Cień Ćmy Rozdział 4

– Przepraszam, że tak wcześnie, ale… Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?

Severus przepłukał filiżankę, odstawił do góry nogami i dopiero wtedy odwrócił się do chłopaka.

– Gdyby tak było, stałbyś cały czas po swojej stronie kominka.

– No… fakt – przyznał Harry. I darłbyś się „Mróżka! Mróżka!” Jak ten durny Romeo nawołujący pod balkonem Julii.

Sam nie wiedział, skąd przyszło mu to do głowy, pewnie po Dudleyu, ale na samą myśl parsknął śmiechem i natychmiast się opanował.

– Przepraszam – powtórzył na widok uniesionej wysoko brwi Severusa. – Po prostu wyobraziłem sobie, jakbym wyglądał. Trochę głupio.

– Więc zadbaj o to, żeby nikt cię nie widział – poradził mu na to Severus, kącik ust podjechał mu do góry i dodał. – I nie poznał prawdy. A teraz, Potter, skoro ustaliliśmy najważniejsze, proponuję zająć się… naszą lekcją.

– Nie wziąłem ze sobą pańskich książek.

– JA ich nie potrzebuję – zapewnił go Severus. – I jeśli przyłożyłeś się do nauki, też nie będziesz potrzebował.

Po czym obrócił się i nie oglądając się za sobą przeszedł do gabinetu. Harry przewrócił oczami i poszedł za nim.

– Chciałbym spytać o dwie rzeczy zanim zaczniemy – powiedział, siadając w jednym z foteli. Severus usiadł w drugim i gestem kazał mu kontynuować. – Jeśli facet faktycznie nasącza klocki czarną magią, nie ma obawy, że domyśli się, że za pomysłem zabezpieczenia zakładu Barierą I Tarczą coś się kryje?

Severus ujął różdżkę za oba końce i zaczął nią powoli obracać.

– Wychodzisz z błędnego założenia, że cię podejrzewa. Rozumując w ten sposób stawiasz się z góry na straconej pozycji, bo masz wątpliwości. Pozbądź się ich, bo jeśli będziesz miał je wypisane na twarzy, do niczego go nie przekonasz,.

Harry pokiwał głową i na tak, i na nie. Owszem, dręczyły go wątpliwości, ale nie umiał ot tak się ich pozbyć.

– Myśli pan?

– Jestem pewien. Nawet jeśli potrafi rzucać czarnomagiczne zaklęcia opętujące ludzi, nie znaczy to, że wie, że można zdjąć Tarczę posługując się innym zaklęciem, tylko graniczącym z czarną magią. To po pierwsze – postukał różdżką w kciuk, a potem w palec wskazujący lewej dłoni. – Po drugie dla niego jesteś Wybrańcem, który przez całe życie walczył z Ciemną Stroną. I niby ty miałbyś teraz używać czarnej magii? A po trzecie – dotknął różdżki długim, środkowym palcem – kilka miesięcy temu wyleciałeś z hukiem z pracy i od tego czasu otwarcie stronisz od Robardsa, Ministerstwa i większości Aurorów. Więc z pewnością nie będziesz im teraz pomagał go łapać.

Gdy Harry spojrzał na to z tego punktu widzenia, musiał przyznać, że Severus Snape miał rację i zupełnie nieoczekiwanie poczuł się lepiej. Pewniej. Nie żeby wszystkie wątpliwości znikły, ale zdecydowanie osłabły.

– Postaram się.

– Ty nie masz się starać, ty masz to zrobić! – fuknął zniecierpliwiony Severus. – Myślisz, że gdzie byłbym, gdybym na każde spotkanie z Czarnym Panem chodził zastanawiając się, czy czegoś się nie domyśli? To było pierwsze pytanie, a drugie? Tylko radzę ci, nie trać mojego czasu.

Zaskoczony zarówno nagłym atakiem jak i faktem, że Severus sam z siebie wspomniał o Voldemorcie Harry potrzebował chwili, żeby przypomnieć sobie, o co chciał zapytać.

– Co mam mu powiedzieć, jeśli stwierdzi, że zamiast bawić się w podwójne zabezpieczenia chce na przykład przeniesienia zakładu w inny wymiar?

Przytrzymując różdżkę palcami wskazującymi, Severus uniósł ją na wysokość twarzy i zapatrzył się na półki z książkami.

W trakcie procesu Rayleigh przeciekła do prasy wiadomość, że AR Group chroni swoje laboratorium właśnie w tej sposób, ponieważ jest najlepszy z możliwych. W przypadku pomieszczeń wewnętrznych oraz istniejących u Mugoli budynków użycie innego wymiaru było wykluczone, ale w tym konkretnym było jak najbardziej realne. Problem polegał na tym, że po zmianie hasła otwierającego Przejście, Harry Potter tracił jakąkolwiek możliwość do zaglądania potajemnie do zakładu.

Trzeba go do tego zniechęcić… Tylko jak…

Nagle przyszedł mu do głowy pomysł i skinął głową.

– Powiedz mu, że istotnie, to absolutnie bezkonkurencyjny sposób. Między innymi dlatego, że gwarantuje bezpieczeństwo – chłopak zamarł w wyczekiwaniu, bo to tylko komplikowało sprawę, a Severus uśmiechnął się jednym ze swojej kolekcji naprawdę wrednych uśmieszków i dokończył. – Ponieważ wyklucza użycie wielu zaklęć z obszaru czarnej magii. A nie odważyłeś się mu go zaproponować, bo cena jest również absolutnie bezkonkurencyjna.

Harry aż rąbnął rękoma w szerokie podłokietniki z radości.

– O tak! Genialne!

– Potter, czy ostatnim razem nie powiedziałem ci czegoś na temat demolowania MOJEGO domu? – sarknął natychmiast Severus. – Więc opanuj się i przejdźmy do rzeczy, bo nie mam całego dnia.

Harry zerwał się ochoczo z fotela.

– Co mam zrobić?

– Zacznij od ustawienia Bariery na całym tym pomieszczaniu, z wyjątkiem tamtej szafy – Severus wskazał mu jedną z szerokich szaf z bardzo starymi księgami.

– Mam użyć Drugiej Wyższej Teorii Numerologicznej, czy obrysować płaszczyzny promieniem różdżki?

– A jak myślisz?

Harry w pośpiechu przypomniał sobie kryteria wyboru, które wyczytał w jednej z opasłych ksiąg, które dostał.

– To drugie, bo do równania numerologicznego potrzebne są bardzo dokładne współrzędne, a to nie sprawdza się w przypadku nieregularnych płaszczyzn.

Severus tylko kiwnął ręką w odpowiedzi.

Trzy godziny później gabinet otoczony był zarówno Barierą jak i Tarczą, a z Harry’ego dosłownie lał się pot i chłopak ledwo trzymał się na nogach. Obrysowywanie płaszczyzn wymagało niewiarygodnej wręcz koncentracji – każda linia musiała być idealna, inkantacja cały czas utrzymana, a ponieważ nie potrafił rzucić jej niewerbanie (i nie miał pojęcia czy ktoś prócz Severusa Snape’a to potrafi!), musiał bardzo uważać na wymowę i intonację głosu. Przy ostatniej prostej pod sufitem zaczynał aż trzy razy, bo ręka tak mu drżała, że linia przypominała bardziej mugolski encefalogram niż prostą kreskę.

– Umrę, rzucając Barierę na cały zakład – stwierdził z przekonaniem, osuwając się na fotel.

– Sam wybrałeś sobie zawód – odparł uprzejmie Severus.

Harry odchylił głowę na oparcie i przymknął oczy.

– Proponowałem Gawainowi i Kingsleyowi stanowisko czyściciela butów w Dziurawym Kotle – jego głos zabrzmiał niewyraźnie, ale nie miał siły jej podnieść. – Miałbym co najwyżej uwalone pastą ręce.

– I mógłbyś liczyć na napiwki.

– Niezły biznes, biorąc pod uwagę ile osób tam się kręci.

– Zadbaj o to, by twój klient widział jak pracujesz, to zrozumie stawki za ustawianie Bariery.

– Jasne. Szczególnie jak będę obrysowywał tylne drzwi.

– Jestem pewny, że przy twoich zdolnościach… dywersyjnych potrafisz odwrócić jego uwagę – rzucił zjadliwie Severus.

Harry przypomniał sobie, jak w drugiej klasie odwrócił uwagę profesora Snape’a, żeby Hermiona mogła wykraść z jego prywatnego magazynu skórkę boomslanga i uśmiechnął się prostując.

– Ciekawe czy gdyby to był egzamin, dałby mi pan Powyżej Oczekiwań czy Wybitny.

Severus mało nie wybuchnął śmiechem.

– Wybitny – powtórzył za nim, pochylając się w fotelu i składając palce obu dłoni. – Wierz mi. Nie wiesz, o czym mówisz. A teraz, panie Potter-Spotter, zabierz się za zdejmowanie Tarczy. Nie zjawiłeś się tu na wakacje, a ja – zerknął wymowie na zegarek – nie zamierzam spędzić tu z tobą całego popołudnia.

Harry zerknął na drzwi, w tej chwili zablokowane Barierą, w którą w trakcie treningu wpisał tylko swoją magię i uśmiechnął się triumfalnie. Wygrzebawszy się z trudem z fotela sięgnął po różdżkę i podszedł do nich.

– To do widzenia.

Zza pleców dobiegł go stłumione parsknięcie.

– Potter!

 

Bastylia, Skrzydło Zachodnie, Salka Spotkań

13:00

CZĘŚĆ DE LAINE CZĘŚĆ SARDIN  CZĘŚĆ ANNE

 

Anne spojrzała jeszcze raz na olbrzymiego motyla, który przysiadł jej na dłoni, drugą ręką zdjęła chodzącą po jej policzku olbrzymią ćmę o bardzo grubym tułowiu i dmuchnęła na oba owady. Te natychmiast wzbiły się w powietrze i zmieszały ze stadami innych motyli i olbrzymich cykad.

– Nawet ten chrząszcz nie robi na mnie wrażenia – powiedziała i musnęła palcami olbrzymi okaz, który miał niemal dziesięć centymetrów długości.

– Spisałaś się znakomicie – przyznał z ciepłym uśmiechem Sardin. – Na dziś skończone.

– Wszystko dzięki temu cukierkowi.

– Doskonale wiesz, że uważam, że nawet bez niego możesz osiągnąć wszystko, jeśli tylko tego naprawdę chcesz. Zawsze to powtarzam, a już zwłaszcza przy świadkach – Sardin odgonił się od wyjątkowo uciążliwego chrabąszcza, który ciągle latał koło jego ucha, usiadł bokiem na krześle i mrugnął okiem do De Laine’a. – Bertrand? Co o tym myślisz?

– Może być.

Rezultat dzisiejszego testu oficjalnej odmiany Aktywatora należało raczej określić mianem „doskonały”, a nie „może być”, ale to tylko przyspieszało zakończenie projektu i De Laine doprawdy nie rozumiał, czemu jego przyjaciel aż promienieje radością – oszalał, czy co? W sprawie ICH odmiany nie posunęli się do przodu, Georges doskonale wiedział, że potrzebują czasu i De Laine zaczął wyrzucać sobie, że zgodził się na jego propozycję przeprowadzenia testu właśnie na Anne.

Niemal dwa lata temu młoda Auror w trakcie podsłuchiwania grupy czarnoksiężników odkryła, że jej fobia na widok ciem rozciąga się również na motyle dzienne. Jej udało się uciec, ale jej partner został złapany i zabity.

Właśnie od niej zaczął się ten projekt, od jej fobii wziął swoją nazwę i jej dzisiejszy wspaniały rezultat dowodził, że odnieśli sukces. Koło się zamknęło.

Tak więc teraz, patrząc na kobietę poruszającą się swobodnie pośród owadów, szukał gorączkowo w głowie powodów do kolejnych testów. W przeciwieństwie do niej, on NIE zjadł cukierka i czuł, jak całe jego ciało zaczyna się napinać w niemym proteście przed tym, co… i tak było nieuchronne. A świadomość tego była jeszcze bardziej przygnębiająca.

– Były jakieś problemy przy wyrobie cukierków? – spytał, żeby zyskać na czasie, bo domyślał się, że nie było żadnych.

– Absolutnie nie.

Merde.

– Wiesz, czy jest w nich jedna doza czy więcej?

– Odrobinę więcej, ale w naszej skali nie wpłynie to na zwiększenie kosztów.

Georges, znajdź jakiś problem, do cholery! De Laine machnął wściekle ręką, by opędzić się od przelatującego motyla i poprawił okulary.

– Będzie trzeba ustalić okres działania jednego cukierka – rzucił ostrym, autorytatywnym tonem.

– Mniej więcej wiemy, poza tym zawsze można zjeść drugi.

– Mniej więcej mnie nie zadowala.

– I zanim zadziała, chcesz, żebym wam tu umarła ze strachu? – zawołała równocześnie Anne, przystając koło nich i wyciągając kolczyki z kieszeni żakietu.

De Laine poczuł się, jakby oberwał cios prosto w żołądek, Georges zaś, ku jego zaskoczeniu, roześmiał się.

– Uchroń Merlinie! Masz rację. Oboje macie rację. Dobrze będzie to wiedzieć, nawet jeśli one działają praktycznie natychmiast.

– Koniecznie – potaknęła Anne. – Inaczej drugi raz nie zgodzę się tu wejść! W każdym razie panowie, życzę wam miłego dnia! – Machnęła im ręką na pożegnanie i wróciła jeszcze do stolika po różdżkę, odznakę i pelerynę.

De Laine odczekał aż kobieta wyjdzie i pochylił się ku przyjacielowi.

– Georges, co cię, do cholery, napadło? Rozumiem, że rezultat Anne jest wspaniały, ale chyba nie muszę ci przypominać, że musimy próbować zyskać na czasie?!

 

– Muszę ci coś pokazać – odparł Sardin. – Tylko pozbądźmy się tych fruwających paskudztw.

Rzucając Evanesco nie mógł przestać się uśmiechać. Lecz to nie wspaniały rezultat Anne wprawił go w tak dobry humor.

Znajomy wytwórca eliksirów ułożył wreszcie przepis i uwarzył morderczą odmianę Aktywatora. Wczoraj rano Sardin dał go wraz z „oficjalną odmianą” Pierre’owi, cukiernikowi, z którym Ministerstwo niejednokrotnie współpracowało i kazał zrobić dwa rodzaje cukierków – w zielonych i czerwonych papierkach. Co prawda prosił o czarne, ale Pierre takich nie miał, więc nie chcąc czekać, zgodził się na czerwone. Krwistoczerwone.

I dziś rano jeden z nich przetestował – z pozytywnym rezultatem! Merlinie, JAK pozytywnym!

Ani wyjątkowo koszmarne sceny, ani lekki niepokój o reakcję Bertranda nie były w stanie zatrzeć poczucia triumfu, w którym się pławił. Prawdę mówiąc czuł się jak pijany. Wszystko inne rozmyło się, zbladło i opadło głęboko, na samo dno, zaś na powierzchni trwała tylko radość z tego, że WRESZCIE się udało!

To był podwójny sukces! Po pierwsze będą mogli nareszcie zakończyć ich prywatny projekt i przestać ryzykować, a po drugie nie mógł przestać wyobrażać sobie miny Rayleigh. Przy niemal każdej wizycie ta szkocka wiedźma drwiła z niego, ośmieszała na wszelkie sposoby, lecz TYM razem to będzie koniec. JEJ koniec.

Gdy ostatni motyl zniknął, Sardin podszedł do stołu, wyjął z misy pełnej kolorowych cukierków jeden krwistoczerwony i podał Bertrandowi, a pozostałe rozdzielił zaklęciami i schował do dwóch płóciennych woreczków.

– Chodź.

 

De Laine był pewien, że szli do Strefy Projektu, do sali, w której przeprowadzali testy. Po prostu wiedział to. Czuł. Lecz nie potrafił znaleźć powodu. Pełno rozmaitych myśli przelatywało mu przez głowę, jakby w rytm ich kroków, ale szli zbyt prędko, by mógł uchwycić choć jedną z nich i przyjrzeć się jej z bliska.

Georges odkrył coś dziwnego? A może tylko zrobił cukierki z ICH Aktywatorem? Tym, który już testowali? Ale czemu by się tak cieszył? A może je PRZETESTOWAŁ? I zadziałały??!! Czy jeśli w cukierku jest więcej eliksiru, to czy może od tego zadziałać? Czy też działa dłużej? A może ci z poniedziałku byli wyjątkowo odporni, a teraz znalazł kogoś słabszego? Ale nie wszyscy są słabsi, są i mocniejsi, czy w takim razie znaczy, że eliksir Alex działa? Jakie przyjąć kryteria? Może po prostu go powstrzymać? Ale jak każesz mu przestać, to jak to będzie wyglądało? Nie możesz! Może chodzi o coś innego?

Gubił się. Dostrzegał tylko galopujący krwawy dywan pod stopami i z każdym krokiem lęgło się w nim coraz głębsze przekonanie, że za chwilę już nic nie będzie takie samo.

Gdy weszli do środka i wreszcie się zatrzymali, przedziwne uczucie, które unosiło się w nim, osunęło się i wbiło go w krzesło.

Tak jak w poniedziałek, patrzył w milczeniu, jak Georges zmusza Imperiusem jakiegoś więźnia do zjedzenia cukierka. I tak jak w poniedziałek, przyglądał się wstrząsającemu przedstawieniu.

Na tym jednak podobieństwa się skończyły. Gdy po kilku minutach mężczyzna osunął się na ziemię, z całą pewnością był martwy. W nieznanym De Laine’owi ataku paniki rozorał sobie do żywego ciała ręce i całą klatkę piersiową, wył tak, że na koniec stracił głos zupełnie, lecz umarł nie z powodu okaleczenia się.

Jego Strach, rozwścieczony i wygłodniały, wreszcie go dopadł i urządził sobie zwycięską, krwawą ucztę.

Putain de merde.

Stało się.

Właśnie wszystko się zmieniło. I stało o wiele bardziej ryzykowne.

Śmiertelnie ryzykowne.

Musisz zaplanować, co dalej. I do cholery, ZROZUMIEĆ!

Póki co, spróbuj zyskać na czasie i unikaj podejrzeń.

 

Przez kilkanaście długich sekund obaj wpatrywali się w zastygłe w groteskowej pozie ciało na podłodze. W końcu Sardin spojrzał na De Laine’a.

– Zadziałało, Bertrand. Ten człowiek nie żyje.

De Laine jeszcze chwilę patrzył na zwłoki, po czym odwrócił się powoli i zamrugał oczami.

– Merlinie… Widzę. Ale czemu?! Przecież… To dlatego, że w cukierku jest więcej eliksiru?

Sardin potrząsnął głową.

– Nie. W cukierku jest zupełnie inny eliksir.

De Laine nie musiał udawać osłupienia.

– Jak to… „inny”?

– Powiedzmy, że mój własny – odparł Sardin i ciągnął z triumfem, zabarwionym rosnącym niepokojem. Powinieneś się cieszyć…! Co z tobą?! – Zebrałem do kupy wszystkie przepisy Rayleigh, przeanalizowałem najlepsze z nich i odkryłem, że za każdym razem zmieniają się tylko niektóre ingrediencje. Zaznaczyłem te bardziej interesujące, dałem znajomemu i kazałem potroić dozę tych najważniejszych.

De Laine poczuł, jak włosy stają mu dęba. Jest źle. Bardzo źle. CHOLERNIE źle. Bo to prowadziło do oczywistych konkluzji.

Nie mógł do tego dopuścić.

– Dałeś to znajomemu??! – spytał z niedowierzeniem. – Georges…

– Bertrand…

– Dałeś to komuś innemu??!

– Bertrand, posłuchaj mnie…

– Nie mogę w to uwierzyć!

– Dałem to komuś, kogo znam.

– Wciągnąłeś w to kogoś obcego! Bez mojej zgody! Nawet mi o tym nie wspominając!

– Bertrand, dałem to komuś, kogo znam osobiście! Komu wyczyściłem pamięć! Mamy wreszcie działający Aktywator, więc w czym problem?!

– W tym, że podjąłeś cholerne ryzyko! – zawołał De Laine, wstając gwałtownie. – Co, jeśli twoje Obliviate by nie zadziałało?! Albo ten człowiek wspomniał o tym komuś innemu?! Naraziłeś nasz projekt!

– Bzdura! – Sardin również zerwał się na równe nogi. – Dobrze wiesz, że bez Bazy Aktywator nie zabija, tylko odurza i osłabia! Niczym nie ryzykowałem!

– Nie ty będziesz oceniał, czy jakieś posunięcie jest ryzykowne czy nie! Przypominam ci, że nawet w naszym małym układzie to ja jestem szefem, to ja decyduję i to do mnie masz przychodzić ze wszystkimi pomysłami!

Sardin na chwilę odwrócił wzrok, próbując nad sobą zapanować, bo miał wrażenie, że rosnąca furia zaraz go rozsadzi. Rozwiązałeś podstawowy problem. NICZYM nie ryzykowałeś. Możecie zakończyć projekt. I WRESZCIE przestać ryzykować! A ten, zamiast się cieszyć, robi ci idiotyczne wymówki?!

Albo to do niego nie dotarło, albo zwariował, albo… albo ją chroni.

No właśnie. To również chciał ustalić i był tylko jeden sposób, żeby się przekonać.

– Istotnie. Masz rację – wypluł z siebie z wyraźnym trudem. Merde, nawet nie był w stanie normalnie mówić! – Więc co powiesz na mój inny pomysł. Że mamy problem z Rayleigh? Ta baba nas zwodzi! Nie widzisz tego?! Specjalnie warzy coś, co nie działa! To najlepszy dowód! – wskazał oskarżycielsko ciało na ziemi.

De Laine zacisnął pięści tak mocno, że mało nie złamał różdżki. Powiedział to. Stało się. Nie mogło być gorzej. Wybrnij z tego. Spokojnie. Tylko spokojnie.

– Georges, w tej chwili widzę, że ten człowiek umarł, ale nie wiem, od czego.

– Jak to nie wiesz? Przecież na twoich oczach zjadł ten parszywy cukierek! I zaraz potem dosłownie się rozszarpał!

– A skąd wiesz, czy nie zareagowałby tak samo BEZ Bazy? Może ten twój znajomy uwarzył jakąś truciznę?

O jedno słowo za dużo. O jedno słowo za dużo!! Wściekłość buchnęła w Sardinie z taką siłą, jakby ktoś rzucił płonącą żagiew w morze oliwy.

– Truciznę?! Bertrand, co się z tobą dzieje, do jasnej cholery?! Dlaczego jesteś taki uparty?! Przejrzyj na oczy, człowieku!!!

– Nie jestem uparty, ale niepewny.

– Nie! Jesteś uparty! I ślepy! To z jej powodu?!

– Georges, ostrzegam!

– Mam w dupie ostrzegam! Ciągle jej bronisz! I chronisz! Powiedz, zakochałeś się w niej, czy tylko chcesz się z nią pieprzyć?!

TEGO De Laine nie mógł ciągnąć. To godziło bezpośrednio w niego. Oskarżało go.

Czując jednocześnie i ogień, i lód wyprostował się i spojrzał na swojego podwładnego tak ciężkim wzrokiem, że powinien go zmiażdżyć.

– Nasza dyskusja jest skończona. Skoro twierdzisz, że twój Aktywator działa, zrobimy DWA testy. Jeden z dwoma eliksirami, drugi bez pierwszego.

– Bardzo proszę! – Sardin wyszarpnął z kieszeni oba woreczki, przez które prześwitywały zielone i czerwone papierki. – Możemy je zrobić natychmiast! I co ty na to, żeby zrobić je z mademoiselle Rayleigh?!

Ostrze paniki wbiło się De Laine’owi prosto w serce. NIE NATYCHMIAST! NIE TERAZ! PÓŹNIEJ! Potrzebujesz czasu! Zdobądź choć trochę czasu!!!!! Dla niej i dla siebie!!!!

– Ale nie z tym – błyskawicznie rzucił Evanesco i połyskujący na czerwono woreczek zniknął. – Zaprowadzisz mnie do swojego znajomego i osobiście dopilnuję procesu warzenia i rzucania Obliviate. I jeszcze jedno. Sardin – to słowo zabrzmiało jak uderzenie topora. – Nie zamierzam tolerować podobnego zachowania w przyszłości.

 

 

Bastylia, Skrzydło Południowe / Skrzydło Wschodnie

Po 17-tej

 

– Masz i schowaj, żeby nikt ci go nie zjadł – mruknęła Anne, kładąc dyskretnie koło ręki Margaret czekoladowego cukierka. – I zjedz dopiero przed waszym spotkaniem.

– Dziękuję – uśmiechnęła się w odpowiedzi wątła czarownica, chowając cukierek do kieszeni. – Z jakiej to okazji? Ktoś urządzał urodziny i skończyły się croissanty?

– Wtedy byłaby taka afera, że doszłoby to do samego Ministra – roześmiała się Anne. – To… taki cukierek na uspokojenie. Z własnego doświadczenia wiem, że zerwanie może być strasznie stresujące, dla ciebie to musi być prawdziwy horror!

Margaret była bardzo nieśmiała i bojaźliwa i Anne, która była jej całkowitym przeciwieństwem, sama nie wiedziała, co sprawiło, że były dobrymi znajomymi. Czasem się spotykały na kawie poza pracą i Margaret często opowiadała o swoich problemach z narzeczonym. W końcu pod wpływem porad różnych ludzi zdecydowała się zerwać zaręczyny i od tygodnia bez mała mdlała na samą myśl o tym.

Po dzisiejszym teście z ćmami i motylami Anne pomyślała, że Margaret też by się przydał taki cukierek. Oczywiście wiedziała, że bez wypicia niezbyt dobrego w smaku eliksiru cukierek nie będzie działał tak jak na nią, ale przecież Georges powiedział, że działa uspokajająco… Więc co szkodziło spróbować…

– Powiesz mi w poniedziałek, jak było – powiedziała cicho, cmoknęła Margaret w oba policzki i pospiesznie wyszła.

Nie miała ochoty całować na pożegnanie dwóch stetryczałych, brodatych dziadów pracujących w tym samym biurze.

 

Kilka minut później Margaret skończyła przepisywać listę zatrudnienia skrzatów podległych Ministerstwu i zerknęła na zegarek. Było już po piątej. Znając urzędasy z sekretariatu Jastence, czarodziejskiego sądu, sekretariat był już zamknięty, ale postanowiła zanieść im tę kilometrową listę jeszcze dziś.

Korytarze na parterze Skrzydła Wschodniego wyglądały dziś wyjątkowo pusto i ponuro. Tylko raz minęła kogoś ze Skrzydła Szpitalnego, co wywnioskowała po szaro-srebrnych szatach, bo ta osoba skinęła głową tak prędko, że Margaret nie dojrzała nawet jej twarzy i poszła dalej. Odgłos jej kroków oddalił się zaskakująco szybko i zupełna cisza, która nastała, była jeszcze bardziej niepokojąca. Złowieszcza. Świadczyła dobitnie o tym, że Margaret została sama.

Podchodząc do znajdującego się w połowie Skrzydła sekretariatu kobieta rozejrzała się uważnie i stuknęła różdżką w pokrywę skrytki. Ta zaczęła się otwierać, ale wyjątkowo powoli i Margaret rzuciła jeszcze raz okiem w głąb korytarza. Z tego, co słyszała, tuż przy Skrzydle Szpitalnym – tam trochę dalej znajdowała się kostnica, w której przechowywano ciała czy nawet fragmenty ciał, potrzebne Aurorom do śledztw dotyczących wyjątkowo krwawych zbrodni.

Skrytka otwarła się wreszcie, ukazując głęboką, ciemną wnękę, więc Margaret pchnęła do niej rolkę i czym prędzej odskoczyła na środek korytarza. Zawsze miała wrażenie, że zaklęcie wciągające przesyłki złapie i ją i wessie do środka.

Zbieraj się, kochana, Jean-Paul już pewnie czeka.

Jean-Paul. No właśnie.

Na myśl o rychłej rozmowie z narzeczonym westchnęła ciężko, równocześnie przypomniała się jej Anne i sięgnęła do kieszeni po cukierek. „Przed spotkaniem” to znaczy teraz.

Obejrzała się jeszcze raz przez ramię, odwinęła papierek w kolorze głębokiej czerwieni i włożyła dużą, brązową kulkę do ust.

Po intensywnym kolorze spodziewała się równie intensywnego wiśniowego smaku, ale bardzo się zawiodła. W pierwszej chwili poczuła tylko słodycz, ale gdy przełknęła, coś zapiekło ją w język i po ustach rozlał się dziwny, trudny do określenia posmak.

Jak tak dalej pójdzie, znów będziesz miała problemy żołądkowe.

Rozejrzała się w poszukiwaniu kosza na śmieci, gdy nagle płomienie świec zaczęły maleć, aż niemal zgasły i w korytarzu zapadł głęboki półmrok.

Serce Margaret stanęło na krótką chwilę, a potem runęło jak oszalałe i wbiło się jej w gardło tak mocno, że ledwo mogła zaczerpnąć powietrza. Dała przed siebie krok i nagle to usłyszała.

Dobiegające z gęstniejącej ciemności piśnięcia, chrobotanie, tupanie tysięcy łap, skrobnięcia pazurów, szelesty bezwłosych ogonów… Do nich dołączył szmer sunących po kamieniach łuskowatych ciał, nieustanny syk… i… o bogowie, stukot milionów włochatych odnóży i klekotanie zakrzywionych kleszczy…!

O Merlinie… Merlinie!!!

Zbliżały się.

Odwróciła się gwałtownie.

Nadchodziły ze wszystkich stron! Były przed nią! I z prawej…! I za jej plecami…!

Otaczały ją!

– Nie! Merlinie! Nie!!! NIE!!! IDŹCIE STĄD!!! WEŹCIE JE!!! PROSZĘ!!!!

Ściany zaczęły zbiegać się wokół niej, pchając na nią szczury, myszy, pająki i węże, osaczając ją pośrodku i odcinając jakąkolwiek drogę ucieczki.

– NIEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!

Wtem zapadła absolutna czerń i usłyszała zgrzyt odsuwanych płyt nagrobnych i szelest wypełzających ku niej zmarłych, Inferiusów i sunące fragmenty ciał z kostnicy. Wraz z nimi napłynął lodowaty smród rozkładających się zwłok, oblepił ją i naznaczył.

– NIE! NIE! PRO! PRO!!! SZE!!! POMO!!! POMOCY!!!!!

Coś bezcielesnego otarło się o jej kark, lecz to nie był przeciąg, bo tuż przy jej uchu rozległ się zduszony charkot.

– Margaret. Chodź z nami.

– NIE!! NIE!!! CHCĘ!!!

– Musisz. Jesteś jedną z nas. Już jesteś martwa.

– NIE!!! – zawyła, zachłysnęła się powietrzem i wyła dalej. – NIE!!!!!!!!!!!!! EE!!!!!!!!!!!  EEEEE!!!!!!!!!!!!!!!

Chciała uciekać, biec przed siebie, odlecieć lub spaść do wnętrza ziemi, lecz jej ciało zesztywniało, oddając się im w ofierze, a te wszystkie potwory ją przyjęły.

Poczuła jak szczurzo-mysie szpony rozszarpują jej ręce i stopy. Pałąkowate odnóża cwałują po niej ku twarzy, włochate cielska suną po policzkach, a zakrzywione kleszcze zanurzają się w jej ciało. Twarde, ciasne sploty wspinają się po nogach, ku miękkiemu brzuchowi, w który można wbić kły… Lodowate ręce i poodcinane dłonie z fragmentami palców sięgają jej włosów, wplatają się w nie i ciągną, każda w inną stronę…

Ból rozlał się po niej żywym ogniem i darła się, resztką sił, resztką powietrza, jaką mogła złapać, resztką zmysłów…

Naraz wśród jej agonalnych krzyków, odgłosów darcia, mlaskania i pękających kości rozległ się szum – jakaś wielka fala szła ku niej w ciemności. Momentalnie Inferiusy, trupy i żywe stworzenia rozpierzchły się, ale zanim Margaret zdążyła nabrać powietrza, runęła na nią masa wody, porwała w oszalały wir i wlała się do jej rozpalonych płuc.

Wyrzuciła z siebie wodę i odetchnęła jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz… Dyszała, próbowała złapać choć odrobinę tlenu, lecz wlewały się w nią tony słonej, morskiej wody, osuwała się coraz niżej, coraz bliżej środka wiru i kręciła, kręciła, kręciła…

Aż osunęła się w dół, gdzie pochłonął ją mrok.

I zapadła cisza.

 

 

O tej samej porze

 

Pośrodku niewielkiego pokoju, rozjaśnionego tylko łagodnym, pełgającym po ścianach blaskiem dziesiątek świec, siedziały dwie osoby pogrążone w cichej rozmowie. Słowa przypływały i odpływały, kołysane typową dla francuskiego linią melodyczną, choć u kobiety natychmiast można było wychwycić angielski akcent.

– Z pewnością po kilku następnych wizytach powinnaś zobaczyć różnicę – powiedział Jean-Louis Chancerel, nieświadomie turlając między palcami fiolkę po eliksirze przeciwbólowym. – Jak się umówimy na następny weekend?

– A możemy się umówić na kiedy indziej? – spytała Hermiona, bo właśnie zbliżały się walentynki i choć jeszcze nie miała żadnych konkretnych planów, chciała spędzić je z Severusem.

Chancerel uśmiechnął się domyślnie.

– Podczas dzisiejszego spaceru zadałem ci kilka ważnych pytań i będę potrzebował na nie odpowiedzi – Hermiona otworzyła usta, więc potrząsnął głową. – Stoisz na rozstaju dróg i nie mogę pozwolić ci pójść jedną z nich, póki nie porozmawiamy.

W tym momencie gdzieś z korytarza dobiegł ich bardzo odległy krzyk. Hermiona odruchowo spojrzała na zamknięte drzwi i z powrotem na Chancerela.

– A czy ja muszę się jakoś do tego przygotować? Na przykład… – przygryzła lekko usta. – Mam coś przeczytać?

Stary Francuz parsknął głośnym śmiechem, który przygłuszył kolejny wrzask.

– Nie, Hermiono. To twój umysł musi znaleźć na nie odpowiedź. Nie ty.

– Acha – Hermiona sama nie wiedziała, czy to było westchnienie ulgi czy zawodu. – W takim razie może w ciągu tygodnia?

– W ciągu tygodnia, mówisz… – Chancerel zastanawiał się chwilę. – Rano czy popołudniu?

– Rano, bo pracuję na popołudniową zmianę

Wrzask przybrał na sile i choć Hermiona nie mogła rozróżnić słów, wyraźnie słyszała, że ten ktoś coś wołał.

– Może w środę – zaproponował Chancerel, skrzywił się i spojrzał za siebie. – Merlinie, co ci ludzie sobie myślą?!

– To chyba jedna osoba… – poprawiła go Hermiona, próbując wsłuchać się w krzyki. – Tak, w środę może być. Na przykład o ósmej twojego czasu?

– Doskonale, zaznaczę sobie ósmą. Niemożliwe, żeby to była jedna osoba, przecież nie kłóci się sama ze sobą!

Oboje zamilkli na chwilę, wsłuchując się odgłosy dobiegające z korytarza. Słowa przeszły w wycie, które trwało i trwało… Hermiona nagle przypomniała sobie Gratusa i aż jęknęła.

– To nie kłótnia! Tam się coś dzieje! – zawołała, odrzucając koc i zeskakując z wysokiego łóżka. – Musimy tam iść!

Jean Louis również wstał i podał jej rękę, bo kobieta się zachwiała lekko. Oboje wyszli pospiesznie na korytarz i już bez trudu rozpoznali przerażony, kobiecy głos.

Hermiona miała jeden, bolesny obraz w głowie i bezwiednie przesunęła ręką po prawym oku, jakby mogła je w ten sposób ochronić.

– Prędko!

Chancerel machnięciem różdżki zgasił świeczki i ruszyli w kierunku głównego korytarza. Jednak starszy pan miał już swoje lata, więc zanim doszli do odległych schodów i zeszli na parter, wycie zamilkło. Za to słychać było inne, coraz liczniejsze głosy.

Hermiona zeskoczyła z ostatniego schodka i rozejrzała się prędko. Po lewej, jakieś dwadzieścia jardów dalej, ujrzała sporą grupę ludzi, którzy rozmawiali i gestykulowali gorączkowo i odetchnęła z ulgą. Nie jest sama.

Podała rękę Chancerelowi, podeszli tam i na dźwięk zbliżających się kroków kilka osób się odwróciło i rozstąpiło…

Hermiona zatrzymała się jak wryta.

Na podłodze leżało ciało jakiejś kobiety. Miała szeroko rozrzucone ręce, wykrzywione palce u dłoni, wytrzeszczone oczy, a na jej twarzy zastygł wyraz absolutnego przerażenia.

– Co się… Co z nią – spytał, podchodząc powoli, Chancerel.

– Nie żyje – odparł jakiś mężczyzna klęczący przy zwłokach. Sądząc po jego szatach, tutejszy Uzdrowiciel.

Hermiona westchnęła ciężko, nie mogąc oderwać od nich wzroku.

Jak, na Merlina, ta kobieta może być martwa, skoro jeszcze przed chwilą wyraźnie słyszałaś jej głos?

Nigdzie nie widać było ani kropli krwi, najmniejszego zadrapania, nic. W jednej chwili krzyczała, a w drugiej już była martwa?

Niezadane pytanie wyraźnie wisiało w powietrzu i jeden ze stojących pod ścianą mężczyzn pokręcił głową.

– Nie wiem, co się mogło stać. Gdy wszedłem do korytarza, stała sama, pośrodku, z zadartą do góry głową i wyła tak przeraźliwie, jakby… – urwał i wzruszył ramionami. – Ale zanim do niej dobiegłem, upadła i… była martwa.

– Stała sama? – powtórzył za nim Chancerel. – Bardzo dziwne.

– Coś innego jest jeszcze dziwniejsze – odezwał się ponuro Uzdrowiciel. – Jak ją poruszyłem, miała pełno wody w płucach. Zupełnie jakby się utopiła. Jak to nie jest czarna magia, to nie mam pojęcia, co to może być.

– Ślijcie po Aurorów – poradził Chancerel.

– Właśnie to zrobiliśmy.

Hermionę przeszedł nagły dreszcz i wcale nie z powodu lodowatego przeciągu, który odczuwała tym mocniej, że jeszcze przed chwilą leżała pod ciepłym, puszystym kocem.

– Chodźmy stąd. Jeszcze się przeziębisz – odezwał się do niej cicho Chancerel, skinęli na pożegnanie i wrócili do jego gabinetu.

Po scenie sprzed chwili oboje nie mieli ochoty do kontynuowania rozmowy, więc Hermiona zdecydowała się wracać do domu. Jean-Louis uparł się odprowadzić ją aż do bramy prowadzącej na Place de la Bastille.

Przechodząc tym samym korytarzem Hermiona odniosła nagle wrażenie, że ogląda stary, czarno-biały film lub czarno-białe magiczne fotografie.

W kłującym w oczy świetle świec z kandelabrów zarówno ściany jak i posadzka przybrały zupełnie szary odcień. Aurorzy jeszcze się nie zjawili, a grupka ludzi stopniała do Uzdrowiciela w szarych, zdobionych srebrnymi pasami szatach i dwóch mężczyzn w czarnych pelerynach. Merlinie, nawet ona i Chancerel byli ubrani na czarno!

Blade twarze, czarne lub szare oczy, czarne, siwe lub zupełnie białe włosy… Wszystko straciło kolory. Jakby też umarło.

Odwracając oczy od leżącego na ziemi ciała spojrzała przed siebie i nagle kilkanaście jardów dalej, po przeciwnej stronie korytarza, coś błysnęło kolorowo. Coś dużego, lśniącego głęboką, soczystą czerwienią. Wyglądało jak olbrzymi rubin. Ale przecież to nie może być rubin… Nie taki wielki. I nie porzucony na ziemi!

Aż do ostatniego kroku Hermiona nie była w stanie odgadnąć, co to może być. Dopiero gdy zrównała się z tym czymś, rozpoznała papierek od cukierka.

– Zostaw – mruknął Chancerel, znów łapiąc ją pod rękę.

Rozdziały<< Cień Ćmy Rozdział 3Cień Ćmy Rozdział 5 >>

Anni

Zakaz kopiowania i publikowania opowiadań jak również używania wykreowanych przeze mnie bohaterów i świata bez mojej zgody. !!! * Bardzo proszę BEZ WULGARYZMÓW w komentarzach * !!!

Ten post ma 11 komentarzy

    1. No do takiej zdecydowanie lepiej być cukiernikiem 😉
      Ale to ma dużo wspólnego z profesorem Snape’em – przy warzeniu eliksirów też lepiej nie oblizywać rąk.
      Zwłaszcza przy NIEKTÓRYCH eliksirach…

  1. Mionka, skojarz czekolada – śmiertelna trucizna, cukierek – coś śmiertelnego, czyli wniosek jest jeden – nie wolno jeść słodyczy 😉Wróć do czytania

    1. Jak widać mam nie tylko mordercze skłonności, ale upodobałam sobie czekoladę jako (przynajmniej jedno) zatrute jedzenie 😉
      Ale Hermionie ktoś przeszkadza ostatnio się skoncentrować i myśleć logicznie, więc daleka jest od skojarzeń 😉

Dodaj komentarz