Hermiona i Severus – A kiedy przyjdzie czas Roz.4

ROZDZIAŁ 4 – WSZYSCY ŚLIZGONI SĄ TACY SAMI

 

Hermiona co chwila przewracała się z boku na bok. Rzadko kiedy zdarzało się jej, aby miała problem z zaśnięciem. Ramiona Morfeusza zwykle trzymały ją mocno, zaciągając do krainy snów. Z jednej strony taki obrót spraw niezwykle jej pasował – może pierwszy raz nie będzie mieć koszmaru, nie zobaczy twarzy poległych w bitwie o Hogwart, ani na nowo nie przeżyje horroru dawnych lat. Z kolei widziała przed oczami twarz mężczyzny o kruczoczarnych włosach i haczykowatym nosie, który niezwykle wyprowadził ją tego dnia z równowagi. Nawet Ronald nie miał takich umiejętności.

 

– Jak mnie zdenerwował… – mruknęła w poduszkę. Leżący obok Krzywołap, leniwie machał ogonem, ze spokojem spoglądając na swą panią.

 

Po jej głowie zaczęły chodzić najróżniejsze myśli. Co takiego zrobiła swojemu nauczycielowi, że tak zareagował? Zawsze była dobrą i pilną uczennicą, znała każdą odpowiedź, potrafiła uwarzyć nawet piekielnie trudny eliksir, a on i tak potrafił tylko odejmować punkty. Zawsze broniła go przed oskarżeniami Harry’ego i Rona, bo skoro Dumbledore mu ufał, to oni też powinni. I miała rację, znów miała cholerną rację, ale co jej z tego przyszło? Zwyzywanie jej na ulicy pełnej mugoli i to przez Nietoperza z lochów! Uderzyła pięścią w pierzynę, wypuszczając ciężko powietrze.

 

Nieświadoma tego, co się dzieje, otarła łzy z policzków. Najpierw przepłakała prawie cały okres szkolny przez jednego zadufanego w sobie Ślizgona, a teraz doszedł kolejny. O stokroć gorszy od Malfoya. Przecież nie zrobiła nic złego, chciała tylko dobrze, a wyszło jak zwykle nie po jej myśli. Szloch zamienił się w potok łez, a Krzywołap próbował rozśmieszyć swoją panią, co chwilę wygłupiając się na łóżku obok niej. Nadaremnie niestety. Kiedy pomyślała o tym, jak bała się o swojego nauczyciela, kiedy wracał ze spotkań z Voldemortem poczuła się jeszcze gorzej. Wielokrotnie obserwowała go w Norze, sińce pod jego oczami były z dnia na dzień coraz ciemniejsze, a on sam przypominał wrak człowieka. Jego nienaturalnie blada skóra miała odcień szarawy, ubrania wisiały na nim jak na szkielecie, a sam ledwo utrzymywał się na nogach. Raz po raz widziała, jak na zajęciach utykał albo łapał się nagle za brzuch. Obserwowała go przez ten cały czas i musiała stwierdzić, że był cholernie odważną osobą, mimo iż leżała teraz w pokoju ogarnięty mrokiem, a z jej oczu wciąż wydostawały się łzy. Musiała przyznać sama przed sobą, że wciąż, po tylu latach tak samo mocno podziwiała go i czuła ogromny szacunek do tego mężczyzny. Mężczyzny, który poświęcił się, aby chronić Harry’ego Pottera i cały magiczny świat.

 

Zapaliła lampkę nocną, mrużąc oczy. Kiedy przyzwyczaiła się do jasności, spojrzała na zegarek, leżący tuż obok szklanki z wodą. Za pięć dwunasta

– Nie wytrzymam tu dłużej – mruknęła w stronę Krzywołapa. – Idę się przejść.

 

Zrzuciła z siebie piżamę, ubrała jeansy, bluzkę na krótki rękawek i białe adidasy. Włosy nieco niedbale związała w kucyka, burząc wcześniejszy warkocz, który nie wyglądał już tak starannie, co kilka godzin wcześniej. Mając już dłoń na klamce, spostrzegła, jak Krzywołap zaczął biegać u jej nóg, usilnie się czegoś domagając.

 

– Idziesz ze mną? – w odpowiedzi pomachał wesoło ogonem. – Tylko wezmę smycz. Oh nie patrz tak na mnie – mruknęła na markotnego towarzysza, który tym faktem nie był uradowany – Zgubisz się i wtedy będzie kłopot.

 

I tak z nadąsanym na smyczy Krzywołapem szła przez spokojną, oblaną mrokiem ulicę. Latarnie rzucały mdłe światło, a w tle nie było słychać nic. Żadnych samochodów, żadnych rozmów ludzi wracających z wieczornych imprez. Była to cisza, której potrzebowała. Zaciągnęła się lekkim, rześkim powietrzem. Zbliżyli się do bram parku. Krzywołap przystanął, wpatrując się w ciemną alejkę.

 

– Chcesz iść przez park? – spojrzała to na kota, to na ciemne miejsce. – To chyba nie jest dobry pomysł. – powiedziała, czując, jak lekki dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa.

 

Pojedyncze lampy rzucały mdłe światło na krętą ścieżkę. Czy Hermiona się bała? Chyba tak, mimo że w swoim życiu odwiedzała gorsze miejsca, czuła jakby, zaczęła zapominać, jak straszny i przerażający był Zakazany Las, a takie miejsce jak park o północy zaczął wydawać się niczym miejscem z dreszczowca.

 

Niespodziewanie Krzywołap wyszarpał się ze smyczy, biegnąc w ciemne zakamarki parku.

 

– Cholera! – warknęła, przekraczając bramę parku. – Głupi kot! Krzywołap?! No dalej, wyłaź!

 

Nie wiedziała, gdzie iść. Wszystkie drzewa wyglądały tak samo przerażająco. Mając złudną nadzieję bezpieczeństwa, otuliła się ramionami, myśląc, że doda jej to odwagi w kroczeniu przez ciemny, miejski park. Co chwila łapała się na tym, aby nie stracić równowagi. Korzenie stały się niezłym zagrożeniem, a ławki, których niemal nie widziała, w ostatniej chwili musiała omijać szerokim łukiem. Mdłe światła latarni ani trochę nie ułatwiały jej poszukiwania Krzywołapa. Mocniej otuliła się ramionami, widząc, jak jedna z lamp mruga wściekle tuż nad jej głową. Wypuściła ciężko powietrze z płuc, czując, jak serce zaczęło bić dwukrotnie szybciej. Odwróciła się, słysząc miauczenie swojego pupila. Z nadzieją przyśpieszyła kroku, zagłębiając się dalej w nieznane zakamarki parku. Mijając wielkie drzewo, usłyszała stłumione śmiechy. Niemal natychmiastowo żołądek skręcił się z nerwów. Na ławce siedziało trzech mężczyzn, którzy pili piwo i palili papierosy. Gdy Hermiona ukazała się w mdłym świetle latarni, nieznajomi ujrzeli ją. Jeden z nich wstał, robiąc  krok naprzód.

 

– No proszę, proszę… – rzucił. Spojrzał na nią od góry, do dołu, a sposób, w jaki to zrobił zniesmaczył Hermionę. – Kogo my tu mamy?

– Rusz tę dupę i zrób miejsca damie! – podniósł głos jeden z nich. Hermiona spojrzała na pustą ławkę. – Mówić nie umiesz czy co?

– Nie mam czasu – rzuciła oschle. – Krzywołap!

– Zgubiłaś coś? – zainteresował się ten, który wstał z ławki jako pierwszy.

– Powiedzmy… – rzuciła wymijająco, rozglądając się wokół. Cały czas czuła na sobie palące spojrzenia nieznajomych.

– Co taka tajemnicza jesteś? Masz – wyciągnął w jej kierunku butelkę. – Napij się, będziesz bardziej rozmowna.

– Nie piję. – i nagle zauważyła go siedzącego pod ławką. Odetchnęła z ulgą, wypuszczając ciężko powietrze z płuc. – No chodź. – kucnęła, a po chwili kot szybko wskoczył jej na ręce.

– Jak? Przecież tu żadnego kota nie było! – rozejrzał się wokół, a pozostali towarzysze zawyli ze śmiechu.

– Magia. – uśmiechnęła się pod nosem. Odwróciła się na pięcie i gdy już chciała odejść, usłyszała głos mężczyzny tuż przy swoim uchu.

– Daj mi swój numer kotku.

– Zapomnij! – a gdy chciała zrobić krok w tył, złapał ją mocno za nadgarstek, przyciągając ku sobie. Wystraszony Krzywołap wyrwał się z jej ramion. Uderzyła ją mieszanka tytoniu i alkoholu. Niemalże odwróciła głowę, czując okropny odór. 

– Ależ cudownie paskudna kobieta, taka zła, taka podła, taka bez serca. Chyba się zakochałem! – uśmiechnął się złowrogo do swoich kompanów, a ona zauważyła dziwny błysk w oku mężczyzny. Szykują się kłopoty, pomyślała przerażona.

– Puszczaj mnie! – warknęła przez zęby i wtedy poczuła, zaciskające się palce na ramieniu. Powoli odwróciła się, natrafiając na tak dobrze znane jej spojrzenie. Merlinie, a ten skąd się tutaj wziął?, tylko tyle zdołała pomyśleć. 

– Chyba nie jest zainteresowana waszym towarzystwem. – Snape powiedział to tak cichym i spokojnym głosem, że po chwili sama poczuła na plecach dreszcz. Jednym ruchem wyswobodził ją z macek mężczyzny i stanął przed dziewczyną. Ona, nie wiedząc czemu, poczuła delikatny rumieniec na swoich policzkach.

– Patrz, jaki chojrak! – zaśmiał się jeden z mężczyzn.

– Zmiatać do domu, gówniarze. – a kiedy jego dłoń kierowała się z tyłu po różdżkę, tamci pomyśleli, że chce wyciągnąć broń.

– Ej, ej! Dobra – podnieśli spanikowani ręce w górę. – Idziemy, już nas nie ma! – i puścili się biegiem w ciemną stronę parku.

– Co tu robisz? – zapytał oschłym i władczym tonem, odwracając się w jej stronę.

– Nie powinno to pana interesować, profesorze Snape. – rzuciła przez zęby, podkreślając ostatnie słowa.

 

Wzięła ponownie w ramiona Krzywołapa, kierując się ku wyjściu. Zignorowała profesora, pamiętając jak sam, potraktował ją tego dnia. Jakie było jej zdziwienie, jak chwilę później mężczyzna kroczył obok niej. I szli tak ramię w ramię, nie odzywając się ani słowem. 

 

– Powinnaś mi podziękować – powiedział w końcu.

– Słucham? – zatrzymała się nagle, piorunując go wzrokiem. – Niby za co?

– Za to, panno Granger, że powstrzymałem tych gnojków przed dobraniem się do twojej cnoty.

– Jaki pan szlachetny profesorze Snape! – wyminęła go, wychodząc z parku.

– Więc słucham? – usłyszała jego głos tuż nad swoim uchem. Mimowolnie zadrżała, nie spodziewając się takiej bliskości.

– Za co mam panu niby dziękować? Jeszcze dobrych parę godzin temu, krzyczał pan na mnie na środku ulicy, a teraz rozmawia pan ze mną, jakby nic się nie stało.

– Chodź – pociągnął ją za rękę i po chwili znaleźli się w jakimś małym zadaszonym zaułku. Po minucie, gdy tylko się schowali, usłyszeli pojedyncze krople deszczu, które zamieniły się w ulewę.

 

Miejsca nie było tam za wiele. Hermiona dotykała plecami ziemnego muru, profesor Snape był zwrócony twarzą ku niej, a Krzywołap stał pomiędzy nimi, miaucząc nieswojo. Wyczuła oddech mężczyzny na swojej twarzy. Chwilę jej zajęło, aby zdać sobie sprawę, że profesor musiał intensywnie się w nią wpatrywać. Bijąc się ze swoimi myślami, w końcu uniosła wyżej głowę. Czarne jak dwa jeziora oczy nachalnie przyglądały się jej. Poczuła dziwny dreszcz na przedramionach. Profesor Snape uniósł rękę nad głową Hermiony i oparł ją o ścianę, zmniejszając pewnie nieświadomie dzielący ich dystans. 

 

– Pan też mi nie podziękował.

– Za co niby? – spojrzał na nią jakby spadła z choinki.

– Za klucze. – mruknęła, odwracając wzrok. I jak przewidywała, mężczyzna zamilkł całkowicie, nawet nie upominając się o swoje podziękowanie. Granger wywróciła oczami.

 

Stali tak z dobrych kilkadziesiąt minut, póki deszcz nie zamienił się w lekką mżawkę. Przecisnęła się obok mężczyzny, a nozdrza zaatakowane zostały intrygującą mieszanką perfum. Czym prędzej potrząsnęła głową, wypierając tę dziwaczną i nieco niestosowną myśl ze swojego umysłu. Stanęła na krawężniku, wpatrując się z dziecięcą ciekawością w kałuże. Nie wiedziała, ile minęło czasu, czy była to minuta bądź dwie, nim u jej boku pojawił się profesor. Oboje wpatrywali się w ciemne budynki przed sobą, ani na moment nie przerywając ciszy. Krzywołap zaplątał się tuż obok jej nóg, więc wzięła go na ramiona, głaszcząc po gęstym futrze. Zerknęła dyskretnie w stronę profesora. W dalszym ciągu ciężko było jej uwierzyć, że czarodziej, który powinien uchodzić za zmarłego, jak gdyby nic, stał z nią ramię w ramię na jednej z Londyńskich ulic. Niezręczną ciszę przerwał profesor Snape, mówiąc: Jest późno, odprowadzę cię. Jego iście dyplomatyczny głos nie należał do tych, które można było podważać. Wiedząc, że nie miałaby z nim najmniejszych szans, przytaknęła głową, nie chcąc rozpoczynać niepotrzebnej kłótni.

 

Będąc niecałą ulicę przed mieszkaniem Hermiony, zaczął kropić mocniejszy deszcz. Był to zaledwie ułamek sekundy, gdy zaczęło się oberwanie chmury. W oddali słychać było grzmoty. Nie bawili się w schronienie pod jakimś daszkiem, tylko czym prędzej biegli do kamienicy, w której mieszkała Granger. Była pozytywnie zaskoczona, kiedy mężczyzna przepuścił ją w drzwiach, dodatkowo je przytrzymując. Ten mały gest sprawił, że poczuła jak na policzki, wpływa ognisty rumieniec. Co się tak rumienisz dziewczyno?, skarciła się w myślach. Zaraz będziesz wyglądać jak włosy Ronalda!

 

– Może chce pan wejść i przeczekać burzę?

– Tylko ja się nie boję burzy, panno Granger. No, chyba że ty tak.

– Co? Oh… oczywiście, że nie – spuściła wzrok lekko zawstydzona. – Zapraszam. – zaczęła wspinać się po schodach. Usłyszała ciche skrzypnięcie gdzieś na dole, oznaczające, że mężczyzna jednak się zdecydował.

– Widzę, że masz lokatorów – rozejrzał się po małym korytarzu, kiedy dziewczyna przekręcała klucz w zamku.

– Skądże – zamknęła za mężczyzną drzwi. – Tylko ja tu mieszkam.

– Mhm… – mruknął, opierając się o framugę.

 

Nie wiedziała, dlaczego zatrzymała wzrok na mężczyźnie dłużej niż to konieczne. Jego mokre włosy były przyklejone do twarzy, ubranie miał całe przesiąknięte deszczem, przez co przyklejona do ciała koszula, obnażała zarys mięśni brzucha i ramion. Kiedy złapała się na tym, co wyprawia, spłonęła purpurą, spuszczając wzrok.

 

Snape przyjrzał się jej uważnie, nieco unosząc brew ku górze. Za paska spodni wyciągnął różdżkę. Mruczał pod nosem jakieś zaklęcia i w mgnieniu oka był już całkowicie suchy. Hermiona spojrzała przelotnie na profesora, wstawiając wodę na herbatę.

 

– Napije się pan, prawda? – wyjrzała zza framugi drzwi, gdy ten rozglądał się po mieszkaniu.

– Skądże – rzucił, obdarzając swoją uwagą kolekcję książek, które posiadała.

– Za późno – odpowiedziała z wyczuwalną satysfakcją w głosie, wrzucając torebki herbat do kubków.

– Gryfoni…

– Słyszałam! – krzyknęła, wlewając wodę.

– Miałaś słyszeć – na odpowiedź mężczyzny skrzywiła się lekko.

– Zgaduje, że pan nie słodzi – postawiła na stoliku dwa parujące kubki.

– Jak to nie? – spytał swoim cichym głosem. Dziewczyna popatrzyła na niego to na kubek.

– To idę po cukier.

– Na Merlina siadaj Granger – fuknął niezadowolony. Zauważyła kątem oka, jak wywraca oczami.

– Przecież powiedział pan…

– Żart. To był żart – rzucił ironicznie.

– No to marne ma pan poczucie humoru – powiedziała, kierując się do łazienki. – Za moment wracam.

 

Jedynie co mogła usłyszeć to charakterystyczne prychnięcie niezadowolenia. Cały Snape, pomyślała. Ściągnęła z siebie przemoczone ubranie, założyła suche, świeżo ściągnięte ze sznurka i lekko osuszyła włosy ręcznikiem. Związała je w luźnego warkocza i wróciła do salonu, gdzie czekał na nią mężczyzna. Usiadła na kanapie i spojrzała na czarodzieja siedzącego w fotelu.

 

– Wytłumacz mi jedną rzecz Granger. Dlaczego nie użyłaś magii do osuszenia ubrań czy włosów? Zajęłoby ci to mniej czasu – zmrużył oczy, spoglądając na nią znad parującego kubka.

– Wydaje mi się, że nie ma czego tłumaczyć. Po prostu – rzuciła szybko, chcąc uciec z tematu. W jakim błędzie była, Snape był nieugięty.

– Dlaczego mieszkasz i pracujesz wśród mugoli?

– Co pana to interesuje? – fuknęła poirytowana, wstając nagle z kanapy.

– Uważaj Granger.

– Na co mam uważać? Na punkty? Czy może szlaban? – zapytała, zakładając ręce pod biustem. Chciała skończyć tę rozmowę jak najszybciej. Nie miała ani odrobiny humoru, aby drążyć ten temat. Minęło tyle czasu, jednak wciąż były to bolesne wspomnienia. Profesor Snape swoim niewyparzonym językiem, idealnie potrafił otworzyć ledwo zabliźnione rany.

– Zmieniłaś się, Granger – również wstał z fotela, prostując barki. – Jesteś jeszcze bardziej bezczelna od Pottera!

– Proszę już skończyć! – głos niemal łamał się w gardle. Snape podniósł brew ku górze i prychnął pod nosem.

– Herbata była znośna, dobranoc – rzucił oschle, kierując się w stronę drzwi.

– Pan nic nie rozumie – wyszeptała, zakrywając twarz dłońmi.

– To mi wytłumacz – obrócił się na pięcie, spoglądając na kobietę. Dopiero kiedy opuściła dłonie, zauważył lśniące łzy na jej policzkach.

– Boję się – wyszeptała siadając na kanapie.

– Czego się boisz? – zapytał równie cicho co ona.

– Przeszłości.

– Nie można bać się czegoś, co jest za nami, panno Granger – powiedział spokojnie, siadając obok niej na kanapie.

– Widocznie ja jestem inna – mruknęła, ocierając łzy.

 

Siedzieli w ciszy. Snape nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Spojrzał w stronę, z której dobiegło ciche miauczenie. Krzywołap spojrzał na czarodzieja, jakby oskarżając go o łzy swojej pani, po czym wskoczył jej na kolana, próbując ją rozśmieszyć.

 

– Zawsze mnie pociesza, kiedy coś jest nie tak – odpowiedziała, głaskając kota po grzbiecie.

– Chcesz mi powiedzieć, że ten kot…

– Nie ten kot – przerwała mu, spoglądając buntowniczo w jego stronę. – Nazywa się Krzywołap – poprawiła go.

– Więc Krzywołap – powtórzył niechętnie – Ehm… ma jakiś szósty zmysł czy coś w tym rodzaju?

– Szósty zmysł? – zaśmiała się lekko. Snape spojrzał na nią zdumiony. – Krzywołap po prostu rozumie wiele spraw.

– Pewnie – burknął pod nosem, na co niezadowolony Krzywołap obrócił się tyłem w jego stronę. – Bezczelny na dodatek.

– Spokojnie Krzywołapku, profesor Snape żartuje, prawda? – spojrzała na niego wyczekująco. On prawie zakrztusił się herbatą.

– Żartujesz chyba sobie – skwitował.

– Oczywiście profesorze – delikatnie się zaśmiała, dotykając jego barku.

 

Po chwili zorientowała się, co zrobiła i zabrała dłoń. Krzywołap zeskoczył z kolan swojej właścicielki i pobiegł, w stronę miski z jedzeniem. Hermiona opadła na poduszki, tracąc humor, który na chwile udało się jej zdobyć.

 

– Każdej nocy mam koszmary, każdej nocy budzę się z krzykiem. Od przeszło dwóch lat. Wciąż widzę twarze poległych w bitwie. Nie potrafię sobie z tym poradzić, dlatego usunęłam się z magicznego świata, dlatego mieszkam tu, a nie przykładowo w Hogsmeade. Wciąż noszę przy sobie różdżkę, ale jej nie użyłam jej od roku. Noszę ją tylko z przyzwyczajenia.

 

Wysłuchał jej do końca, spokojnie analizując każde słowo. Rozumiał, cholernie ją rozumiał, mimo tego, to on doświadczył o wiele gorszych scen, które mimowolnie przemykały mu przed oczami. Liczne morderstwa, widok krwi, tortury, do których był zmuszany przez Czarnego Pana. Do jednego nie przystąpił i czuł z tego ulgę do dziś. Nigdy nie podniósł ręki na kobiety, nigdy ich nie gwałcił, tak samo nie skrzywdził ich dzieci. Od tego byli inni. To przykre, ale taka była prawda. On zajmował się, jak to ujął niegdyś Czarny Pan, ważniejszymi sprawami.

 

Bycie wieloletnim szpiegiem, podwójnym agentem, sprawiły, że potrafił radzić sobie z emocjami. Cały czas nosił maskę wrednego dupka pozbawionego jakichkolwiek uczuć. Spojrzał na roztrzęsioną dziewczynę. Mocno zaciskała powieki, a z oczu niechętnie uciekały gorzkie łzy. Dłonie, które trzymała na kolanach, niebezpiecznie drżały, zresztą jak całe jej ciało.

 

– Spokojnie – powiedział cicho. Jego głęboki i niski głos sprawił, że po kręgosłupie mimowolnie przeleciały dreszcze. Profesor Snape wypuścił cicho powietrze z płuc. Ostrożnie dotknął jej ramienia, lekko go ściskając – To w końcu minie, Granger.

Rozdziały<< Hermiona i Severus – A kiedy przyjdzie czas Roz.3Hermiona i Severus – A kiedy przyjdzie czas Roz.5 >>

Jazz Sevmione

Witaj przybyszu, który zabłądziłeś w otchłani internetu. Miło mi Ciebie gościć w moich skromnych progach. Śmiało usiądź wygodnie, a ja zaproponuję Ci kremowe piwo, dokładnie takie samo jak możesz znaleźć w Pubie pod Trzema Miotłami. Może poznamy się, co myślisz? Jestem Jazz, niebieskooką blondynką, która przeżyła już sporo wiosen. Od 2013 roku autorka bloga: „Hermiona i Severus - Działa na nią jak narkotyk" oraz troszkę młodszego dzieciątka: „Hermiona i Severus - A kiedy przyjdzie czas". Znajdziesz mnie na wattpadzie pod nazwą: Jazz_Sevmione, oraz na bloggerze, gdzie wszystko się zaczęło! 📖 https://the-elusive-shadow.blogspot.com/ 📖 https://enough-for-today.blogspot.com/ [Opowiadanie jest moją fantazją, wyobraźnią, która narodziła się w mojej głowie. Bohaterowie występujący w opowiadaniu są własnością J.K.Rowling z serii książek o Harrym Potterze.] * Zakaz kopiowania i umieszczania gdziekolwiek opowiadań ❗️*

Dodaj komentarz