laine pędził wzrokiem za poszczególnymi słowami, przeskakiwał od kratki do kratki, aż docierał do ostatniej i natychmiast wracał na początek. I jeszcze raz. I znów. I znów!

I każde słowo nabrzmiewało w nim; łomotało w sercu, pulsowało w głowie, migotało coraz ciemniejszymi plamami przed oczami…

Aż z trzaskiem pękło pióro, które trzymał w ręku!

De Laine odetchnął łapczywie i pojął, że się właśnie dusił. Dysząc zmiażdżył je i cisnął wściekle na ziemię.

– Hej! Chodź tu! – wrzasnął na chłopaka.

Drzwi otwarły się cicho i młody czarodziej podszedł powoli do kontuaru.

– Mogę w czymś…

– Zamknij się. Kto to zgłaszał?! – księga była może i ciężka, ale De Laine’owi udało się ją obrócić jednym szarpnięciem ręki. Szturchnął palcem w zlecenie i kiwnął na chłopaka. – To, tu.

Ten przyjrzał się wskazanej linijce i rozłożył bezradnie ręce.

– Przykro mi bardzo, ale… Nie mam pojęcia. Rozumie pan, tu przychodzi tyle osób…

De Laine poczuł, że za chwilę eksploduje. Musiał – MUSIAŁ dowiedzieć się, kto to napisał! Tym bardziej, że charakter pisma wydał mu się cholernie znajomy!

Wpatrywał się z bolesnym napięciem w pochyłe, niekształtne litery, lecz te nie przynosiły ze sobą żadnej twarzy. Tylko dziwne skojarzenie z… naradami u Lamberta…! I Beauxbâtons! Z… Salą Jadalną. Pełną rozbawionych uczniów, gwarną… i dziwnie ciasną. Duszną.

Duszna? Ciasna? Bzdura! To klaustrofobiczne wrażenie musiało się brać z przebywania w tym zamkniętym pomieszczeniu bez okien, na pewno!

– Monsieur?

Wzrok De Laine’a przykleił się do tych kilkudziesięciu słów i czarodziejowi tylko z najwyższym trudem udało się go od nich oderwać.

– Mogę już odebrać księgę? – spytał chłopak.

De Laine pchnął ją tak mocno, że mało nie spadła za kontuar.

– Masz – prychnął i pospiesznie wyszedł na korytarz.

Ciasna Sala Jadalna w Beauxbâtons, pełna uczniów wiodła donikąd, ale narady u Lamberta stanowiły możliwy punkt zaczepienia.

 

 

 

 

 

 

 

Rozdziały<< Cień Ćmy Rozdział 17Cień Ćmy Rozdział 19 >>

Anni

Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań jak również używania wykreowanych przeze mnie bohaterów i świata bez mojej zgody. !!! * Bardzo proszę BEZ WULGARYZMÓW w komentarzach * !!!

Ten post ma 4 komentarzy

  1. NIE WIERZĘ! Nie dość, że francuski to jeszcze mój ulubiony szkocki gaelicki?! Ale super, uwielbiam ten język, miałam przez dłuższą chwilę smaka na Celtic Women i „Noble Maiden Fair” z „Meridy Walecznej”, sama dałam moim postaciom z książki nazwiska z gaelickiego, a nawet miecz w grze nazwałam „koniec”, jejku, ale się ucieszyłam, że nie tylko ja kojarzę ten język 😍Wróć do czytania

    1. Nie miałam pojęcia, że takim drobiazgiem mogę sprawić tyle radości 😉
      Jak tak dalej pójdzie, zaczniesz kochać Alex! 😉

  2. „Nie dotykać mugolskich sprzętów, szczególnie porcelany Legranda”, a przy Obliviate „sam sobie usuń” haha, ktoś miał chyba gorszy dzieńWróć do czytania

Dodaj komentarz